City Island

City_Islandmovie_wallpaper_pictures_photo_pics_poster230310095933city_island_3

Każde miasto potrzebuje takiego miejsca jak City Island – twierdzi jedna z bohaterek filmu De Felitty. Miejsca, gdzie życie płynie trochę inaczej, gdzie nie słychać wielkomiejskiego szumu i gdzie znajduje się inspirujące jego ekwiwalenty. Może i tak, może i racja. Ale gdyby na każdej rodzimej City Island mieszkały takie dziwaczne rodzinki, jak familia Rizzo, to życie byłoby jeszcze bardziej skomplikowane i jeszcze… ciekawsze. Oczywiście, o ile wzajemne kłamstewka wystąpią w odpowiednich, równoważących się w finale proporcjach, a groteska osiągnie punkt wrzenia. Bo tylko wtedy możliwe jest katharsis – dla bohaterów i dla pysznie bawiącego się tą historią widza. Jak tu właśnie.
 

Vince (Andy Garcia) jest strażnikiem więziennym, ale jego marzeniem od zawsze było aktorstwo. Klawisz pobierający lekcje aktorstwa? No właśnie. Toteż Vince tajemnicę swą skrzętnie kryje nawet przed własną żoną. A sekretów jest przecież o wiele więcej – ma je on, ma je Vivian, jego nastoletnia córka, ma je Joyce, żona, ma je Tony, więzień, z którym Vince’a łączą bardzo specyficzne relacje, ma je nawet Molly, poznana na zajęciach ślicznotka. Sekrety to niemalże specjalność rodziny Rizzo. Ale kłamstwo ma przecież krótkie nogi. Kto sypnie pierwszy?
 
W życiu byście nie powiedzieli, oglądając pierwszą część filmu, że z tego będzie coś dobrego. Akcja – mimo że konkretna i prezentująca duże zróżnicowanie charakterologiczne – toczy się jakoś tak niespiesznie, niczym prawdziwe, codzienne życie. No nudno jest, zwyczajnie nudno. Ale ta leniwie płynąca historia kadr po kadrze, scena po scenie powoli wciąga, pochłania uwagę i zaprasza do gry, której finał, choć przewidywalny, oczekiwany jest z największą ochotą. Nagle wszystko tu zaczyna ciekawić: jak potoczy się „kariera” Vince’a, co się stanie między Joyce a Tony’m, o co, do jasnej cholery, chodzi z tą grubą sąsiadką, kiedy to wszystko wyjdzie wreszcie na jaw i czy City Island przetrwa ten wybuch. Nagle postaci przestają być bezbarwne i drewniane: Vince przeobraża się w świetnego odtwórcę cudzych doświadczeń, Joyce pęka, Tony okazuje swe prawdziwe oblicze, Viv zmienia się nie do poznania i tylko młodziutki Rizzo zdaje się wciąż pozostawać tym samym, mimo nowych znajomości, zdystansowanym obserwatorem. Nagle film z przynudzającej obyczajówki staje się genialną komedią pomyłek, która mimo zbyt czasem nachalnych uproszczeń, kończy się dokładnie tak, jak powinna się zakończyć: zabawnie i groteskowo.
 
Jakie kino czasem płata figle. Po „City Island” sięgnęłam z uwagi na Ezrę Millera, który wciela się tu w rolę tak nieznaczącą i tak właściwie niepotrzebną (cały wątek z sąsiadką wydaje się być pozbawiony sensu i racji bytu, z niczym się nie wiążę, w żaden sposób się nie rozstrzyga, nic też nie zmienia), że aż szkoda – kadrów, czasu, uwagi i jego, aktora. Dobrze, że chociaż on – Miller właśnie – wypadł tu, jak zwykle i jak na możliwości, które przed nim otworzono, wspaniale.
 
Czy polecam? Nie jako hit, nie jako arcydzieło, ale jako rzecz wartą zobaczenia w tak zwanym kinowym między-premierowo-hitowym-czasie – jak najbardziej.

 

Źródło zdj.: damngoodcup.com

 

2 myśli nt. „City Island

  1. oglądanie „City Island” sprawiło mi prawdziwą przyjemność!
    i nawet nie zgodzę się z tym, że wątek Ezry Millera był nie do końca potrzebny.. przeciwnie! Był całkiem ciekawym podkręceniem tego i tak już zakręconego towarzystwa :)

    pozdrawiam!

  2. nieszczególnie przepadam za takim rodzajem kina, takie filmy mnie nużą i denerwują, rzadko kiedy wytrzymuje do końca napisów końcowych

    ale cieszy mnie, że istnieje osoby, które potrafią to oglądać [podziw]

    ps. rozwiązała się zagadka, twojej nadzwyczajnej umiejętności przelewania myśli na kartkę papieru- dziennikarz, eh, bardzo ładnie ;))))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.