Frankenweenie (2012)

Frankenweenie
Na Frankenweenie czekałam niecierpliwie z dwóch powodów. Pierwszy to czysta ciekawość, jaka drogę wybierze Burton w procesie rozszerzania fabuły krótkometrażówki o Sparkym z 1984 roku. Nie miałam wątpliwości, że wizualnie film będzie zachwycający – technologia, do której mają dostęp współcześni filmowcy, daje ogromne możliwości w tworzeniu zarówno efektów specjalnych, jak i animacji, w tym także wskrzeszania bohaterów, którym do tej pory bliżej było do bajki niż komiksu. Co innego zaś fabuła – rozpisać 25-minutowy filmik na kilkaset scen (80 min), przeobrażając jednocześnie żywe postaci w bohaterów animowanych, to już większa sztuka.  Druga sprawa jest oczywista – po klęsce Mrocznych cieni wielu fanów Burtona – i ja wraz z nimi – pokładała w kolejnym filmie ogromne nadzieje, wierząc, że groteska z Deepem jako wampirem w roli głównej była tylko wypadkiem przy pracy, małą przerwą w kreowaniu pełnometrażowej historii o psie, który wcale nie jeździł koleją. Okazało się, że tylko jedna z tych kwestii zdołała się obronić. Ku mojemu zdziwieniu, nie była to ta pierwsza.
 
Victor ma psa. Pies ginie pod kołami rozpędzonego samochodu. Victor wskrzesza psa. Źli ludzie odkrywają tajemnicę i wykorzystują patent Victora do niecnych celów. Victor i Sparky walczą ze złem. Tak w telegraficznym skrócie można opisać oś fabularną Frankenweenie – pełnometrażową wersję filmu Burtona z 1984 roku, w którym to wskrzeszony pies małego chłopca zupełnie niechcący i wskutek rożnych zabawnych zbiegów okoliczności szerzy postrach w sąsiedztwie i – siłą rzeczy – ściąga na siebie gromy od przerażonych mieszkańców.

 

Fabuła to nieskomplikowana i spójna, a opowieść – motywowana naukowymi trikami – pozbawiona czarów i tajemnych rytuałów, sytuujących ją w gronie bajek i baśni. Tym samym jednak nieposiadająca w sobie krzty (Burtonowsko rozumianej) magii, której nie brakowało ani Charliemu i fabryce czekolady, ani też Gnijącej pannie młodej – dwóch poprzednikach Frankenweenie, udowadniających, że w tworzeniu animacji spod znaku czarnej komedii Tim Burton jest pierwszoligowcem. Co zatem w historii o chłopcu tak bardzo kochającym swojego psa, że aż go wskrzeszającym, poszło nie tak?

 

Zabijcie mnie, nie wiem. To, co jako pierwsze przychodzi mi do głowy, to wątpliwy przekaz opowieści. Bo o ile fascynacja Victora nauką, wyobcowanie w środowisku rówieśników, motywowana tym przyjaźń chłopca z psem, pragnienie odzyskania go po wypadku, wreszcie owocna próba wskrzeszenia go, która udała się nie tylko dzięki naturalnym właściwościom przyrody, ale i emocjom chłopaka, przekonują i stanowią niewątpliwą wartość dla młodego widza, o tyle cała ta zabawa z piorunami i elektryką stanowi zdecydowanie mniej bezpieczny przekaz. Wiem, że to było oczywiste już 23 lata temu i do dziś w temacie „dziecko, nie baw się zapałkami” nic się nie zmieniło. I że zarzut ten miałby się dobrze już po premierze krótkometrażówki. Podejrzewam, że kwestia ta uderzyła mnie tak mocno dopiero teraz, gdy wystąpiła w parze z fabularnym novum w Frankenweenie – zgrają kolegów Victora, którym zależy nie na tym, co dobre i ważne i którzy nie zawahają się przed niczym, by swoje cele osiągnąć. Ten element zresztą – będący pomysłem Burtona na rozszerzenie pierwotnej wersji – wypadł tu całkiem nieźle. Osobiście jestem wprawdzie fanką sąsiedzkiej intrygi jako reakcji na małego potwora od Frankensteinów, ale doskonale zdaję sobie sprawę, że pomysł ten – który świetnie sprawdził się w krótkiej opowiastce – poległby na obszerniejszym materiale filmowym. Alternatywa w postaci szkolnego konkursu i wyścigu dzieci (szczurów?) po nagrodę, ze znaną już i świetnie napisaną postacią burmistrza w tle, jest tu więc na miejscu i wypada bardzo logicznie.
 
I znów łapię się na tym, że wyciągam pozytywy tego, co oceniam raczej przeciętnie. Problem w tym, że pewne odczucia – pojawiające się zresztą przy okazji wielu filmów – są niemalże nieosiągalne tuż czy nawet kilka dni po seansie, a czasem nie sposób ich uchwycić nawet na długo po projekcji. Nie mówiąc już o ich zwerbalizowaniu. Coś takiego podziało się właśnie po Frankenweenie – filmie świetnie pomyślanym i zrealizowanym, spójnym i – w przeważającej części – wartościowym, a ostatecznie niepełnym, niedostatecznie porywającym, pozostawiającym niedosyt. Wbrew pierwotnej wersji. Nie lubię tego.
 
Czy polecam? Jeśli lubicie animacje, w których więcej jest dramatu niż humoru, malowanych ponadto w dość ponurych jak na dziecięce klimaty barwach, śmiało. W zachwyt raczej nie wpadniecie, ale krzywdy nikt nikomu też nie wyrządzi. O.

 

Źródło zdj.: wired.com

 

7 myśli nt. „Frankenweenie (2012)

  1. Mnie się film bardzo spodobał. Zwłaszcza staranność, z jaką odwzorowano realia amerykańskiego miasteczka lat 70. Różnica jest taka, że we mnie ten film żadnego niedosytu nie zostawił.

  2. Mnie film rozczarował, ale ja generalnie nie przepadam chyba za animacjami Burtona (Gnijąca Panna młoda też niespecjalnie mi się podobała), proste to było, w kinie jak dla mnie zero efektu 3D, drugi raz nie obejrzę

  3. Faktycznie bez zachwytów, ale mimo wszystko udana animacja. Po latach posuchy i klejenia kolorowego badziewia u Burtona wreszcie zobaczyłem film w jego wykonaniu przyzwoity, zbliżający się do formy z przed lat. I tu się właśnie nie zgadzamy, bo widzę, że Ty masz inne zdanie na ten temat:) Dla mnie to znacznie lepszy film od Mrocznych Cieni czy innych Alicji, Burton wreszcie bawi się jak należy, dodatkowo mnóstwo tu fajnych aluzji do klasyki kina. Mnie się podobało.

    Pozdrawiam

  4. mnie frankenweenie zachwycił – może dlatego, że burtona spisałem już na straty. byłem pod ogromnym wrażeniem, rozbawił mnie, momentami poruszył. no i zrobiony jest przegenialnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.