Birdman

2_img_inset

W tym roku o tytuł najlepszego filmu ścigają się filmy, za którymi stoją twórcy z bardzo konkretną, przemyślaną wizją świata i kina. Wiadomo – nie wszyscy, ale ci, między którymi rozegra się oscarowy wyścig – Linklater, Iñárritu i (trochę mniej, bo tu pewnie skończy się tylko na nominacjach) Anderson – to zdecydowanie świadomi artyści, którzy wiedzą, co chcą swoimi filmami przekazać i nie idą na żadne kompromisy, które mogłyby ten przekaz wypaczyć. Birdman – bohater dzisiejszego wpisu – jest tego najlepszym przykładem.

 

To fantastyczne, że dziś coraz więcej twórców rozumie potrzebę apetycznego podania swojego wykwintnego dania. Ambitny, szukający w kinie czegoś więcej niż rozrywki widz poradzi sobie i z ciężkostrawną, a mądrą materią, ale trzeba przyznać, że wszelkie udogodnienia, które stymulują proces myślowy, w myśleniu nie wyręczając, są jednak czasem po prostu mile widziane. Dlatego komediowy pazur, który charakteryzuje Birdmana szczególnie w pierwszej części tej szalonej fabuły jest i będzie jednym z największych powodów, dla których film, mimo że wyraźnie odstaje od tego, co znamy i co do tej pory widzieliśmy, będzie łatwo przyswajalny. Przynajmniej z swojej pierwszej, prostej warstwie, bo film Alejandro Gonzáleza Iñárritu to wielopłaszczyznowa hybryda, której poznanie (nawet nie zrozumienie) wymaga wielokrotnych spotkań. To też pierwsza jego duża zaleta – ukłon w stronę widza mniej wymagającego nie wyklucza wyjścia naprzeciw odbiorcy oczekującego czegoś więcej.

 

Bardzo łatwo można ulec pokusie czytania Birdmana przez pryzmat intertekstualnej gry, jaką Iñárritu toczy z legendą, którą wszyscy znamy i w którą był osobiście zaangażowany odtwórca tytułowej roli, Michael Keaton. I, jasne, porównania same cisną się na usta – Człowiek-Nietoperz, pojawia się tu niemal dosłownie, a sytuacja zawodowa bohatera jak mało kiedy znajduje swoje bezpośrednie odniesienie w faktycznej pozycji aktora. Za proste? Nie do końca, bo o ile dla jednych będzie to słodko-gorzki mianownik tych dwóch historii, dla innych tylko lub aż furtka do nowych interpretacji, rozłożenia na czynniki pierwsze mitów, w które Iñárritu hojnie wyposaża intencje swoich bohaterów. Zresztą i oni, gdy bliżej im się przyjrzymy, nie są konstruktami jednolitymi. Każdy z nich jest tym, na kogo wygląda – zgasłą gwiazdą z przegranym życiem, próbującą złapać ciepło ostatniego blasku sławy, neurotyczną córką, odbijającą swoje kompleksy o ścianę zuchwałości, uwikłaną w toksyczną relację podrzędności kochankę, której bycie „pod” nigdy nie pozwoli osiągnąć prawdziwego sukcesu, wreszcie – nonszalanckim gwiazdorem, którego pozycja pozwala na więcej niż faktyczne zdolności. I jednocześnie każdy z nich jest też kimś zupełnie innym, zwykle lepszym, ale czy bardziej zrozumiałym? No właśnie.

 

Sposób myślenia i pisania o Birdmanie tylko potwierdza fakt, jak bardzo ten film wymyka się znanym kategoriom. Bo można, oczywiście, mówić o nim w sposób prosty: że jest ciekawie rozpisaną fabułą, że został fenomenalnie ujęty (o zdjęciach Lubezkiego krążą już w sieci elaboraty, w większości zresztą świetne), że Keaton wspina się na wyżyny aktorskiego kunsztu (nie ma możliwości, że Oscar przejdzie mu koło nosa), że cała ta szalejąca już w (świetnym) zwiastunie obsada nie odstaje ani na milimetr od poziomu realizacji filmu. Ale te komplementy to tylko przystawka, to o daniu głównym i deserze warto mówić więcej. I będzie się mówiło jeszcze długo.

 

Birdman to bardzo dobry film – oryginalny, świeży, błyskotliwy, inteligentny. Nie jest komedią (tak, to czas, byśmy sobie wszyscy uświadomili, że fakt, iż film jest zabawny, wcale nie oznacza, że jest komedią – o, szanowne złote globy), nie jest klasycznym dramatem, to bardziej surrealistyczna tragikomedia, więcej mająca wspólnego z – nomen omen – teatrem niż kinem (w formie, ale i przecież w treści). Jasne, nie ma obowiązku się nim zachwycić, nazwać arcydziełem, wstydzić się opinii, że momentami był jednak trochę dziwny i niejasny, ale powiedzieć, że to film słaby lub nawet średni, to zdecydowanie niepoważny ruch. Sprawdźcie zresztą sami – Birdman od jutra w kinach.

 

Czy polecam? Tak.

 

Źródło zdj.: ew.com

 

2 myśli nt. „Birdman

  1. Ja tu wyłapałem jeszcze jedno nawiązanie, chociaż nie mam pewności, czy celowe. „Fight Club”. Edward Norton, podwójna osobowość i uzdrawiający headshot.

    Zdecydowanie jedna z lepszych ról Keatona, chociaż wybitną bym jej nie nazwał.

    Tragikomedią bym tego nie nazwał. Komedią (nawet czarną) też nie. Raczej komediodramatem, z przewagą dramatu.

    Film oczywiście świetny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.