Brooklyn

MTM0MTYyMzA4OTYzMjc2MDUw

Wywołana do tablicy, jedna z niewielu, których nominowany do Oscara Brooklyn nie urzekł, a wręcz rozczarował, spieszę z wyjaśnieniami. Bo to nie jest wcale tak, że film Johna Crowleya uważam za zły, nudny czy źle zagrany. Wręcz przeciwnie. Problem w tym, że największe atuty filmu przyszły do niego trochę z zewnątrz, a sam reżyser – wbrew pozorom – nie natrudził się tu tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. A już na pewno nie na tyle, by otrzymać za swój film wyróżnienie Akademii.

 

Trudno w przypadku ekranizacji czynić zarzuty w kierunku scenariusza. Twórcy – w zależności od charakteru umowy nabycia praw autorskich do książki – mają bardzo różne pola manewru i nie zawsze ich wizja, interpretacja historii idzie w parze z tym, co dyktują warunki umowy i producenci. Jeśli z reżyserem i scenarzystą współpracuje autor – a często tak się dzieje – film jest zawsze wypadkową pomysłów i kompromisów i to od charyzmy i mądrości tego pierwszego zależy stopień odchylenia od fabularnej tkanki opowieści. Gdziekolwiek by jednak nie dosięgała wolność twórcza, filmowcy mają zawsze do dyspozycji narzędzia, których próżno szukać w literaturze. I to one świadczą o wyjątkowości ekranizacji, jej odmienności od literackiego pierwowzoru. Co, w przypadku filmu o tak wtórnym w kinie temacie jak inicjacja, ma ogromne znaczenie. Tego w Brooklynie nie dało się do końca uzyskać. O historii Eilis można powiedzieć wszystko oprócz tego, że jest opowiedziana w nowy, świeży sposób. Uwaga: nie że sama historia jest nowa, świeża, oryginalna – bo dojrzewanie (w każdej skali) to etap tak zindywidualizowany, jak i uniwersalny w swych problemach i emocjach – a jej snucie, opowiadanie. Więc tak: jest naiwna, niesie za sobą jakieś przesłanie, jest w pewien sposób nawet urocza, ale jej przekazanie nie ma w sobie nic z tych rzeczy.

 

Brooklyn (film)

Saoirse Ronan – Amerykanka o irlandzkich korzeniach – pierwszy raz w swojej karierze miała okazję użyczyć swojej bohaterce irlandzkiego akcentu i „ducha” swojego rodu. Wyszło bardzo ładnie.

Głównym problemem w jej obrębie są koszmarne wręcz dialogi, które włożone w usta właściwie każdej poza główną bohaterką postaci, nie tylko kuleją, ale wręcz rażą sztucznością i przeintelektualizowaniem. Najbardziej widoczne jest to wewnątrz stancji, w której Eilis mieszka wraz z kilkoma innymi dziewczętami i stylizującą się na surową matkę tej żeńskiej pensyjki panią Kehoe. O ile jeszcze można wybaczyć niefortunne kwestie pojawiające się w ustach słodkich trzpiotek – w końcu obszar zainteresowania tych bohaterek nie wykracza poza to, co typowe dla dziewcząt w ich wieku w tamtym okresie – o tyle teatralność wypowiadanych przez właścicielkę domu zdań, w ogóle cały pomysł interpretacji tej postaci przez aktorkę, jest wprost nie do zniesienia. Tu naprawdę nie było czym szarżować, tę postać można było zbudować na bardzo zwyczajnym, a zawsze świetnie sprawdzającym się na drugim planie ciepłym dystansem, skrywaną pod maską surowości dobrodusznością. Niby nie jest to postać, która pełni w historii jakąś znaczącą rolę, ale właśnie na takich drobiazgach Brooklyn najbardziej się potyka, rysując zgrabnie pierwszy plan, a zupełnie ignorując to, co z tyłu.

 

A pierwszy plan wygląda istotnie niezwykle przyjemnie. Ale to – znów – zasługa bardziej smacznych zdjęć (Yves Bélangera, współpracującego ostatnio namiętnie z Jean-Marc Vallée, również Kanadyjczykiem) i ślicznie oddającej klimat lat 50. scenografii. Mówiąc ślicznie trochę się uśmiecham, bo to taki charakterystyczny sposób kadrowania obyczajowych historii osadzonych na przedmieściach lub w mniej spektakularnych dzielnicach dużych miast, gdzie sceneria aż kipi kolorami, soczyste barwy sączą się tu jak z palety malarskiej – wszystko jest kolorowe, żywe, intensywne i piękne. To są lata 50., które znamy ze współczesnych filmów i doskonale zdajemy sobie sprawę, że tamte czasy nie do końca tak wyglądały. Stroje, fryzury, wystroje, architektura – wszystko to ma tu staromodny rys, ale jest w tym tyle gracji, że kupujemy to i zachwycamy się nimi bez większej refleksji. Świetnie się w tym miejscu Brooklyn wpisuje w systematycznie powiększający się katalog wysublimowanych, estetycznych, miękkich w sposobie kadrowania filmów, o których mówi się, że są skrojone pod Oscary. Miłe to wszystko dla oka, ale czy wierne? No właśnie.

 

Brooklyn (film)

Chemia, jaką udało się wytworzyć Ronan i Gleesonowi między ich bohaterami, to jeden z największych i – niestety – nielicznych atutów filmu.

I w ten piękny obrazek wpisani są bohaterowie, z których w zasadzie tylko dwoje reprezentuje cechy żywych istot. Pierwszoplanowa rola młodej Irlandki przypadła Amerykance o irlandzkich korzeniach, co – trzeba przyznać – było trafionym wyborem castingowym nie tylko z uwagi na bardzo przyjemną grę, ale też wyraźnie bijący z ekranu sentyment aktorki do stron, z których pochodzi jej ojciec, a w które przeniósł się na jakiś czas plan zdjęciowy. Saoirse nie jest klasyczną, amerykańską pięknością i ma w sobie to, co kochają miliony kobiet na świecie – naturalność, którą przekazuje zarówno swoją nietypową jak na hollywoodzkie „normy” figurą (pięknie te jej krągłości pasują do postaci Eilis), jak i mimiką i mową ciała. Jej Eilis to prosta, skromna i spokojna dziewczyna, która szuka swojego miejsca na ziemi i nie szarpie się ze sobą dłużej niż trzeba, przyjmując ze stoickim spokojem to, co przyniósł jej los. Ronan świetnie też te cechy bohaterki oddaje, a czy jest to rola godna nominacji, to rzecz byłaby może dyskusyjna, gdyby w obrębie kategorii aktorek pierwszoplanowych, których co roku jest w kinie jak na lekarstwo, można było w ogóle śmieć o czymkolwiek dyskutować. Wspaniale, że jest – Ronan, rola i ta kreacja, bo jest chyba najmocniejszym punktem Brooklynu.

 

Drugą postacią, która wnosi w ten nużący chwilami krajobraz życie jest Domhnaal Gleeson. Jest między odgrywanym przez niego Jimem a Eilis niesamowita chemia i sceny z ich udziałem są naprawdę zajmujące. O tyle bardziej, że trzeci wierzchołek tego trójkąta, Tony (w tej roli usiłujący nadać swojemu nowojorskiemu językowi włoski akcent Emory Cohen), w próbach stworzenia „włoskiego” temperamentu swojej postaci odnosi spektakularną porażkę. Tony to miły chłopiec, naprawdę trudno go nie polubić, ale potraktowany przez autorów scenariusza po macoszemu, nie ma szansy do siebie przekonać. W ogóle budowanie relacji tej dwójki zakrawa o szaleństwo – skróty fabularne mnożą się tu z prędkością światła, przez co zarówno pierwsze wyznania, jak i dalsze etapy znajomości bohaterów trącą zwykłym fałszem. Choć finałowa scena wyjątkowo – to zdumiewające – się udała.

 

Brooklyn (film)

Tony to wspaniały chłopak, a Emory Cohen to dobry młody aktor. Problem w tym, że ktoś fatalnie napisał tę postać i nawet urok osobisty Cohena niewiele tu mógł pomóc.

O reszcie postaci powiedzieć, że są papierowe to komplement. Niema, obrażona na cały świat matka, wyidealizowana siostra, dobroduszny, pojawiający się jak deus ex machina pastor, potrzebne w historii wyłącznie jako kontrastowe tło dziewczęta (koniecznie z wyrzutkiem w swoim gronie), wreszcie ta nieszczęsna pani Kehoe – tam naprawdę było miejsce na głębsze dotknięcie tematu. Ale po co. Jednowymiarowość jest taka cool.

 

Nie oczekiwałam wielkich dramatów, wzruszeń czy ciepłych uśmiechów. Ale też nie spodziewałam się, że rekomendowany jako uroczy, baśniowy, subtelny film okaże się zwyczajnie przeciętną, nieświeżą historią, w której najlepiej wypada imitujący Brooklyn… Montreal.

 

Czy polecam? Niestety, nie.

 

Źródło zdj.: fashionista.com

 

6 myśli nt. „Brooklyn

  1. Nie znam tego filmu ale naprawdę chętnie go zobaczę, nie znam się na krytyce tak jak ty ale lubię sobie czasem pooglądać filmy w domowym zaciszu :p chociaż po przeczytaniu tej opinii boje się go obejrzeć :3

  2. Pani Paulino, przepraszam, że nie w temacie wpisu, ale po prostu chciałem dać znać, że właśnie odkryłem Pani blog i coś czuję, że zostanę jego wiernym czytelnikiem. Sam niekiedy pisuję o filmach. Nie jest to mój główny temat, ale coraz bardziej mnie pociąga. Wpisałem do Google „blog o filmach” i wyrzuciło mi link do Pani strony. Bardzo się cieszę. Mam tylko jedną drobną uwagę techniczną. Nie wiem, czy to tylko u mnie, ale blog rozsypuje się na smartfonie. Może warto zadbać o mobilny szablon. Pozdrawiam i dodaję do ulubionych :)

    • Dzięki za dobre słowo i zapraszam oczywiście do regularnych odwiedzin, będzie mi bardzo miło:) Mobile – tak, niestety, wciąż brakuje czasu, by się tym zająć, ale postaram się coś z tym wkrótce zrobić:) Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.