Contagion – Epidemia strachu

contagion-movie
Winslet, Cottillard, Damon, Paltrow, Law. Gdy tylko zobaczyłam, kilka już miesięcy temu, te nazwiska, od razu wiedziałam, że muszę Contagion zobaczyć. Im dalej w las, tym bardziej byłam skonsternowana. Raz, bo temat wielkiej epidemii, wskutek której ginie jakaś część świata, a jego reszta jest poważnie zagrożona. trochę już przebrzmiał. Dwa, bo Soderbergh – o nim już było przy okazji wybitnie nieudanego Intryganta – gość, który raz wspina się na wyżyny swoich możliwości, żeby za drugim razem zaliczyć poważny upadek z tej wysokości. Nie wiedziałam więc, co tu się właściwie wydarzy.
 
A wydarzyło się dużo – przynajmniej w zakresie fabuły. Beth Emhoff (Gwyneth Paltrow) wraca ze spotkania służbowego z Hongkongu. Nie sama. Wraca z wirusem, który zabija ją, jej sąsiadów, prawie całe miasto, pół kraju i kawał świata. Sztab naukowców, goniony przez rząd, próbuje dociec, co to za śmiercionośny śmieć tak odważnie poczyna sobie z ludźmi i jak znaleźć nań skuteczne lekarstwo i przed nim się ochronić. Badania prowadzi m.in. Erin Mears (Kate Winslet), Ellis Cheever (Laurence Fishburne) i Leonora Orantes (Marion Cotillard). Przyjdzie im nie tylko odpowiedzieć na pytania, dlaczego niektórzy są na wirus odporni (np. mąż „przypadku 0” – Mitch Emhoff (Matt Damon), ale także zmierzyć się z siejącym w sieci panikę blogerem (Jude Law) i własnymi lękami. Uda się?

 

Chciałabym bardzo nie odpowiadać na to pytanie, ale – choć pokrętnie – muszę. No bo czy kiedyś się nie udało? Pokażcie mi filmowy armagedon, w którym wygrało zło, pokażcie mi apokalipsę, która byłaby prawdziwym końcem tego świata, pokażcie mi epidemię, wskutek której zginęli absolutnie wszyscy ludzie i nie uchował się żaden bohater, opracowujący jakąś cudowną szczepionkę (wybacz, Will). Pokażcie mi to, a ja Wam udowodnię, że to nieprawda. Że człowiek zawsze pozostawia sobie furtkę, by zawrócić, by zacząć wszystko od początku. Jest w nas, ludziach, ogromna potrzeba bycia gdzieś, pragnienie konkretu, czucia rzeczywistości, choćby byłą wykreowana. Nie znosimy niedookreślenia, zawieszenia w próżni, chwiania się. Usilnie szukamy  kategorii, w które moglibyśmy się wpisać, świata, który moglibyśmy przyjąć za swój, życia, którym moglibyśmy żyć. Byle by. No więc właśnie.

 

Chyba jednak trochę mnie Contagion zawiódł. Mówię „chyba”, bo – błąd? – nie zdefiniowałam sobie oczekiwań wobec filmu, nie wiedziałam więc, czego się spodziewać, czego chcieć, by zaspokoić apetyt. Tylko te nazwiska. Więc dobrze, niech będą nazwiska. Paltrow była okropna – nie tylko dlatego, że jako chora wyglądała fatalnie, ale głównie dlatego, że po zniszczeniu moich wyobrażeń na temat Sylvii Plath (w filmie Sylvia), jestem do niej zwyczajnie uprzedzona. Damon – o, Soderberghu, dlaczego znowu ciągniesz go ze sobą na dno?! – wyszedł kompletnie zdziadziały; Winslet nie pozostawiła po sobie nawet mgiełki zapachu czegoś wyrazistego; Cotillard było zdecydowanie zbyt mało, by zapadła w pamięć. Jedynie Law pokazał coś więcej, ale jego bohater był tak irytujący, że, koniec końców, i tego nie bardzo dało się oglądać. Nie mówię, że było fatalnie na całej linii. Było po prostu trochę mdławo.

 

Całość tworzyła układankę różnych zdarzeń, dochodzeń i prób wyjaśnienia, gdzie był początek tego bałaganu. Odpowiedź, naturalnie, uzyskujemy – w bardzo zgrabny zresztą sposób – w ostatnich sekundach filmu. I chyba tylko ten niespełna minutowy montaż, zamykający film, był wart uwagi. Reszta, mimo napięcia, mimo trwającej cały czas akcji, mimo nieprzyzwyczajania kamery do jednej sytuacji, była jakaś taka niedopasowana. Czy coś z tego wszystkiego w nas zostaje?  Nie wiem, ja niczego nowego się nie dowiedziałam. Od dawna mam obsesję (taka mała nerwica natręctw) na punkcie nie dotykania ust rękoma, które przed chwilą wiozłam w autobusie miejskim czy brałam ze sobą gdziekolwiek, gdzie bywają ludzie i co zintensyfikowało się, gdy pewnego razu w krakowskim tramwaju zobaczyłam, jak średnio uroczy i mocno podchmielony pan wydmuchał sobie nos w gołą rękę, po czym tę samą dłonią złapał zamaszyście uchwyt przy drzwiach. Może więc kogoś ruszyło, że warto zwracać uwagę na zachowanie higieny nawet w najmniej istotnych sytuacjach. Chwała twórcom, jeśli tak się stało, ale – szczerze? – nie wierzę, że jesteśmy w stanie pozbyć się na większą skalę czegoś, co jest wpisane w nasz genom, czegoś absolutnie niekontrolowanego i naturalnego – odruchów. Można być bardziej wyczulonym, można przez jakiś czas – na fali przerażenia czy paniki – zwracać szczególną uwagę na to, by nie dotykać za często twarzy, by nie rozsiewać zarazków, by nie jeść wystawionych w publicznym miejscu orzeszków, by nie oblizywać paluchów, gdy wcześniej dotykaliśmy głupiej klamki czy barierki. Można, wszystko można. Ale w imię czego? Żyjemy, w powietrzu nie krąży śmiertelny wirus i dopóki nie dowiemy się, że w istocie coś nas zaraz może zabić – albo lepiej – dopóki nie ujrzymy pod nogami trupów naszych sąsiadów, nic nas nie wystraszy. Jesteśmy ludźmi, nie? Nic nas nie zabije. Ta.

 

Czy polecam? Niekoniecznie. Nie wydaje mi się, żebyście – tracąc swój cenny czas – wynieśli z Contagionu cokolwiek dobrego i nowego. Chyba że jesteście nastawieni jedynie na dobrze sprzedaną historię o masowej panice i walce o przetrwanie, która nie wymaga zbytniego wysilania umysłu w celu jej zrozumienia.

 

Źródło zdj.: generationfilm.net

 

11 myśli nt. „Contagion – Epidemia strachu

  1. Problem w tym że film ukazuje głównie zaplecze czyli jak sama napisałaś o tych którzy są za kulisami katastrofy.
    Pomijam fakt, że moim zdaniem do filmu nie trzeba się nastawiać w żaden sposób, nie jest to jakieś bardzo wyszukane kino więc i ogląda się przeciętnie.

  2. Z tą „Melancholią” nie jest tak strasznie. No, chyba, że się nie jest ani za grosz melancholikiem, to może… A co do „Contagion” mam zamiar podejść, z nastawieniem, że nie jest to film katastroficzny w tradycyjnym pojęciu, czyli wszyscy umierają, para sie ratuje, żeby gatunek nie zaginął. Nie, mam zamiar popatrzeć na to jak na film o tych, którzy są za kulisami katastrofy, z racji zawodu czy jakichś interesów. Gdy zobaczę, to się tu jeszcze raz zgłoszę. Pozdr. :)

  3. Heh obejrzałbym te „Trzy dni”, ale po tak soczystym spoilerze nie mam już chyba ochoty na ten film ;D No chyba, że od początku wiadomo, jak się film zakończy.

    Co do „Contagion” to historia w miarę zgrabnie opowiedziana, ale jak wyżej pisano, bez jakiegoś wyrazu, bez mocnego akcentu. Niby ludzie demolują sklepy, ale jakoś tak obojętnie na to patrzyłem. Lekarka, która na sobie testowała szczepionkę, również w ogóle mnie swoim czynem nie poruszyła. Na dobrą sprawę to właśnie taki film do puszczenia sobie, bez angażowania się. Śmiało można sobie w jego trakcie rozwiązywać krzyżówki na przykład i wiele się nie straci.

  4. ” Pokażcie mi filmowy armagedon, w którym wygrało zło, pokażcie mi apokalipsę, która byłaby prawdziwym końcem tego świata, pokażcie mi epidemię, wskutek której zginęli absolutnie wszyscy ludzie i nie uchował się żaden bohater, opracowujący jakąś cudowną szczepionkę”

    obejrzyj sobie hiszpańskie „Trzy dni” a zobaczysz że apokalipsa może być prawdziwa i całkowita, choć w pewien pokrętny sposób dalej wygrywa dobro, mimo że wszyscy giną ;) fajny dramacik, chyba się nawet popłakałam

  5. A ja mam identyczne wrażania jak Pani blogerka. Po nazwiskach, nastawiłem się bardzo pozytywnie, poszedłem do kina i się wynudziłem, wszystko oklepane. Brakuje tego czegoś i tyle. A zachowań ludzkich nie udało mu się w pełni pokazać, bohaterowie są szarzy jak ten film. A przecież cały świat szary nie jest nawet w sytuacji zagrożenia.

  6. Nie sądzę że celem reżysera było pokazanie zagrożenia dla całej ludzkości (przecież prawie od początku wiadomo że Demon jest odporny), a raczej autentycznej reakcji (zachowania)ludzi w sytuacji niepewności i paniki, możliwości zarażania. I to akurat Soderbergowi się udało, aktorzy nie wypadają źle, po prostu są tylko ludźmi, ze swoim doskonałościami i nie doskonałościami co każdemu z nich udało się pokazać. Zarówno prosta miłość Demona do córki, egocentryzm i chęć rozgłosu, chwały Juda, praca i śmierć Kate, bohaterstwo lekarki która testuje szczepionkę na sobie, itd. W tym filmie nie ma przesady, a jest autentyczność reakcji i kontrreakcji (pozytywnych, negatywnych) ludzkich i dlatego mnie ten film się podobał. Pokazuję życie takim jakie jest w sytuacji trudnej dla wszystkich.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.