Cicha noc [recenzja]

cicha_noc_film

Cicha noc. Film, który zrobił furorę na festiwalu w Gdyni, zdobył jego najważniejszą nagrodę i przez wielu porównywany jest – w kontekście tak jednogłośnie pozytywnego odbioru – do ubiegłorocznej Ostatniej rodziny. Trudno się temu dziwić, bo film debiutującego na dużym ekranie (!) Piotra Domalewskiego faktycznie zachwyca swoją szczerością, bezpretensjonalnością i celnością w portretowaniu polskiej rodziny. To film, który ogląda się z rosnącą ciekawością i jednocześnie trudnym do opanowania uczuciem bliskości – z bohaterami, ich dramatami, rzeczywistością, w której żyją. Rzeczywistości tak bardzo polskiej, a jednocześnie wyjątkowo uniwersalnej.

 

„Po co to kręcisz? Przecież wszyscy w domu mają tak samo” – obrusza się jedna z bohaterek na widok filmującej przygotowania do wieczerzy wigilijnej siostry. Ten komentarz z jednej strony, jak zauważyli w swoim podsumowaniu festiwalu Sfilmowani (tutaj), definiuje ten film, z drugiej jest kluczem do jego odbioru i odpowiedzią na pytanie, dlaczego większość widzów z filmu wyjdzie z poczuciem dziwnej swojskości tego, co zobaczyli. To ciekawe doświadczenie, szczególnie, gdy z pozoru z rodziną Adama, głównego bohatera, nic nas nie łączy, bo nie mieszkamy na wsi, bo nasza wigilia wygląda trochę bardziej uroczyście, bo nie pijemy, nie mamy kosy z bratem i nie kłócimy się o kawałek ziemi. Gdy jednak przyjrzymy się losom bohaterów, szybko okaże się, że każdy znajdzie w nich znajome doświadczenie lub emocje, których wspomnienie uwiera i porusza. Być może więc choć nie wszyscy mamy w domu tak samo, to odbieramy ten świat tak, jakby był tym samym, co znamy. Bo jest nie tylko możliwy, realny, ale bardzo bliski temu, co znamy i czego doświadczamy, nie tylko w wigilijny wieczór.

 

Tak celne odtworzenie pewnych rytuałów, zachowań, nawet – dialogów (wiele jest scen w filmie, w których z mikrowyprzedzeniem domyślamy się, co powie bohater, bo tak powiedziałby na jego miejscu nasz dziadek, tata, wujek, ciotka czy nawet my sami), jest jedną z największych zalet Cichej nocy. Domalewski na pytanie o to, czym inspirował się pisząc scenariusz do filmu, odpowiedział bardzo prosto, że jest to 30-letnie doświadczenie życia w Polsce. I w zasadzie nie ma potrzeby nic już do tej wypowiedzi dodawać, bo trudno o bardziej empiryczne, życiowe źródło. Robię film o tym, co znam i czego doświadczyłem ja, moi bliscy, znajomi. Bez udziwniania, kolorowania, przesadnego dramatyzowania. Życie, jakie toczyła i toczy nadal niejedna polska rodzina. Takie proste.

 

Akcentuję mocno brak ubarwiania tej historii nie bez przyczyny. Po seansie filmu, a nawet jeszcze po pierwszych jego zwiastunach, pojawiło się sporo głosów, że to „coś jak Smarzowski” (sama po seansie pomyślałam, że może faktycznie to taki Smarzowski w wersji soft). Ale ze Smarzowskim Domalewskiego łączy właściwie tylko to, że portretuje polskość sięgając do jej źródeł – rodzinnych tradycji. Nie znajdziemy jednak u niego charakterystycznego dla autura Wesela Domu złego bruku, patologii, zezwierzęcenia – wszystkiego tego, co do Smarzowskiego nas przyciąga i równocześnie od niego odpycha i mocno dołuje. Ale nie oznacza to, że Cicha noc to film optymistyczny, krzepiący, niosący nadzieję. To raczej zanurzenie się w dramacie życia, w problemach (na potrzeby fikcji oczywiście skumulowanych w czasie), które dotykają wielu z nas i wobec których jesteśmy zwyczajnie bezradni. Świetnie Domalewski portretuje to w postaci głównego bohatera, emigranta zarobkowego, który do rodzinnego domu na święta przyjeżdża pełen planów i nadziei, mając właściwie wszystko, czego potrzebuje do szczęścia, a wyjeżdża ogołocony ze wszystkiego, co uważał za pewne.

 

Dużo tu zresztą problemów, które można rozpatrywać zarówno w skali mikro, jak i uniwersalnych dylematów współczesnego Polaka, może nawet Europejczyka. Dla mnie najcenniejszym był ten dotyczący emigracji „za chlebem”, emigracji dziedzicznej, i to w podwójnym znaczeniu, bo zarówno fizycznym (emigrował ojciec Adama, za pieniędzmi wyjeżdża też Adam, niewidzący w życiu na wsi żadnych perspektyw), jak i emocjonalnym, a nawet społecznym, bo skutki tej emigracji ponosi cała rodzina bohatera. Co dzieje się w domu pod niebecność Adama to być może błahostka w porównaniu do następstw wyjazdów jego ojca. Wiecznie nieobecny w domu stał się dla swoich dzieci kimś obcym, ważnym, godnym szacunku mimo swojego nałogu, ale niedostępnym, zdystansowanym, zbyt późno otwierającym się na dorosłą już rodzinę. Doskonale widać to w kontraście relacji, jaką ma z najstarszym synem i najmłodszą córką. W postać tę – najciekawszą, najbardziej złożoną i jednocześnie najtragiczniejszą – wciela się Arkadiusz Jakubik i o ile aktorowi nie można odmówić pasji i talentu w żadnej z poprzednich ról, tu jego gra wprost zapiera dech w piersiach. Absolutny geniusz, wart każdych nagród.

 

W całej obsadzie trudno zresztą doszukać się nietrafionych wyborów aktorskich czy nierównej gry. To imponujące, bo Domalewskiemu przyszło pracować z aż czterema pokoleniami aktorów. Każdy ma tu swoją rolę do odegrania, każdy dostaje swoje pięć minut i każdy wykorzystuje je w stu procentach. Są bohaterowie pozornie neutralni (ciotka Basia – świetnie obsadzona jakby na przekór swojemu emploi Jowita Budnik, wujek Jurek – doskonały Adam Cywka, dzieci), którzy jednak fantastycznie wpisują się w uniwersalne typy rodem z „u cioci na imieninach”. Są postaci generujące wyśmienite humorystyczne dialogi (kapitalny w roli dziadka Paweł Nowisz), są takie, których dramat jest jakby schowany na drugim planie (Agnieszka Suchora jako matka… Teresa), dzięki czemu jego skala jest jeszcze bardziej wyraźna.  Jest nawet klasyczny obserwator (w tej roli najmłodsza siostra Adama), który „pożycza” niejako swoje oczy nam, widzom, byśmy mogli bezwstydnie podglądać życie rodziny (choć dzięki perspektywie głównego bohatera widzimy więcej). Wreszcie, są osoby, które mają nam do opowiedzenia swoją konkretną historię. To wspomniany już ojciec, to brat Adama, Paweł (niebiologiczny bliźniak Ogrodnika – Tomasz Ziętek, grający tu bardzo oszczędnymi, ale niezwykle sugestywnymi środkami), i sam Adam, w którego wciela się Dawid Ogrodnik – jak zawsze bezbłędny we wszystkim, czego dotyka.

 

Niełatwo przestać mówić, a jeszcze trudniej przestać myśleć o tym filmie. Cicha noc to nie tylko doskonały debiut, ale też historia, która zostaje w głowie i emocje, które dotykają duszy bardzo głęboko. Jak bardzo zobaczymy w niej siebie? Na to pytanie każdy odpowie sobie sam, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że będzie tą odpowiedzią mocno zaskoczony.

 

Czy polecam? Obowiązkowo. Premiera 24 listopada. Nie przegapcie.

 

Źródło zdj.: naekranie.pl

 

7 myśli nt. „Cicha noc [recenzja]

  1. Polskie kino coraz lepiej się ogląda. Cieszy mnie to. Z pewnością zobaczę też Cichą Noc, wyróżnienie w Gdyni jest tymbardziej mnie zachęciło.

  2. Polskie filmy w ostatnich latach są naprawdę dobre. śledze z ciekawością karierę Jakubika. Dlatego napewno wybiorę się na Cichą Noc. Poza tym trailer jest przekonujący – jak i oczywiście wyróżnienie w Gdyni.

  3. Też już mam w zaplanowanym obejrzenie tego filmu :) Czytałem wiele recenzji, oglądałem zwiastun – uważam, że naprawdę warto, tym bardziej, że film został wyróżniony w Gdyni :)
    Pozdrawiam

  4. Takich właśnie filmów nam w kinie potrzeba… Wyważonych, mądrych, w których pozornie nic się nie dzieje, a jednak dzieje się bardzo wiele. I po seansie których jeszcze się długo z nimi zostaje.

  5. Udało mi się widzieć film, nie zgodzę się tylko z jedną rzeczą :) Ojciec kilkukrotnie jest wymieniany z imienia (Zbyszek), w rozmowach z wujkiem Jurkiem i chyba dziadkiem :) Dzieci też są nazywane, Adam zwraca się do nich po imieniu. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.