Babycall

babycall-7
Do skandynawskich filmów mam stosunek mocno ambiwalentny. Wciąż to kino poznaję i wciąż nie umiem patrzeć na nie obiektywnie i używać w jego ocenie lokalnej, europejskiej perspektywy. Cenię bardzo osobliwe podejście Skandynawów do realizmu i odnoszę niedefiniowalne wrażenia w zderzeniu z chłodem i hermetycznością przestrzeni, które tworzą, wciąż jednak czegoś mi w ich kinie brakuje, zupełnie jeszcze nie wiem, czego i jak tego szukać. Babycall wcale mi w tych poszukiwaniach nie pomogło. Więcej nawet: skomplikowało je jeszcze bardziej.

Anna (Noomi Rapace) właśnie wprowadza się ze swoim synkiem do nowego mieszkania. Jest bardzo niespokojna – mimo, że oboje są objęci programem ochrony świadków, boi się, że ręka ich kata – ojca Andersa – dosięgnie ich także tutaj. Próby rozpoczęcia nowego życia kończą się jednak bardzo szybko. Anna kupuje babycall, które ma jej pomóc stale nadzorować bezpieczeństwo syna, ale głośnik – oprócz oddechu Andersa – przekazuje także inne dźwięki, dobiegające z pobliskiego mieszkania. Płacz i krzyk dziecka, przerażające głosy jakiejś kobiety i głośne sapanie mężczyzny przypominają jej horror, którego sama doświadczyła. Anna próbuje dowiedzieć się, co dzieje się u sąsiadów, ochronić swoje dziecko i udowodnić opiece społecznej, że jest zdolna do wychowania go w normalnych warunkach.

Babycall to bardzo niejednoznaczny film. I nie chodzi wcale o pokręconą fabułę, która wywodzi na manowce nawet scenarzystę i reżysera (w jednej, zresztą, osobie). Z jednej strony historia z potencjałem – może już przeżuta, ale bez wątpienia należąca do gatunkowych rarytasów (paranoja wraz z wszelkimi odmianami zaburzeń psychicznych i dyskretne żonglowanie rzeczywistościami mają nieustannie rzeszę fanów). Do tego klimatyczna sceneria, której klimat polega na jego braku – wszechogarniający minimalizm trochę przeraża, ale bardzo też przyciąga; i postaci wzbudzające niepokój i poirytowanie (a więc nie obojętność!) od pierwszych scen. Z drugiej strony fabuła jest miejscami tak nielogiczna, że nie sposób podejrzewać o brak pomyślunku tylko siebie – niekonsekwencja została po prostu wpisana w scenariusz. Zapewne nieumyślnie i z nadzieją, że to się nie stanie, Sletaune wpadł w sidła własnoręcznie stworzonego warkocza przypadków, nie nadążył za tym, co podpowiadała mu wyobraźnia, nie zdołał zobrazować tego, co zatliło mu się w głowie.

Porównuje się film Sleataune’a do Innych, do Szóstego zmysłu, we mnie jednak Babycall przywołało skojarzenie z Pająkiem Cronenberga – filmem, który mnie przygniótł (taki był ciężkostrawny), ale któremu nie można odmówić logiki – każdy szczegół miał w nim swoje znaczenie i odniesienie w alternatywnej rzeczywistości. W Babycall otrzymujemy szereg środków, które nie znajdują ujścia, pytań, które pozostają bez rozsądnych (niekoniecznie jednoznacznych) odpowiedzi. Nie brak tu wątków, które konsekwentnie prowadzą do pewnych prawd – i ta wielorakość rozwiązań jest tu jak najbardziej na miejscu, to prowokuje, inicjuje kontakt na długo po seansie; wiele tematów jednak zostało tylko muśniętych, a szkoda, bo zasługiwały na większe zaangażowanie.

Noomi Rapace dobrą aktorką jest. Udowodniła to w Millenium i przypominać o sobie będzie zapewne w wielu kolejnych produkcjach. Jest trochę irytująca, daleko jej do hollywoodzkich piękności, ale ma osobliwy styl i wspaniale gra twarzą (szczególnie oczami). Jej bohaterka jest bardzo specyficzną, zagubioną i rozedrganą emocjonalnie osobą – Rapace doskonale oddaje ten niepokój, tajemniczość i pewną grozę, która z niej emanuje.

Czy polecam? Nie jestem pewna. To kolejny film, który ogląda się niezbyt przyjemnie, który dłuży się i irytuje, ale który też zostaje w głowie i coś tam drąży uparcie. Jeśli nie lubicie tracić na to czasu – odpuście.

Źródło zdj.: cestsa.com

 

5 myśli nt. „Babycall

  1. Zgadzam się z Tobą, nie wiadomo o co chodzi, tak jakby sam autor zaplątał się w swojej rozbuhanej i nieujarzmionej wyobraźni. Film ani nie straszy, ani specjalnie nie przejmuje, tym bardziej, kiedy dowiadujemy się na końcu czemu te wszystkie pomysły fabularne mają służyć (niczemu). Film przekombinowany, oczywiście można by się tu doszukać jakiegoś przekazu, ale za duży galimatias powoduje, że widz ma go po prawie dwóch godzinach podpuszczania, po prostu gdzieś.

  2. O taak Noomi Rapace jest bardzo dobrą aktorką :D A szczególnie mnie jakoś do tego filmu nie ciągnie, nawet po twojej opinii :( A i dzięki za zwrócenie uwagi w mojej recenzji „Sherlock Holmes” – masz dużo racji :))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.