Ania – czy warto oglądać?

Moda na seriale oferujące sentymentalną podróż w krainę dzieciństwa trwa w najlepsze. Po bijącym rekordy popularności Stranger Things (pisałam o nim tutaj) Netflix postawił na luźną adaptację klasyki literatury młodzieżowej Anię z Zielonego Wzgórza Lucy Maud Montgomery. 7-odcinkowy serial, pokazywany oryginalnie w kanadyjskiej telewizji i nadawany reszcie świata za pomocą właśnie popularnej platformy streamingowej, wzbudził jednak mieszane uczucia. Czyżby przypomnienie emocji towarzyszących nam podczas obcowania z kulturą wyższą kilkanaście lat temu już nie wystarczyło, by zdobyć serca rzeszy fanów?

 

Odpowiedź na to pytanie jest – wbrew pozorom – prosta: tak, to zdecydowanie wystarczy. Przywołany we wstępie przykład serialu Stranger Things, zanurzonego stylistycznie i kulturowo w latach 80., jest tego najlepszym przykładem. Dziś, z perspektywy czasu, gdy opadła już pierwsza fascynacja produkcją braci Duffer, widać doskonale, że serial nie był (i nigdy nie miał ambicji być) w telewizji niczym przełomowym, a rzekoma świeżość, którą za sobą niósł była nią tylko przez wzgląd na właściwy moment nadejścia – moment, gdy wszyscy fani produkcji małego ekranu, zafascynowani, ale jednak też trochę zmęczeni bombardującymi zewsząd nowościami, potrzebowali nieco zwolnić. Serial z dziwnie znajomą historią, ulokowaną w dziwnie znajomych czasach, pełen kulturowych aluzji był strzałem w dziesiątkę.

 

Ania wpisuje się w ten zwrot, choć tylko w pewnym stopniu. Z jednej strony jest bowiem przykładem powrotu do tego, co znane, bliskie i – nie da się ukryć – kochane przez miliony czytelników (i to kilku pokoleń) na całym świecie. Z drugiej w ekranizowaniu tekstów literackich jest jednak coś ponadczasowego, do czego się wraca, i to wielokrotnie – często zresztą mimo faktu, iż powstałe dotąd adaptacje okazały się nad wyraz udane. Nic dziwnego, że w takiej sytuacji pojawia się tu pokusa, by spróbować inaczej i opowiedzieć tę znaną historię w nowy sposób, by współczesny widz oprócz miłych wspomnień chwil spędzonych nad lekturą otrzymał coś więcej. I to właśnie to „więcej” stanęło u podstaw scenariusza nowej Ani i jednocześnie podzieliło widzów.

 

Zmiany poczynione względem fabuły mają bardzo różne natężenie. Ostrożność, z jaką scenarzyści je pisali, jest widoczna właściwie w każdym odcinku. Dzięki temu nawet w wątkach właściwie całkowicie dopisanych nie ma się wrażenia obcowania z czymś zupełnie niewspółmiernym z całą historią (no, może z wyjątkiem epizodu związanego z postacią Mateusza, który jednak jest zbyt daleki od jego temperamentu i duchowości czasów i miejsca, w których żył). Obok nich zresztą cały czas pojawiają się perypetie doskonale z powieści znane, przeniesione na ekran niemal jeden do jednego – jak choćby pamiętny, zakrapiany winem podwieczorek z Dianą czy ratunek jej małej siostry, który przyniosła Ania. Ta równowaga wychodzi serialowi na dobre i sprawia, że nie sposób odmówić twórcom szacunku do pierwowzoru, tak jak i żałować skorzystania z okazji, by dodać coś od siebie. Te dodatki – widoczne przede wszystkim w rozwinięciu losów niektórych postaci (w I sezonie przede wszystkim Maryli i Mateusza – zresztą rozwinięcia bardzo udane) – traktuję więc bardziej jak inną wersję znanych mi wydarzeń, wyobrażany ciąg dalszy niż heretyckie apokryfy. Zresztą, oskarżanie twórców serialu czy filmu o to, że nie są książką, zakrawa o absurd.

 

Bardziej więc niż dopisywanie pewnych zdarzeń czy losów postaci martwi mnie przesunięcie znaczeń i akcentów, przede wszystkim na płaszczyźnie relacji między bohaterami. Tutaj nie sposób nie wskazać tej jednej, która stoi u podstaw całej historii Ani jako dorastającej panienki – relacji z Gilbertem. W stosunku do konstrukcji tej postaci mam zresztą (chyba najbardziej) mieszane uczucia. Z jednej bowiem strony zmiana historii rodzinnej i temperamentu bohatera wpływa w ogromnym stopniu, właściwie nawet diametralnie, na charakter jego relacji z Anią. Z drugiej jednak taki Gilbert to przecież Gilbert, którego zawsze dla Ani chcieliśmy, jego alternatywna, bardziej stonowana, mądra i poważna wersja. Problem w tym, że nie mająca wiele wspólnego nie tyle z powieściowym pierwowzorem, co 11-latkiem, który – jakby siłą rzeczy – jednak jest bardziej psotnikiem, figlarzem, urwisem, którego końskie zaloty polegają właśnie na pociąganiu rudych warkoczyków i przezywaniu Ani „Marchewką”, a nie bronieniu jej przed wrogo nastawionymi do sieroty kolegami i koleżankami czy pełnych powagi rozmowach podczas polekcyjnych spacerów.

 

Jest też sporo prawdy w tym, że nowa Ania jest Anią bardziej współczesną i także bardziej poważną, a nawet mroczną. Sporo tu scen, których wydźwięk jasno odnosi się do kwestii elektryzujących dzisiejszych widzów (choćby rodzący się dopiero w głowach gospodyń z Avonlea feminizm), ale chyba ten drugi fakt czyni z serialowej opowieści historię o nieco innym niż w książce wydźwięku. Jednym z największych atutów Ani z Zielonego Wzgórza jest to, że jest historią opowiedzianą z punktu widzenia 11-letniej dziewczynki. To sprawia, że opowieść ta – mimo mnogości wątków bardzo poważnych, trudnych i tragicznych – ma w sobie całe mnóstwo lekkości i świeżości. W serialu tej finezji trochę jednak brakuje. Przez duży nacisk na tragiczną przeszłość Ani – jej sieroctwo, trudne doświadczenia w rodzinie zastępczej, ciężką pracę już od najmłodszych lat, doznawaną przemoc, a nade wszystko brak zaspokojenia podstawowej potrzeby bycia kochaną – serialowa opowieść kieruje się na zupełnie inne tory niż powieść. To ją od niej znacząco odróżnia – i może taki właśnie był cel twórców, ale stanowi też w pewnym sensie o jej niższości nad pierwowzorem.

 

Cały seans – bo 7 odcinków można właściwie z powodzeniem obejrzeć za jednym, góra dwoma podejściami – upływa mimo to w bardzo miłej atmosferze. Wielka w tym zasługa pięknej scenografii i zręcznych zdjęć – realia epoki, kostiumy, charakteryzacja są tutaj na naprawdę wysokim poziomie, ale przede wszystkim aktorstwa. Casting stanowi o wielkiej sile serialu o Ani Shirley. Tytułowa bohaterka, grana przez Amybeth McNulty jest zupełnie inną Anią od tych, które znamy z filmowych adaptacji, ale właściwie nie sposób jej z miejsca nie pokochać. Jest wspaniałą, charyzmatyczną, niezwykle wdzięczną postacią, a 15-letnia w rzeczywistości Amybeth gra ją z niesamowitym wyczuciem. Wspaniale dobrane jest rodzeństwo Cuthbertów – Geraldine James w roli Maryli jest dokładnie TĄ Marylą i tworzy jedną z najciekawszych (jeśli nie najciekawszego) z bohaterów serialu, a R.H. Thomson jako Mateusz świetnie oddaje ciepło, dobrotliwość i uprzejmą, nieco asekurancką powściągliwość swojej postaci. Świetnie wypadają też Dalila Bela w roli Diany, Lucas Jade Zumann jako Gilbert i Corrine Koslo, oddająca postać pani Linde.

 

Serial – mimo drobnych uwag na temat obranej perspektywy i rozłożonych akcentów – jest jednak naprawdę dobry i zdecydowanie warto go obejrzeć. I czekać na kolejny sezon.

 

Czy polecam? Tak.

 

Źródło zdj.: cosmopolitan.com

 

4 myśli nt. „Ania – czy warto oglądać?

  1. Wczoraj dowiedziałem się o istnieniu serialu, a dziś oznajmiłem to żonie, dla której ta informacja była niczym kosz pełen czekoladek – radości nie było widać końca :-D Sam też chętnie obejrzę, mimo iż to nie moje klimaty, ale raz już tak było, że niezapowiadająca się produkcja Netflixa okazała się najlepszym serialem jaki widziałem – mowa o „The Crown”.

  2. Mam zamiar zacząć oglądać ten serial i powiem szczerze, że już nie mogę się doczekać. Myślę, że pomimo tych zasadniczych różnic ,,Ania, nie Anna” jest warta obejrzenia, chociażby po to, by móc spojrzeć na jej historię okiem dorosłego widza, dla którego nie ma już miejsca na żadne ubarwienia i koloryzacje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.