Drzewo życia

the-tree-of-life-35
Czekałam na ten film naprawdę bardzo. Słyszałam, że to arcydzieło, że ambitny, że och i ach. I choć obiło mi się o uszy, że widzowie szybko podzielili się na zagorzałych przeciwników, którzy nie mogli dotrwać do końca i równie przejętych zwolenników, dla których obraz ten był absolutnym szczytem kunsztu, wolałam skupić się na tych superlatywach. I skupiłam się. Może za bardzo. Aż tak bardzo, że do teraz nie mogę się po seansie otrząsnąć. 
 
Chciałabym napisać, o czym jest ten film, ale nie potrafię. Nie mam, naprawdę nie mam pojęcia, kto i jakim sposobem zamieścił na Filmwebie tak mądrą notkę na temat fabuły Drzewa życia. Nie wiem, jakim cudem to z filmu wyczytał. Może to dystrybutor albo producent podał gotowy opis, podejrzewając trudności w przedstawieniu fabuły w pigułce? Fabuły… Czy tu w ogóle można mówić o fabule? Najpierw mamy małżeństwo, jest strata, jest ból, bezradność. Zaraz później mamy duży przeskok czasowy i inną perspektywę. Następnie zdjęcia. Mnóstwo zdjęć. Kosmos, wielki wybuch, prapoczątek, narodziny życia, dinozaury, natura, żywioły – piękności w cudownej oprawie przez, bagatela, dwadzieścia minut, jak żywo przypominające programy z Discovery Channel. A potem rodzina. Jednostki wrzucone w tę ewolucję, uwikłane w historię jako część Wszechświata. I życie. Raz pokazane w zwolnionym tempie, klatka po klatce, a innym razem jakby w trybie przewijania. Jest piękna, mądra i bardzo czuła matka (Jessica Chastain), jest równie piękny, co despotyczny ojciec (Brad Pitt) i są synowie – trzech chłopców, z których najważniejszy, Jack (Hunter McCracken), jest autorem tych wspomnień jako dorosły mężczyzna (Sean Penn). Są toposy, ogrom symboli, metafora goni metaforę. I tak od początku do samego końca.

 

Poetyckość tego filmu jest tak przytłaczająca, że przeciętny (może nawet więcej niż przeciętny) widz może sobie nie dać z tym rady i budzić się właściwie tylko podczas ataków furii pana O’Briena i scen, które – jak się wydaje – wreszcie przyniosą odpowiedź na pytanie, które tak nurtuje od początku: co się stało, jak to się stało, niech no to się wreszcie wyjaśni. Ale – niech to, będzie to spoiler – nic takiego się nie dzieje. 138 minut to dużo, ale nie wiem, czy na tyle dużo, by pokazać w czytelny sposób wszystko, co reżyser sobie umyślił: a więc i cud stworzenia, i bieg historii, i piękno natury, i boski wymiar życia, i dwie natury człowieka (na przykładzie państwa O’Brien), i problem autorytetów, wzorów postępowania, i poszukiwanie pytań na odwieczne pytania ludzkości, tak trudne w dzisiejszym, zabieganym świecie, w którym tak łatwo się zagubić, słowem: wszystkie metafizyczne wibracje i wariacje intelektu twórcy.

 

To film z serii tych, nad którymi się długo zastanawiasz. Podczas oglądania których od początku próbujesz dociec, o co tu właściwie chodzi, dlaczego to się dzieje, do czego to zmierza. I jeśli spodziewasz się, że to się wyjaśni, to musisz wiedzieć, że się nie doczekasz. Bo zakończenie przynosi odpowiedzi, ale na inne pytania, niż te, które sobie stawiasz. To film z serii – zaczęłam. Ale to może bardziej film, rozpoczynający serię – serię filmów o sprawach najistotniejszych, o kwestiach, które są tak ważne, a przy tym tak ulotne z codzienności, że potrzeba dużo zła, by przyszły jako dobro; serię filmów, których nie będzie wiele, a być może po Drzewie… długo nie będzie nic; serię filmów, które nie będę miały zbyt wiele widzów, za to świetne oceny krytyków, które będą niezrozumiałe, a w jakiś sposób jednak zdumiewające – jak Drzewo życia właśnie.

 

Bo obraz Malicka ma w sobie magnes. I nie chodzi tylko o zdjęcia. Mimo, że sukcesem jest wytrwanie w tej abstrakcji i metaforze do końca, to jednak nie pozostawia Drzewo życia obojętnym. Zmusza do refleksji. Choćby tych najprymitywniejszych – o czym to właściwie było. Bo od tego pytania zaczyna się szereg innych: po co to wszystko jest, po co my jesteśmy, gdzie zmierzamy. I Bóg. Silnie zaakcentowany, jakby był tym głównym bohaterem, ale cały czas bardziej jako adresat niż nadawca – choć i tu tylko w warstwie werbalnej, bo wszystko inne pokazane jest jakby z Jego perspektywy.

 

Mam wrażenie, że ile bym tu nie napisała o Drzewie życia, to wciąż będzie za mało. Albo za dużo. Ten obraz (bo nawet słowo „film” jakoś tu nie pasuje) w pewien sposób wstrząsa, bo trudno określić siebie w stosunku do niego, trudno powiedzieć jednoznacznie, że to było niedobre. Było dobre. Były wspaniałe zdjęcia, dające fantastyczne wrażenia estetyczne, było dobre aktorstwo (Pitt i Penn), była piękna muzyka (Desplate) było wiele innych, dobrych rozwiązań. Ale obraz to nie wszystko, a na to postawił Malick. I to było nie do zniesienia. Mimo tej walki ze sobą, by dotrwać, nie ma w głębi duszy satysfakcji – jest za to niepokój. Coś zostało naruszone. Rozum, ego, dusza, serce? Coś. Komu to odpowiada, niech bierze.

 

Czy polecam? Tylko wytrwałym, cierpliwym i gotowym wziąć odpowiedzialność za to, co zobaczą.

 

Źródło zdj.: wordhavering.wordpress.com

 

10 myśli nt. „Drzewo życia

  1. Obejrzałam i bardzo trudno mi o tym filmie pisać, choć próbuję usilnie. Jest we mnie jakaś wewnętrzna niezgoda na to, czym się ostatecznie stało „Drzewo życia”. Zgadzam się z wieloma kwestiami, które poruszyłaś. Drażnią mnie te natrętne obrazy, a jeszcze bardziej to, że przecież w tym filmie jest tyle perełek, które, choć ma się w pamięci, bledną w tej przytłaczającej całości.
    Pozdrawiam!

  2. Haha, jak klikałam w recenzje to byłam pewna, że będziesz zachwalać. Wiele osób zachwala, bo nie rozumie. I wydaje im się, że wypada zachwalać. Bo jak jest znany reżyser, dobry aktor (jeden, drugi) to raczej jest to ‚dobry’ film.

    Tylko mi się właśnie wydaje że w tym filmie nawet nie ma co rozumieć, te sceny powolnie ruszającej się natury?! WTF?

    Słowem- zgadzam się z tobą

    • Ależ ja nie ukrywam, że nie zrozumiałam tego filmu. I także nie pałam wielkim entuzjazmem. Za poetyckością Malicka nie przepadam, ale dostrzegam w „Drzewie…” coś nieuchwytnego, co intryguje i unosi, i to jest dobre. Co do reszty, to jak wyżej;)

  3. Rozmyślałam nad tym filmem do momentu kiedy przeczytałam recenzję na Filmwebie… Czy ktoś to wymyślił na podstawie plakatu?? Bo na pewno nie na podstawie filmu. A Twoja recenzja bardzo mi się podoba, bo jest całkiem moja.

  4. Rodion, no właśnie ciężko mi się określić. Z jednej strony – tak, rozczarował mnie, bo spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Z drugiej strony – jest w nim jednak coś specyficznego, co nie pozwala przejść obojętnie. Wychodzę z założenia, że warto jednak pochylić się nad filmami, które wywołują jakiekolwiek emocje – choćby skrajne, takie, które nie ulatują wraz z wyłączeniem dvd czy wyjściem z kina, tylko gdzieś zostają. Choćby się ich nie chciało. Eh:)

  5. Widziałem film i też na niego bardzo długo czekałem, ale mnie, w przeciwieństwie (chyba) do ciebie, rozczarował. Rozwleczony i bez większego ładu i składu – to mi się nasuwało jako pierwsze myśli.

    Muszę jakoś poukładać sobie to co zobaczyłem i być może szarpnę się nawet na własną recenzję, choć na pewno nie będzie ona łatwa tak, ja niełatwy jest ten film ;)

  6. Ja nic nie umiałam napisać czy powiedzieć o tym filmie. To wszystko zostało we mnie w stanie wielkiego chaosu. I do dziś się nie ułożyło. Ale to właśnie lubię!

  7. Ja chyba nie jestem wytrwały ani cierpliwy albo po prostu kino Terrence’a Malicka do mnie nie trafia. Dla mnie jest to „mistrz nudy”, który nawet pozornie ciekawą historię potrafi zrobić w najnudniejszy z możliwych sposobów. Przykładem jest chociażby „Podróż do Nowej Ziemi”, podczas oglądania którego cały czas myślałem tylko o tym, kiedy się wreszcie skończy.

  8. oj… już czterokrotnie próbowałam to obejrzeć, ale zawsze kończę przed naciśnięciem guziczka „play”, czekam na jakąś filmową wenę, bo twój opis i wiele innych które czytałam, utwierdzają mnie w przekonaniu że to film stworzony pod mój gust

    mam nadzieje że wena przyjdzie szybko, bo nie mogę się już doczekać ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.