Gra tajemnic

Niewiele widziałam ostatnio filmów, w których istniałby tak duży rozdźwięk między samym filmem i sposobem prowadzenia fabuły a głównym bohaterem – jego konstrukcją i interpretacją wcielającego się weń aktora. Na rzecz tego drugiego, jasna sprawa. Grę tajemnic ogląda się dobrze i z innym składem pewnie nadal byłaby ciekawym filmem, ale to Benedict Cumberbatch nadaje mu ikry, której tu ewidentnie brakuje. Co nie zmienia faktu, że to wciąż całkiem udany film.

 

Abstrahując zupełnie od „sprawy polskiej” w kontekście pracy Alana Turinga, tak naprawdę ocenę tego filmu można by ująć w dwóch, może trzech zdaniach. To ładny, porządnie zrobiony i niewychylający się ponad to, co znane i bezpieczne film. Ale też nie powinno to dziwić z uwagi na fakt, że za jego realizację odpowiada reżyser, który z kinem pozaeuropejskim nie miał do tej pory wiele do czynienia. Mortem Tyldum, Norweg, autor dystrybuowanych w Polsce kilka chwil temu Łowców głów (niezbyt udana adaptacja thrillera Jo Nesbø o tym samym tytule), nie jest najpłodniejszym twórcą. Jego pełnometrażowy, nieźle przyjęty w Skandynawii debiut – Kumple – miał miejsce 12 lat temu, a od tego czasu zrealizował raptem dwa projekty, oba lokalne. Reżyser ani nie współpracował na szerszą skalę z wytwórniami zagranicznymi, ani też nie wybił się specjalnie na festiwalach o światowym zasięgu. Zachodzę w głowę, co takiego się wydarzyło, że otrzymał prawa do ekranizacji takiej historii, na którą dostał nie tylko dobre pieniądze (14 mln dolarów to może w świecie kinematografii nie taki majątek, ale w porównaniu do budżetów wcześniejszych filmów Tylduma, to jednak niemało), ale i świetną obsadę, a najbardziej – Brytyjczyków i Amerykanów do pomocy. Albo inaczej: co skłoniło Amerykanów i Brytyjczyków, by postawić za sterem tego statku nieznanego w Hollywood, niedoświadczonego i – przyznajmy to szczerze – nie jakoś szczególnie uzdolnionego reżysera? Chyba sami do dziś tego nie wiedzą, a na drodze racjonalizacji tej decyzji postanowili nawet przyznać Tyldumowi nominację do Oscara za jego pracę. Wiecie, żeby nie wyszło, że to kompletny przypadek z tym facetem.

 

Trochę się podśmiewam, ale tak serio, to nie chce mi się wierzyć, że dwa najważniejsze obok głównego aktora stanowiska w obsadzie – reżyserskie i scenariuszowe (tu debiutujący zupełnie w kinie Graham Moore) – zostały oddane amatorom, podczas gdy do obsady zaproszono tak wziętych teraz aktorów jak Cumberbatch i Knightley czy choćby jednego z najlepiej opłacanych i rozchwytywanych kompozytorów na świecie – Alexandre Desplata. A jeśli to był świadomy zabieg, a Benedict, Keira i Alexandre znacząco zeszli ze swoich stawek, by brać udział w tym projekcie, to całej ekipie należą się wielkie gratulacje. Bo zrobić w takiej sytuacji film, który otrzymał 8 oscarowych nominacji (z których zasłużone są tylko dwie) to naprawdę sztuka.

 

Cokolwiek tam się podziało i ktokolwiek naprawdę odpowiada za sukces Gry tajemnic o samym filmie powiedzieć warto tak naprawdę tylko dwie rzeczy. Pierwszą jest gra Cumberbatcha, aktora niepotrzebującego już udowadniać – mimo że przecież jego filmografia nie pęka jeszcze w szwach – jak dobrym jest rzemieślnikiem. Ma za sobą tłumy fanów i przychylność niejednego krytyka, dlatego rola Alana Turinga zgodnie z przewidywaniami umocniła wszystkich w przekonaniu, że warto go kochać, bo potrafi się pięknie za tę miłość odwdzięczyć. Tym, co w grze Brytyjczyka jest tak wyjątkowe, jest rzadko spotykana inteligencja w interpretowaniu odgrywanej postaci. Cumberbatch nie szarżuje (a mógłby, bo jego bohater ma jednak w sobie spore pokłady szaleństwa), wykorzystuje całą znaną doskonale fanom Sherlocka paletę mimiczną (ta historia właściwie dzieje się na jego twarzy), jaką mistrzowsko dysponuje, wreszcie – znajduje umiejętnie harmonię pomiędzy introwersją Turinga a koniecznością wejścia w relacje, pracę grupową (wspaniała scena przyjęcia). Zdecydowanie nieoscarowa rola, ale nominacja – zdaje się – zasłużona, szczególnie że do tej pory Amerykanie Benedicta mocniej nie doceniali.

 

Drugą siłą Gry tajemnic jest Desplat, którego temat The Imitation Game to jedna z najlepszych rzeczy, jaką Francuzowi udało się do tej pory napisać. Cała ta ścieżka dźwiękowa świetnie zresztą ilustruje trud i wagę pracy kryptologów – w tle serwując typowe dla kompozytora intrygujące, tajemnicze brzmienia, na pierwszy plan wysuwając melodyjny, lekki, ale też bardzo melancholijny motyw. Świetna praca, godna nominacji, czy Oscara – o tym więcej w przedoscarowych wariacjach.

 

Czy polecam? Tak.

 

Źródło zdj.: macwindows.com

 

7 myśli nt. „Gra tajemnic

  1. Gra tajemnic to fajny film, jak dla mnie powiązanie wątku rozszyfrowywania enigmy z dość mocnym wątkiem homoseksualizmu, który w drugiej połowie filmu zdominował akcję i spowodował, że film był jeszcze ciekawszy, choć bez happyandu . REKLAMA USUNIĘTA

  2. Ach, Paulina, Ty i ten Twój Benedict… :D Tylko gdzie jest recenzja „Gry tajemnic”? :D
    A tak serio to bardzo ciekawe spojrzenie na sukcesy debiutujących reżyserów. W sumie Sam Mendes też przecież był świeżakiem kiedy dostał 8 nominacji (z czego 5 wygrał) za „American Beauty”. Ta sama sytuacja z Darabontem i jego „Skazanymi na Shawshank”. Jak widać Hollywood czasem ryzykuje… Albo panowie wiedzą z kim sypiać :D

    • Dlaczego „mój Benedict”? Nie rozumiem.

      I jaka recenzja? Nigdy nie mówiłam, że piszę recenzje;)

      Faktycznie, z Mendesem zaszaleli jeszcze bardziej – to było ryzyko, facet miał wtedy na koncie tylko telewizyjne drobiazgi. Opłaciło się, ale Tyldum nie ma najmniejszych szans powtórzyć tego sukcesu, choćby miał mniejszą konkurencję (a ma ogromną przecież).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.