Bogowie

Wprowadziliście mnie w błąd. Wszyscy wprowadzili mnie w błąd – dystrybutor, krytycy, blogerzy, widzowie. Z waszych opisów, opinii, relacji, recenzji wynikało bardzo czytelnie, że Bogowie to film o Zbigniewie Relidze. Że Kot oddał świetnie nie tylko jego fizjonomię, ale także cechy charakteru i słabości. A przecież to nie jest film o Relidze. To historia polskiej transplantologii w pigułce, lekcja historii dla tych, którzy nie mieli szansy kibicować tej rewolucji na żywo i test wiedzy dla świadków medycznych przełomów. Religa – choć w filmie wysunięty przez Łukasza Polkowskiego na pierwszy plan – był może i najbardziej charyzmatycznym, ale nadal jednym z, jednym z wielu osób, bez których to by się po prostu nie udało.

 

To bardzo dobrze, że reżyser Bogów nie poszedł z tym kawałkiem historii w klasyczny film biograficzny. Biografie lubią kusić wyciągnięciem z życiorysu bohatera mniej lub bardziej kontrowersyjnych epizodów, wysunięciem na pierwszy plan jego życia prywatnego, a to niemal zawsze negatywnie odbija się na ukazaniu tego, co najważniejsze. Z Religą zresztą nie byłoby o to trudno. Był kontrowersyjną postacią, z radykalnymi poglądami, nieustępliwością graniczącą często z zuchwalstwem, podejmującą wybory, z których należało się tłumaczyć. Był politykiem, a z tego zawsze trzeba się tłumaczyć. W Bogach polityki jest niewiele, tyle tylko, ile było potrzeba, by nakreślić socjalistyczne realia pracy (jakiejkolwiek) w latach 80. Niewiele jest też Religi jako Religi – mężczyzny w sile wieku, męża, ojca, przyjaciela. Jego związki z ludźmi spoza środowiska lekarskiego są tylko muśnięte – i dobrze, bo nie o to w tym wszystkim chodziło. To zabawne, jak może zdumiewać fakt, że ktoś zrobił film dokładnie i tylko o tym, o czym mówił, że zrobi. I że mu to wyszło.

 

Plotę trzy po trzy, bo w gruncie rzeczy nie wiem, co mogę o tym filmie napisać. Że zyskałam garść wiedzy na temat, który – może to wstyd – był mi znany tylko ze słyszenia, i to pobieżnie, i że to bardzo cenne? Że Kot jest genialny i niech dostaje jak najwięcej ról dramatycznych, żeby nie musiał schylać się do poziomu głupich komedyjek, by zarobić na chleb? Że Chajdecki znów skomponował cudowną ścieżkę i jest moją drugą – po Ablu Korzeniowskim – polską miłością w kategorii muzyka filmowa? Że Bogów ogląda się z uwagą i przełyka bez trudu, mimo ciężaru tematycznego? To już powiedziano i tak jest w istocie.

 

Jest w Bogach coś, co zdobędzie serca milionów polskich widzów. Jakaś przedziwna lekkość, która niesie całą tę historię, niebywała szczerość przekazu, w którym człowiek, choćby nie wiem jak odważny, uparty i zdolny, jest nadal tylko człowiem, plastyczność opisu sytuacji, postaci, rzeczywistości, wreszcie – umiejętna tonacja, która gdy trzeba sprowadza emocje do parteru, daje czas, by przełknąć gulę w gardle, raz czy dwa uśmiechnąć się szerzej, by za moment znów z napięciem śledzić to, co sie dzieje przy stole operacyjnym. A dzieje się dużo, bo przecież cała historia opiera się na takim intensywnym działaniu. Niech inni gadają, my to robimy dobre kino, hm?

 

Ten film – jakkolwiek dobry i warty zobaczenia – pozostawił we mnie lekki niedosyt. To taka trochę klątwa Złotego Lwa – wszystkie filmy z ostatnich lat, które wygrały w konkursie głównym na Festiwalu Filmowym w Gdyni (choćby W ciemności czy Ida) nie podobały mi się tak bardzo, jak inne, które na tę nagrodę miały szansę. Co jednak wszystkie te filmy łączy, to fakt, że dobrze promowane, ściagają do kin widzów i przekonują ich, że polskie kino już wyzdrowiało z głupich komedii i stać je na o wiele więcej niż sądzimy. I to jest wspaniałe.

 

Czy polecam? Tak.

 

Źródło zdj.: culture.pl

 

7 myśli nt. „Bogowie

  1. Znakomity film o Doktorze Relidze, należy pogratulować reżyserowi i kompozytorowi. Jedyny zgrzyt to kiedy pacjent pyta Religę czy aby serce donatora nie jest przypadkiem „Żyda lub geja”. Publiczność wybuchła na to niemiłym śmiechem. Czy koniecznie musimy obrażac? Obawiam sie że taki „dowcip” może zabić wszelkie szanse tego świetnego filmu na jakiegokolwiek Oscara. Podpada pod kategorię tak zwanych „Polish jokes” które nas przecież obrażają i które staramy się zwalczać. Ja osobiscie czułabym sie bardzo dotknięta, gdyby ktoś zastrzegł sobie „że serce nie może być, broń Boże, od Polaka”.

  2. Zgadzam się! Tak powinny wyglądać filmy biograficzne. Niech będą oparte na jakiś konkretnych wydarzeniach z jakiegoś okresu czasu. A nie filmy „od narodzin do śmierci”, których już się nie da oglądać, bo są tak bardzo schematyczne.
    Świetne aktorstwo (nie tylko Tomasza Kota) i muzyka.

  3. Ja również czuję się trochę oszukana jeśli chodzi o „Bogów”. Mam wrażenie, że zapłaciłam za obejrzenie połowy filmu. „Bogowie” się nie skończyli. Oni się po prostu urwali.
    Czy tylko ja mam takie wrażenie, że udana operacja powinna być punktem kulminacyjnym całego filmu?
    Czekałam na sceny, w których pielęgniarki ocierają pot z czoła skupionego prof. Religi, studenci „zmieniają wartę” przy stole ze zmęczenia (przecież operacja trwała wiele długich godzin), zegarek pokazuje nieubłagalnie uciekający czas. Czekałam na emocje podczas pierwszej udanej operacji, czekałam na tą niepewność, chciałam poczuć to napięcie obecne na sali i tą nadzieję, że „tym razem się uda!”. W zamian za to dostałam nagłe urwanie akcji, całkiem zgrabnie odtworzoną słynną fotografię i napisy końcowe. Szczerze mówiąc nie mogłam uwierzyć, że to koniec.
    Osoba zupełnie poza tematem mogłaby pomyśleć: „Hola, hola. Ale o co chodzi. Pierwsza operacja trwała ok. 50 min, druga operacja – podobnie. To dlaczego nagle student pokłada się na ziemię, a chirurg wygląda jakby od dwóch dni imprezował?”. Ogromne niedopowiedzenie.
    Z kolei jeśli chodzi o muzykę to uważam, że motyw przewodni z basowym dźwiękiem imitującym bicie serca to prawdziwy strzał w dziesiątkę. Świetny pomysł!

    Kot świetnie, muzyka świetnie, tylko to zakończenie coś zrzyta :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.