Blue Jasmine

Blue_Jasmine_1372856279_1_2013
Wykwitła ta niebieska Jaśmina zupełnie nagle. A może wcale nie? Jako że za Allenem nigdy specjalnie nie przepadałam, nie interesowałam się jakoś szczególnie jego projektami, zastanawiając się tylko od czasu do czasu, która europejska stolica wygra przetarg na jedną z najlepszych promocji miasta ever. Tymczasem Allen cichutko zakotwiczył w rodzimych stronach i zajął się tym, co najprzyjemniejsze: kobietami. A właściwie kobietą – Jasmine, Jeanette czy jak ona tam się właściwie dzisiaj nazywa, parafrazując jednego z bohaterów filmu. Efekty tego zajęcia są gorzkie. Blue Jasmine to historia tak smutna, że aż dobra.
 

 

Tytułowa Jasmine (Cate Blanchett) jest na życiowym zakręcie. Jej mąż okazał się oszustem podatkowym, a ona z dnia na dzień z damy z wyższych sfer stała się spłukaną i znerwicowaną histeryczką, pomieszkującą kątem u ledwie wiążącej koniec z końcem siostry, Ginger (Sally Hawkins). Życie ponad stan jest jak nałóg, dlatego wychodzenie z niego nie należy do najłatwiejszych. Jasmine szybko przekonuje się, że odwyk to nie taka prosta sprawa, a prawdziwe życie jest trudniejsze niż przypuszczała.
 
Szalenie ciekawa postać ta Jasmine. Maksymalnie absorbująca, a jednocześnie niebudząca sympatii, skrzywdzona, a przecież również nie bez winy, trudna w pożyciu, ale też wymagająca po prostu mniej standardowego, wcale nieniemożliwego podejścia. Jej paplanina, niefortunne gesty, energiczność kontrastują z poczuciem wyższości, wycofaniem i nerwicą. Spłukana, ale zbyt przyzwyczajona do wydawania pieniędzy, by je oszczędzać. Zniszczona, ale zbyt dumna, by pozwolić sobie na pokorę. Elegancka, stylowa, ale niepotrafiąca honorowo wziąć za siebie odpowiedzialność, być szczerą przed innymi i samą sobą. Kobieta z bagażem, ale tylko Louis Vuitton.
 
Allen – choć wielokrotnie przekracza granice prawdopodobieństwa i celowo przerysowuje swoją bohaterkę – kreśli tę postać z wnikliwością godną pozazdroszczenia. Lata obserwacji, przebywania wśród kobiet i z kobietami dały mu obraz kobiecych emocji, który w postaci Jasmine maluje wszelkimi, dostępnymi mu barwami. Jakkolwiek jednak nie prowadziłby tej historii, tą dominującą jest czerń. Jasmine to postać tak nieszczęśliwa, tak tragiczna, że aż prawdziwa. Głęboka melancholia, reprezentowana w historii w postaci wciąż odnawialnego opakowania xanaxu, i dojmujący smutek z utraconego bogactwa, szybko przełamują wrażenie, że tytułowa bohaterka to postać wyłącznie trzpiotowata. Jasmine jest po prostu naiwna i emocjonalna. Jest kobietą.
 
Cate Blanchett, która od dnia premiery wymieniana jest jako pretendentka do przyszłorocznego Oscara za najlepszą aktorską kreację, wciela się w tę rolę z tak niesamowitą lekkością, że gdybyście spotkali ją dziś na ulicy, zanucilibyście z pewnością Blue Moon (wyjaśnienie znajdziecie w filmie). Wspaniała gra, przekonująca do Cate największych sceptyków. Jak słusznie pokreśliła w swojej recenzji Natalia ze skrawków kina – warto pójść na ten film nie „bo Woody Allen”, ale „bo Cate Blanchett”.
 
Choć Blanchett przyćmiewa swoją grą wszystko, co Allen miał jeszcze do powiedzenia w tym filmie (a – z całą rezerwą dla reżysera, jaką wciąż w sobie trzymam – muszę przyznać, że miał) i pozostali aktorzy pozostają daleko w tyle, nie sposób nie wspomnieć o cudownej Sally Hawkins. Napisałabym chętnie: „przeuroczej”, ale Poppy (kto nie widział Happy-Go-Lucky, czyli co nas uszczęśliwia Mike’a Leigha, niech nadrabia!), znaczy Sally bardzo dojrzała aktorsko. Nie jest już tą roztargnioną, słodką Brytyjką, której wszędzie pełno. To artystka w pełnym znaczeniu tego słowa – mądra zawodowo, wyśmienita w grze, wyrazista i subtelna jednocześnie. Zdecydowanie warta pokochania, co zresztą udowadnia u Allena, tocząc intensywnie swoje losy na drugim, ale równie istotnym i ciekawym planie życia Jasmine.
 
Jakkolwiek nadal nie uważam się za fankę Woody’ego Allena i wciąż nie jestem przekonana do wielu jego filmów, podczas seansu Blue Jasmine zrozumiałam jedną rzecz. Mogę sobie nie lubić tego dziwnego, małego człowieczka, mogę od jego filmów stroni, ale nie mogę odmówić mu jednego: ma doskonałą rękę do prowadzenia aktorów w taki sposób, by stworzyć na planie naturalność w czystej postaci. Rozmowy jego bohaterów (które są zawsze kanwą Allenowskich historii) niczym nie różnią się od tych, w których bierzemy udział każdego dnia. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się czuć u Allena sztuczność – jego świat może wydawać mi się obcy, a problemy bohaterów wydumane i niemoje, ale ludzie, którzy toczą w nim dysputy, wymieniają się opiniami, krzyczą na siebie, płaczą, szepczą są w każdym wypadku bliscy, swoi. To ja i ty. Takie rzeczy spotkać można tylko u wspomnianego już geniusza – Mike’a Leigha. Klasa.
 
Podsumowując, Blue Jasmine to bardzo intymna i bardzo smutna wycieczka do kwintesencji kobiecości. Kobiety pojmą ją w lot, a mężczyźni – cóż – przy odrobinie dobrej woli zobaczą w niej garść przydatnej wiedzy i potraktują jak ważną lekcję, przy jej braku – zanudzą się na śmierć.
 
Czy polecam? Tak.
 

Źródło zdj.: woodyallenpages.com

 

12 myśli nt. „Blue Jasmine

  1. Ja uwielbiam Allena i choć ten film jest inny – bardziej przygnębiający, niż pełen ironicznego humoru – bardzo mi się podobał i również polecam, nie tylko fanom Woody’ego.

    Blanchett doskonała, zresztą każda z postaci Blue Jasmine jest ukazana bardzo prawdziwie i przekonująco :)

  2. To, co szczególnie ciągnie mnie do tego filmu to wszelkie rozmowy pomiędzy bohaterami. Wtedy najlepiej widać prawdziwy talent Allena. Gry aktorskiej Blanchett też jestem bardzo ciekawa. :)

  3. Nie przepadam za Allenem. Z jego nowszych filmów podobało mi się Match Point, ale Blue Jasmine też obejrzę dla Cate Blanchett, która jest wspaniałą aktorką. Ma tę klasę złotego Hollywoodu ;)

  4. Ja również nie jestem entuzjastką Woody’ego, ale dla Cate na pewno wybiorę się na ten film. Zastanawia mnie gra Sally, bo widziałam z nią kilka produkcji, ale najbardziej zapamiętałam z „Perswazji” i mam w głowie sceny, w których razi jej drętwość i ta sama „zdziwiona” mina.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.