Czarownica

Czarownica
Pytanie za sto punktów: kim jest Robert Stromberg, że udało mu się zwerbować do współpracy nad swoim DEBIUTANCKIM filmem takie branżowe tuzy jak Linda Woolverton (scenarzystka, autorka Pięknej i bestii Króla lwa), James Newton Howard (jeden z najbardziej dziś rozchwytywanych kompozytorów, twórca ścieżek do serii Igrzysk… czy Osady), Chris Munro (dźwiękowiec odpowiedzialny za brzmieniowe cuda m.in. w Grawitacji), a w dodatku przekonał przebywającą na aktorskich wakacjach Angelinę Jolie do powrotu na duży ekran? Po nazwisku powiecie – nobody. Zerkając na jego filmografię, będziecie jednak mocno zdumieni.
 

Robert Stromberg wykreował świat, o którym już w kilka tygodni po jego pierwszej odsłonie, było wiadomo, że stanie się kultowy. Pandora – bo o niej mowa – jest jednym z największych osiągnięć scenograficznych z dwóch powodów: po pierwsze, wiadomo, to wszystko było ossoom, po drugie, Stromberg jako pierwszy w dziejach (nie w ogóle, ale w taki sposób) wykreował tak fantastyczną rzecz pozostając w ścisłej współpracy z grafikami komputerowymi i innymi specjalistami od tych fajnych efektów, które widzimy na ekranie. O tym, że odwalił kawał dobrej roboty, wiemy wszyscy i wcale nie trzeba było nam tego potwierdzać przyznaniem mu za to Oscara (ale dobrze, że tak się stało). Avatar był pierwszym i największym osiągnięciem Stromberga, choć dwa kolejne wielkie projekty trudno oskarżyć o wtórność. Zarówno Alicja w Krainie Czarów, jak i Oz: Wielki i Potężny, jakkolwiek nie odniosły tak wielkiego sukcesu jak film Camerona, czarowały warstwą wizualną i nie pozostawiały wątpliwości, że jej autor jest magikiem i ma głowę pełną pomysłów. Udowodnił to zresztą raz jeszcze właśnie w Czarownicy, w której chyba tylko z kokieterii nie ujawnia się w gronie odpowiedzialnych za kreację świata scenografów.

 

Trudno mówić o Czarownicy w oderwaniu od tego, co widzą oczy. A widzą dużo piękna i choć mają świadomość, że ta rzeczywistość nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, dają się tym widokom zaczarować. Stromberg z największą przyjemnością przenosi nas w czasy dzieciństwa, do świata przepięknych, mądrych baśni, których wtedy chcieliśmy słuchać w nieskończoność. Wszystko w tej Czarownicy żyje i tym życiem tętni, a aktorzy, choć grający w zupełnym oderwaniu od kreacji, którą my widzimy, zdają się czuć tę atmosferę cudowności i idealnie wtapiają się w krajobraz. Tytułowa Czarownica jest złowróżbna i tajemnicza tak jak mroczny las, który ją otacza, młodziutka Aurora cieszy oko swoją lekkością i świeżością, a śliczne, małe, choć już nie takie młode wróżki bawią tak jak inne wyrosłe z zielonej krainy stworzenia.

 

Wszystkie zresztą postaci – no, może z wyjątkiem króla Stefana (jakoś się nie lubimy z Sharlto Copleyem) – świetnie się tu wpasowały. Stromberg zebrał w obsadzie naprawdę świetne towarzystwo. Manville (Mike Leigh!), Staunton (ehem ehem Umbridge!), Temple (Di!) w roli trzech uroczych wróżek świetnie wypadają zarówno w naturalnych rozmiarach, jak i w wersji mini, dużą przyjemność sprawia oglądanie Sama Rileya w roli asystenta (safe word) Diaboliny, jeszcze większą naprawdę naturalnej Elle Fanning (skąd ta krytyka?). Trochę więcej kłopotu sprawia sama Jolie, która swoją wszechmocą (i – chciałoby się powiedzieć – wszechaktorstwem) tak bardzo dominuje nad partnerami i w ogóle całym światem wewnętrznym tego filmu, że chwilami staje się on filmem jednego aktora. Pamiętam, że mieliście podobne zarzuty w stosunku do Meryl Streep w Sierpniu w hrabstwie Osage. I choć Angelinie trudno zarzucać szarżowanie warsztatem, momentami odnosiłam wrażenie, że jest tak idealna, że aż nieludzka. Czy to zarzut – chyba nie, ale odczucie pozostało. Była jednak – i to nie podlega wątpliwościom – fantastyczna w roli Diaboliny (łot de fak łif dis nejm), mimo tych fatalnie wystających i dodatkowo uwypuklonych make-up’em kości policzkowych, które tak bardzo zaprzątały moją uwagę, że musiałam się mocno skupiać, by słuchać, co się dzieje poza nimi.

 

James Newton Howard miał przy okazji Czarownicy okazję powrócić do klimatów, w których kiedyś (Szósty zmysłOsadaporuszał się jak ryba w wodzie (nadal to robi, ale już rzadziej). Mrocznych partii w filmie jest sporo i sporo ich także w ścieżce dźwiękowej. W całym soundtracku zresztą spotykają się dwie linie motywów, które są obecne w całej dyskografii kompozytora – to głębokie, mroczne, ciężkie brzmienia i elektryzująca muzyka akcji, która zdążyła nawet znaleźć się w naszym pierwszym rankingu muzyki filmowej (w postaci utworu Escape From the TowerKrólewny Śnieżki i Łowcy). I to połączenie nadal brzmi fantastycznie.

 

Podobała mi się ta Czarownica. Była taka jaka być powinna: piękna wizualnie, ciekawa w treści, ładnie zagrana, z wartkim tempem akcji, a przede wszystkim – cudownie baśniowa. Warto było jej zapłacić, by zaprezentowała się w pełni.

 

Czy polecam? Tak.

 

Źródło zdj.: movies.inquirer.net

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.