Dziewczyna z tatuażem (The Girl with the Dragon Tattoo)

20girl-span-articleLarge
Zgrzeszyłam. I to dwukrotnie. Po pierwsze, nie przeczytałam Larssona przed pójściem do kina. Nie, że nie chciałam – trochę tak wyszło, trochę za późno się obudziłam i trochę ciężko o czas na czytanie lektur nie związanych z literaturoznawczą pracą magisterską i mocnym osadzeniu się w XIX wieku. Pozbawiłam się, w każdym razie, wspaniałej wycieczki do zimnej Skandynawii z wyobraźni równie zimnego Larssona i, tym samym, pobudzenia swojej własnej fantazji; tyle może dobrego, że to oszczędziło mi pewnych rozczarowań dotyczących wyglądu postaci i miejsc, które to projekcje są najlepsze wtedy, gdy własne. Po drugie, nie widziałam przed Fincherem szwedzkiej adaptacji „Millenium” – zubożyłam się więc o porównanie do bardzo dobrych ponoć produkcji i skazałam się na odnoszenie się po odpokutowaniu (czyli nadrobieniu lektury i filmów) zawsze do jednej tylko Fincherowskiej wersji; i to na wieki wieków amen. Czy będę tego żałowała, stwierdzę dopiero, gdy oczyszczę sumienie, dziś więc – z pozycji laika w temacie twórczości Larrsona – o tym, co namodził Fincher.
 

Mikael Blomkvist (Daniel Craig) jest dziennikarzem śledczym i właśnie przegrał proces o zniesławienie. Niefortunnie i niesłusznie, ale to dla opinii publicznej nie ma znaczenia – zdaje się być skończony. Ktoś jednak ma Mikaela i jego umiejętności na oku i chce wykorzystać w rozwikłaniu rodzinnej tajemnicy. Henrik Vanger (Christopher Plummer), bo o nim mowa, jako senior rodu nie cieszy się szczególną sympatią członków rodziny, ale nie przeszkadza mu to powierzyć Mikaelowi kłopotu w znalezieniu odpowiedzi na pytanie, co stało się z jego ukochaną 16-letnią wnuczką Harriet, która w latach 60. zaginęła i, najprawdopodobniej, została zamordowana. W odnalezieniu mordercy pomaga Mikaelowi Lisbeth Salander (Rooney Mara) – ekscentryczna hakerka w stylu punk, której przeszłość raczej nie upływała pod znakiem różowych sukienek i kochającej rodziny. Ulokowani w rodzinnej miejscowości Szwedów, otoczeni domami skłóconych członków rodziny Vanger, stawiają czoła zagadce i swym namiętnościom.

Powinnam tu rozpocząć serię porównań – najpierw do książki, później do szwedzkiej adaptacji. Ale, jak wiemy, jestem grzesznicą, w związku z tym następne słowa padną ze słowa zupełnego laika i widza, który najzwyczajniej w świecie poszedł na reklamowany długo i dużo film reżysera, którego – jak deklaruje w odpowiedniej zakładce – dość ceni. Mimo braku znajomości pierwowzoru miałam duże oczekiwania. Przede wszystkim wobec niezwykle intrygującej Rooney. I pomyśleć, że wtedy jeszcze nie wiedziałam, kim jest, ba!, że w ogóle jest, istnieje ktoś taki jak Lisbeth Salander – postać absolutnie unikatowa i hipnotyzująca, która podczas lektury musi poruszać najdrobniejsze zakamarki wyobraźni. Przed twórcami stało trudne zadanie: nie pójść na skróty, nie zniszczyć do szczętu wyobrażeń, nie zawieść zbyt mocno oczekiwań, nie tylko nie pozbawić, ale uwydatnić to, co jest w niej najbardziej osobliwe i co czyni ją tak bardzo inną, nietypową, oryginalną. Charakteryzatorzy odwalili tu kawał dobrej roboty, ale i Rooney pokazała, że wyzwanie podejmuje i ma zamiar wyjść z tego z klasą. Uwielbiam postaci skrajne, postaci, z którymi charakteryzacja ma szansę stworzyć coś niebanalnego (może dlatego tak cenię te kreacje Deppa, których stworzenie wymaga przeproszenia się ze sztuką), postaci przerysowane, ale nieszablonowe, niejednoznaczne, nie czarno-białe, których nie da się przypisać do jednej kategorii i zamknąć w pudełku pt. „zinterpretowane”. Barwa głosu, wyraz twarzy, spojrzenie, jej styl bycia – wszystko właściwie pociąga do tego stopnia, że chce się jeszcze. I jeszcze będzie, jak dobrze.

O Danielu Craigu wiele powiedzieć nie można. Jest jednym z tych aktorów, którzy ani specjalnie nie przeszkadzają, ani też nie wprowadzają w zachwyt. Po prostu są, robią swoje i odchodzą; bez większych emocji. Dużo więcej dobrych słów należy się drugoplanowym aktorom – przede wszystkim Stellanowi Skarsgårdowi (Martin Vanger), którego znam i lubię od dawna, ale także Joely Richardson (Anita Vanger) i Robin Wright (Erika Berger). Bardzo przywoite aktorstwo.

Sama intryga nie jest, zdaje się, najwyższych lotów. Ale ja nie czytuję namiętnie kryminałów, jestem więc dobrym odbiorcą tego typu historii: tu czegoś nie zrozumiem, tu dam się złapać i wyprowadzić w pole, tam coś zauważę i mam trochę satysfakcji, że jednak nie jestem debilem, ot, zagadka. Dużo lepiej musi się to jednak czytać, bo ogrom detali, zdjęć, nazwisk i znaków w towarzystwie napisów do filmu jest nie do ogarnięcia. Całość podana jest jednak w tak atrakcyjny sposób, że to, co najważniejsze jest zrozumiałe, a o to chyba chodzi. Zabrakło może trochę zaangażowania w przedstawieniu relacji Lisbeth i Mikaela, która – z tego, co wyczytałam – w książce nabiera dość wyraźnych cech niezdrowej fascynacji. Pewnie Fincher chciał po prostu dobrze opowiedzieć historię i zaprosić widza do rozwiązania zagadki, a czas nie pozwolił na wchodzenie zbyt mocno w psychologię relacji i osobowości, a szkoda, bo warto. Brakuje w tym wszystkim skandynawskiego klimatu, chłodu Północy, dystansu, który odzwierciedlają nie bohaterowie, a sceneria. Ale to są już sprawy, które zaspokajają wyższe potrzeby obcowania z czymś dopracowanym do perfekcji pod każdym względem. To, co jest, w zupełności wystarcza, by przykuć i elektryzować.

I jeszcze muzyka. Intro – jak już zauważył mój blogowy kolega Quentinho – powala na kolana, robi niesamowitego smaka na film i od początku buduje napięcie. Ostre brzmienia są tak ciężkie jak atmosfera i aura całej opowieści. To bardzo dobre kompozycje, bardzo dobre wybory i bardzo dobry pomysł na nominację do Oscara, którą za dni trzy mam nadzieję ujrzeć.

Ponad dwie i pół godziny dobrej akcji, której mogłoby być zdecydowanie więcej, gdyby przeciętny odbiorca kasowej produkcji był w stanie wytrzymać bez sikania dłużej. A tak starcza akurat na zjedzenie dużego popcornu, wypicie litrowej coli i niezsikanie się. Perfekcyjne, rzec by można, wyczucie czasu.

Czy polecam? Bardzo.
 

Źródło zdj.: nytimes.com

 

13 myśli nt. „Dziewczyna z tatuażem (The Girl with the Dragon Tattoo)

  1. Wyjście do kina na „Dziewczynę…” było równie bolesne co oglądanie „Nie kłam kochanie”. Jest płytki i powierzchowny. Kilka razy naszła mnie myśl, żeby wyjść w trakcie, a to mi się naprawdę rzadko zdarza. Szwedzka wersja minimalnie lepsza, ale kto nie czytał powieści na prawdę wiele stracił.

    • Bez przesady, serio. Cokolwiek się powie o scenariuszu (który, moim zdaniem, jest świetnie napisany), to o realizacji n ie powinno się złego słowa powiedzieć. Fincher jest precyzyjny jak mało kto – te kadry, te zdjęcia, ten montaż! Rewelacja. Szwedzka wersja jest zupełnie inna, nie ma co porównywać. A książka – wiadomo – jeszcze co innego, genialna.

  2. bo Fincher nie robi złych filmów :) druga sprawa jest taka, że nie potrafię być w stosunku do niego obiektywna. Zdecydowanie najlepszy reżyser obecnie tworzący za oceanem. Zresztą pozostałych z Twojej listy w zakładce też bardzo cenię, oprócz Burtona, który według mnie jest słabiutkim rzemieślnikiem. Ale ma potężny fandom więc ma za co żyć i tworzyć, a to ważne :)

  3. Świetny film. Bohaterka (Lisbeth) wydaje na początku trochę dziwna. Trzeba przeczytac wszystkie części książki, żeby naprawdę zaprzyjaźnić się z nią.Nowy typ kobiety, jakich mało jeszcze w literaturze i filmie.

  4. Anonimowy, ja bym bardzo chciała, żeby Marę docenili, ale chyba jest za młoda jeszcze. No i ma silną konkurencję, która nie dość, że dobrym aktorstwem stoi, to już niejedną nominację w życiu dostała… Ale przed nami jeszcze dwie części Millenium, wszystko przed nią:) Co do zdjęć, masz rację. Powinny być dwie kategorie w temacie zdjęć, bo to są kompletnie inne zdjęcia, choć i tu, i tu piękne…

  5. Ciekawie też wygląda stracie tego filmu z Drzewem życia jeśli chodzi o zdjęcia. Bo jak tu porównać dwa tak różne światy ?…

  6. Mariusz, z tego, co czytałam, to Fincher pracuje jednocześnie nad całą trylogią, nawet zdjęcia chcieli kręcić jednocześnie, żeby nie latać co chwilę do Szwecji i nie uwiązywać aktorów na parę lat przy jednym projekcie. Ale na filmwebie przynajmniej w filmografii Mary, Craiga i Finchera nie ma na razie słowa o kolejnych częściach, więc druga część wyjdzie najwcześniej w 2015, zdaje się. A co do „skandynawskiej” Eriki, to jestem bardzo ciekawa, będę wkrótce nadrabiać te szwedzkie wersje, to będę mogła wreszcie wrócić do Twoich wpisów;)

  7. Byłem w kinie, nie miałem jednak popcornu ani coli, bo i tak wydałem 19 złotych na bilet, co było zdecydowanie za drogo jak na film, który nie był mnie w stanie niczym zaskoczyć. No ale mimo że film nie zaskoczył mnie rozwojem intrygi to nie żałuję, że go obejrzałem, wcale się nie nudziłem, wydarzenia zostały z pomysłem rozplanowane przez scenarzystę, akcja została sprawnie poprowadzona przez reżysera, a szybki montaż sprawiał, że oglądało się bardzo dobrze. Podobała mi się zarówno wersja szwedzka jak i amerykańska, podobała mi się zarówno Noomi jak i Rooney w roli Lisbeth. Nieco mnie rozczarowały szwedzkie adaptacje części drugiej i trzeciej trylogii i dlatego chętnie bym zobaczył, czy Fincher i Zaillian potrafiliby to nakręcić lepiej. Mam więc nadzieję, że Fincher nie zakończył jeszcze pracy z książkami Larssona i mam nadzieję, że w kolejnych częściach także Robin Wright otrzyma większe pole do popisu, bo jest znacznie lepszą Eriką niż ta ze skandynawskiej wersji.

  8. Najpierw przeczytałam książkę, ale też nie za szybko, bo dopiero w tym roku poprosiłam o nią na gwiazdkę. Potem poszłam na maraton, ale nie dotrwałam do wersji amerykańskiej i zostałam mile zaskoczona skandynawską. Ogląda się ją ciekawie, choćby dlatego, że nie na co dzień słyszy się w filmie język inny niż angielski i nie przeszkadza on w odbiorze. Ta wersja różni się bardzo od książki, co mnie drażniło |(bo byłam na świeżo po lekturze), ale z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że była naprawdę dobra. Tylko aktorka grająca Lisbeth nie przypadła mi do gustu, rozminęła się z moimi wyobrażeniami. W środę idę na amerykańską wersję i mam nadzieję się nie rozczarować. :)

  9. A mnie się nie podobał, bardzo słaba intryga, już po 5 minutach wiadomo kto jest złym bohaterem. Sama postać Lisbeth też mi się nie podobała, dla mnie była nienaturalna, za bardzo przejaskrawiona i wręcz brzydka (szczególnie te wkurzające białe brwi). W sumie od połowy filmu się nudziłem, dobrze że miałem duży popcorn jak Pani Blogowiczka. Film za długi, niektóre sceny za szybko pokazane. W kinie nie polecam, warto poczekać na domową wersję i oglądnąć jeden jedyny raz na spokojnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.