Funny Games (1997)

Nie mam fioletowego pojęcia, jak Funny Games (wersja pierwotna, austriacka, bo jest jeszcze jedna, amerykańska, z roku 2007, obsadzona bardziej znanymi nazwiskami, ale wciąż tego samego autora) się u mnie znalazło. Wiem, że leżało długo i jakoś niczym mnie do siebie nie zachęcało. Aż wreszcie – zmęczona premierami, promocją najnowszych hitów i dyskusją nad arcydziełami – włączyłam do obiadu, na chwilę tylko. Tylko przez moment – gdy zobaczyłam nazwisko Hanekego (dacie wiarę, że włączając, nie wiedziałam?), od którego, przesycona recenzjami Miłości, chciałam uciec – zniesmaczona westchnęłam. A potem wystygł mi obiad, za to podniosła się temperatura ciała. I tak dosiedziałam do końca z otwartymi oczami i gęsią skórką, doświadczając – jak dawno – cudownie inteligentnego, cynicznego, mocnego i, po prostu, dobrego kina.
 
Streszczanie fabuły Funny Games byłoby zbrodnią i słusznie skazalibyście mnie na powieszenie za zabranie wam przyjemności wzięcia udziału w tytułowej zabawnej grze. Niech starczy więc tyle: małżeństwo z dzieckiem przyjeżdża – jak co roku – do położonego nad jeziorem domku letniskowego. Chcą popływać, złowić parę ryb, pogrillować ze spotykanymi tam wakacyjnymi znajomymi, po prostu odpocząć. Przybycie dwóch młodych sąsiadów niweczy ich plany: goście w wyrachowany sposób zajmują czas i uwagę letników, zapraszając do nietypowej gry, której my – widzowie – mamy być obserwatorami.

 

Przepyszna to zabawa. Przepyszna, choć przerażająca, szokująca i ani trochę zabawna. Haneke w Funny Games zastanawia się nad fenomenem przemocy jako widowiska – nie pyta jednak, w jaki sposób przemoc jest odbierana, raczej zastanawia się, dlaczego ciekawi, ekscytuje, elektryzuje i przyciąga mimo zła, i to zła w czystej postaci, które za sobą niesie. Inicjatorzy letniskowej gry – Paul (genialny Arno Frisch) i Peter (Frank Giering) – używają przemocy dla niej samej, dla zabawy, przyjemności, zabicia nudy, satysfakcji. A mimo to intrygują, wymuszają zadawanie pytań o prawdziwe intencje, pomagając odbiorcy odkryć tę okrutną prawdę, że to właśnie są prawdziwe intencje, że brak motywu też jest motywem, że zło nie musi mieć – i często zwyczajnie nie ma – podstaw. Ta cała nieprzyjemna, a jednak w przedziwny sposób pociągająca i zajmująca zabawa to czyste szaleństwo. I Haneke o tym wie. Świadomie kieruje akcją w taki sposób, by pobudzać widza, angażować go i wybić mu z głowy, że jest tylko biernym obserwatorem. Używa do tego m.in. niedozwolonego w kinie chwytu, którego realizacje zatrważają i wywołują dreszcze (efekt nie do opisania, ale podczas seansu z pewnością rozpoznacie, o czym piszę). Bawi się naszą uwagą i robi z nami – naszym myśleniem, ocenianiem, postawą – co chce. I świetnie mu tu wychodzi.

 

Charakterystyczna dla reżysera cisza (przez cały film muzyka pojawia się zaledwie dwukrotnie – w obu przypadkach dociera z nośnika, radia i telewizji) nie tylko potęguje nastrój, ale wręcz pozwala wybrzmieć treści z podwójną siłą. A brawurowo rozegrane (nomen omen) sceny przynoszą myśl, że ta tak zwyczajna, a przecież zupełnie absurdalna historia oparta głównie na manipulacji i maltretowaniu psychicznym mogłaby przydarzyć się w rzeczywistości każdemu z nas, w tej czy innej postaci, ale zawsze. Kameralnie, minimalistycznie, oszczędnie, a przy tym cynicznie, szczerze i treściwie. Brzmi jak Haneke.

 

Czy polecam? Całą sobą. Nie pożałujecie.

 

Źródło zdj.: it.wikipedia.org

 

11 myśli nt. „Funny Games (1997)

  1. kilka dni temu wziąłem się za pisanie o Pianistce. co dziwne – zacząłem od Funny Games (zarówno oryginału jak i wersji U.S), od tego, że nie wiedziałbym jak ugryźć ten temat, jak ubrać to wszystko w słowa, a sam film, jak dla mnie, jest genialny.

    znów świetnie.

  2. Oglądałem Amour i ta cisza, o której tutaj wspominasz tak troszeczkę mi przeszkadzała. Nie wiem czy lubię aż taki spokój. Niemniej jednak film ciekawy naprawdę, na pewno obejrzę, jeszcze nie wiem kiedy, ale na 100% muszę go zobaczyć :) Pozdrawiam! :)

  3. Mając do wyboru wersję oryginalną lub amerykańską, obejrzałem tę drugą, ponieważ zagrała w niej moja ulubiona Naomi Watts. Ale z tego co czytałem przed jak i po seansie, prócz właśnie innych aktorów, te dwie wersje są praktycznie identyczne, więc i pod tą kilka słów napiszę. Tylko kilka, bo o tym filmie bardzo łatwo się rozpisać, a to już raz robiłem, a i spamować komentarzy nie chcę ;) Wstrząsający, wymęczający, pozostający na długo w pamięci. Po nim żaden inny film oparty na takim schemacie nie robi już większego wrażenia. Brutalnie bawiący się z widzem, który z jednej strony czeka na mocniejsze momenty, z drugiej nie chce ich oglądać. Bo ta zabawa wcale nie jest zabawą, bo tu przemoc nie jest widowiskiem, które by przynosiło rozrywkę. Jest tym, czym jest naprawdę. Chyba tylko Haneke mógł nakręcić taki film.

    Pozdrawiam

  4. Funny Games do obiadu… Eh, to chyba najbardziej pokręcona rzecz jaką słyszałam w tym tygodniu :) Podziwiam. Ja niestety widziałam tylko wersję amerykańską [mały estetyczny problem z dźwiękiem języka niemieckiego]. Pamiętam, że pierwszy seans mnie przeraził. Z drugim było lepiej, choć towarzyszył mi lektor [kto wydaje DVD bez napisów?]

    Ogólnie świetne kino, choć słyszałam, że wersja niemiecka znacznie lepsza. I autor miał rację, większość ludzi nie rozumie o co w nim chodzi. przeżyłam na własnej skórze :P

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.