Kino afrykańskie i filmy dokumentalne warte obejrzenia (AfryKamera 2015)

10. edycja Festiwalu Filmów Afrykańskich dobiegła końca. W tym roku miałam przyjemność uczestniczyć w nim w nowej roli – jurora sekcji dokumentalnej (AfroDocs), gdzie wraz z Tomkiem Michniewiczem, podróżnikiem, fotografem i dziennikarzem, oraz Piotrkiem Plucińskim, krytykiem filmowym, autorem znanego Wam dobrze bloga Z górnej półki, ocenialiśmy afrykańskie dokumenty. Nie miałam obowiązku nic tu pisać, promować, zachęcać. Robię to, bo filmy, które widziałam, zasługują na to, by o nich powiedzieć, zachęć do ich obejrzenia.

 

Film – jak każde dzieło sztuki – ma wartość poznawczą. Bez względu na to, czy jest oparty na faktach, czy jest czystą fikcją, daje nam pewne wyobrażenie o świecie, w którym funkcjonujemy, ludziach, którzy go tworzą, zjawiskach, które nas dotyczą, mechanizmach, które rządzą naszymi działaniami. Czasem pozwalają też lepiej poznać drugiego człowieka – jego umysł, emocje, kreatywność, indywidualne cechy, w które wyposaża swoje dzieła. Ale tylko dokumenty przekazują nam wiedzę o świecie takim, jakim on jest w istocie. Rzeczywistość, którą przedstawiają, jest często na wyciągnięcie ręki, bliska, oswojona, znana lub tylko pozornie znajoma, skrywająca tajemnicę, których sobie nie uświadamiamy. Filmy dokumentalne odkrywają przed nami te niewiadome, odpowiadają na pytania lub zadają nowe, które każą nam na nowo zdefiniować przestrzeń, w której żyjemy.

 

Kino afrykańskie nie jest nam bliskie. Afryka w ogóle wciąż stanowi dla nas odległą, tajemniczą krainę, symbol biedy, chorób, konfliktów zbrojnych, zacofania i ograniczeń w wielu dziedzinach życia. Jest w tym sporo prawdy, ale jest też mnóstwo mitów. AfryKamera obrała sobie za cel te mity burzyć dzięki prezentacji afrykańskiej kinematografii – filmów, które nie mają często szansy przebić się do dystrybucji kinowej, a w fantastyczny sposób przełamują stereotypy na temat Afryki, ukazując ją jako miejsce nie tylko nieskażone lub skażone w małym tylko stopniu cywilizacją zachodnią, ale przede wszystkim zamieszkane przez wyjątkowych ludzi – radosnych, cieszących się życiem, a gdy trzeba aktywnych, odważnych i wierzących w coś, co dla przeciętnego Europejczyka nie stanowiłoby żadnego interesu.

 

92226142

Virunga

O tym między innymi jest Virunga – film reklamowany jako dokument o sierocińcu dla goryli górskich w Kongo, który okazał się równocześnie przerażającą ilustracją agresji i roszczeniowości zachodnich korporacji oraz areną walk lokalnych grup paramilitarnych. Ta podwójna narracja i bardzo sprawna konstrukcja wpisują film w definicję zaangażowanego dokumentu. Oglądając go trudno nie otworzyć szeroko oczu ze zdumienia, przerażenia, oburzenia i trochę też wstydu – wstydu za przedstawicieli cywilizacji, z którą tak chętnie się utożsamiamy, dla której fakt, że ktoś poświęca swoje życie, by ratować zwierzęta, jest niedorzeczny („Kto chce ratować małpy? Przecież to tylko pieprzone małpy” – podsumowuje jeden z agresorów w nagranej przez reporterkę rozmowie). Ta okrutna strona medalu kontrastuje z pięknem, jakie reprezentuje chroniony park narodowy. A wszystko to przekazane w formie niesamowitych kadrów, zgrabnie zmontowane i oprawione przejmującą muzyką. Odważny, ważny i profesjonalny na poziomie zarówno researchu, jak i realizacji film.

 

Koza za głos / A Goat For A Vote

O ile jednak Virunga mogła liczyć na olbrzymie wsparcie marketingowe (film wypuściła platforma Netflix, a jego producentem wykonawczym był Leonardo DiCaprio), o tyle promocja pozostałych filmów była bardzo ograniczona. Wielka szkoda, szczególnie gdy mamy do czynienia z filmem skromnym, niepozornym, a mającym wielką siłę rażenia. Koza za głos zrobił na mnie olbrzymie wrażenie. To krótki, niespełna godzinny dokument o wyborach na przewodniczącego kenijskiej szkoły, w których trójka uczniów próbuje zdobyć poparcie. Mają różne motywacje i cele, różny sposób dotarcia do wyborców i różne też metody działania. Wydawałoby się – cóż takiego? A to, że ta śmieszna wydawałoby się opowieść jest fantastyczną metaforą sceny politycznej, która mimo bardzo lokalnego charakteru, ma uniwersalny wymiar. Prostota przekazu filmu udowadnia, że czasem wystarczy sięgnąć po to, co małe i bliskie, by zobrazować wielkie mechanizmy rządzące polityką i społeczeństwami. Jak celnie ujął to Piotr, to dokumentalizm wysokiej próby, zdecydowanie warto się z nim zmierzyć.

 

Plac / Al Midan

Polityczny wydźwięk miał też Plac, dający obraz rewolucji w Egipcie w tak szczery i bezpośredni sposób, jakiego nigdy nie osiągną przekazujące informacje media. Twórcy dokumenty uzyskali ten efekt dzięki wkroczeniu z kamerą w epicentrum wydarzeń, oddaniu głosu demonstrantom – młodym ludziom, dla których obalenie rządów Mubaraka, a później wojska i Bractwa Muzułmańskiego, stało się życiowym celem. Bliskość wydarzeń i możliwość poznania motywacji rewolucjonistów sprawiły, że z filmu można dowiedzieć się o egipskich protestach i konflikcie więcej niż dotychczas, a na pewno – lepiej je zrozumieć. Bardzo przystępny, niepozbawiony humoru (co jest szokujące, zważając na tematykę filmu) dokument.

 

Pół roku z bosymi babciami / No Problem! Six Months With Barefoot Grandmamas

Jeśli można mówić w kontekście AfryKamery o łamaniu stereotypów, to Pół roku z bosymi babciami świetnie się w to kryterium wpisuje. Film opowiada historię i realizację projektu „Barefoot College”, którego celem jest edukacja afrykańskich kobiet, ale edukacja bardzo konkretna i specyficzna. Przyjeżdżające z całego kontynentu Afrykanki chcą bowiem zostać… inżynierami, a w indyjskiej wiosce Tilonia uczą się, jak budować i instalować… panele słoneczne. To zupełnie nowe spojrzenie na kobietę Afryki, stereotypowo wiązaną z przestrzenią domową, zdominowaną przez męski świat, ograniczoną do roli żony i matki. Studentki Barefoot College łamią stereotypy – chcą uczyć się, pracować, działać, by pomóc swoim bliskim, sąsiadom po prostu lepiej żyć. Przesłanie filmu zawstydza i podnosi do działania, każe spojrzeć na afrykańskie kobiety inaczej, zbudować na nowo definicje ich ról społecznych. Właśnie takie dokumenty pozwalają poznać i lepiej zrozumieć świat.

 

***

Rozpiętość tematyczna sekcji AfroDocs była ogromna. Prócz wymienionych w repertuarze znalazło się miejsce choćby na historię rastafarianów (Opowieść dredowa / Dreadlock’s Story), ilustrację muzycznego podziemia Afryki (Mzansi – Brzmienia przyszłości / Future Sounds od Mzansi), wywiady z prawdziwymi gangsterami (Gangsterka za kulisami / Gangster Backstage) czy wspaniały obraz sudańskiej społeczności, która mimo ognia rebelii, kultywują swój radosny, śpiewno-taneczny styl życia (Bity AntonovaBeats of the Antonov). Nie wszystkie równie dobre, wszystkie z pewnością odkrywające nowe oblicze Afryki.

 

Polecam Wam w szczególności powyższe tytuły, a o dokumentach będę pisała częściej, bo są dla nas wyjątkowym oknem na świat i warto, byśmy czasem wyjrzeli przez nie i dali sobie chwilę na refleksję na temat kondycji człowieka i świata, w którym żyjemy.

 

2 myśli nt. „Kino afrykańskie i filmy dokumentalne warte obejrzenia (AfryKamera 2015)

    • Niestety, większość była grana tylko podczas festiwalu. Zorientuję się, czy są gdzieś dostępne online; dam znać, jakby co.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.