Gwiazdy [recenzja]

gwiazdy-film

Gdyby chcieć podsumować podejście twórców i wypływającą z niego jakość filmu Gwiazdy, świetnie nadawałaby się do tego wypowiedź ich reżysera. Jan Kidawa-Błoński, podczas jednej z rozmów na temat swojej najnowszej produkcji, przyznał bowiem, że szukając aktorki do roli Marleny, jednej z głównych bohaterek filmu, kierował się dwiema rzeczami. Miała mieć niebieskie oczy i duży biust. Co dobrego mogło wyjść z filmu, w których w taki sposób traktuje się bohaterów i aktorów? Zamiast sprawdzać, poczytajcie – zaoszczędzicie czas, pieniądze i trochę nerwów.

 

Jan Banaś. Dla wielu postać-legenda, piłkarz, który na trwałe zapisał się w historii polskiej piłki, prywatnie rozdarty pomiędzy dwa kraje człowiek, który u szczytu swojej kariery musiał mierzyć się nie tylko z chwiejną popularnością, ale i PRL-owską rzeczywistością. Dla innych jedynie nazwisko, niby znane, słyszane, kojarzone, ale jakby nie do końca jasne, obdarte ze znaczeń, uboższe o kontekst. Jan Kidawa-Błoński miał intencję wyjść do obu tych grup – pierwszym przypomnieć, dlaczego bohater wciąż zasługuje na ich pamięć, drugim zaś zaprezentować jego sylwetkę i opowiedzieć zagmatwane losy. Problem w tym, że ani jedni, ani drudzy z kina nie wyjdą usatysfakcjonowani, bo Banaś Kidawy-Błońskiego to postać, której nie da się polubić, a już tym bardziej poznać.

 

Winę za to ponoszą w dużej mierze źle rozłożone akcenty historii. Gwiazdy miały być filmem o piłce, a okazały się romansem, w którym o piłce tylko się mówi. Oś fabuły tworzy miłosne trio, składające się z Banasia, jego kumpla z podwórka Gintera i ich wspólnego obiektu westchnień – Marleny. Wątek to fikcyjny (tak jak i obie postaci), wprowadzony po to, by dodać losom bohatera dramatyzmu i móc opowiedzieć jego historię przez pryzmat szeroko pojętej rywalizacji. Panowie – jeszcze jako chłopcy – faktycznie walczą o pozycję na boisku, ale rywalizacja ta, skądinąd uważana za podwaliny ich konfliktu, jest właściwie tylko wspomniana. Nikt nie sili się tu na odnalezienie w nim jakiejkolwiek głębi, podarowanie bohaterom głosu, opowiedzenie o ich emocjach. To prześlizgnięcie się po zawodowym kłopocie piłkarzy jest widoczne o tyle mocno, że jawnie kontrastuje z rywalizacją o dziewczynę, która zajmuje w scenariuszu (zbyt) wiele miejsca. Niby więc pojawiają się tu jakieś rozmowy o piłce, niby bohaterowie kłócą się i leją (dwuznacznie, bo w grę wchodzą tu i pięści, i wódka), ale koniec końców akcja, jak bumerang, zawsze wraca do Marleny, której obaj bohaterowie dziko pożądają.

 

Marlena ta jest zresztą idealnym przykładem, jak nie powinno się konstruować w filmie (i w ogóle nigdzie) postaci kobiecej. Więcej, sposób, w jaki ją potraktowano, mógłby wkurzyć i pewnie wkurzy niejedną kobietę. Nie trzeba być wcale feministą, by zauważyć, jak przedmiotowo została tu potraktowana bohaterka – postać, przypomnę, fikcyjna, a więc dająca twórcom sporą swobodę w tworzeniu, mającą potencjał do bycia zarówno naiwną, ale dobrą i szukającą miłości kruchą kobietą, jak i femme fatale, której walka o jej względy dwóch mężczyzn wyraźnie schlebia i tylko prowokuje do wybrania trzeciej drogi. W obu przypadkach bohaterka otrzymuje swoją przestrzeń, pole do gry i interpretacji, staje się postacią wielowymiarową, a nade wszystko – potraktowaną z szacunkiem twórcy. Tymczasem Marlena jest do bólu papierowa, przez bohaterów postrzegana jako trofeum, zdobycz, przedmiot, który należy posiąść i który będzie ostatecznym dowodem zwycięstwa i wyższości jednego z nich. Taką rolę potwierdzają w dyskusjach sami twórcy, a sama Karolina Szymczak, wcielająca się w postać Marleny, próbując owiać ją jakąkolwiek nicią tajemnicy, nie ma w ręku żadnego argumentu na poparcie swojej tezy. Przykre, smutne i – tak – oburzające.

 

Gdy problem pojawia się już na poziomie scenariusza i postaci, trudno mówić – i mówić dobrze – o aktorstwie. Jedyna obok przedmiotowo potraktowanej Szymczak wyrazista rola żeńska – matki Banasia, w którą wcieliła się Magdalena Cielecka, jest w zasadzie tylko tłem losów swojego filmowego syna. Tym samym rolą Cieleckiej, wspaniałej przecież aktorki, jest tu załamywanie rąk nad dzieckiem, smucenie się (często) lub uśmiechanie (rzadziej) na zmianę, a z biegiem lat coraz powolniejsze poruszanie się ze znamienną dla młodych aktorek grających starzejące się i wreszcie całkiem stare kobiety manierą ograniczania mimiki i gestów w celu podkreślenia niedołężności bohaterki. W wielu recenzjach chwaleni są odtwórcy głównych ról – Mateusz Kościukiewicz (Banaś) i przeżywający swoje prawdziwe pięć minut Sebastian Fabijański (Ginter). Obaj są poprawni, prezentują swoich bohaterów na tyle, na ile pozwalał im na to scenariusz, ale nie są to w żadnym wypadku role przełomowe. I wiedzą o tym krytycy, skupiający się raczej na drugim, a nawet trzecim planie, w których do rangi wiekopomnych występów wyciągane są role Mariana Dziędziela, Adama Woronowicza czy Eryka Lubosa. Niestety, tylko ten ostatni stworzył tu naprawdę zapamiętywalną postać, pozostali grają na swoim (wysokim) poziomie, umilając seans, ale nie zmieniając jego oceny.

 

Gwiazdy wpadły w pułapkę, którą same zastawiły. Nie tyle bowiem nie ufają widzowi, że zrozumie, czym chciały być, ale i zdają się same nie dowierzać, że potrafią opowiedzieć swoją historię tak, by zainteresowała i poruszyła. Od samego początku filmu fabuła opiera się na irytującej narracji z offu, która bardzo chce mieć charakter gawędziarski, ale trąci sztucznością i odbiera sporą część barwnych dialogów samym bohaterom. Losy Banasia również nie są wprowadzone do fabuły samodzielnie. Wywołuje je… przesłuchanie bohatera, które przeprowadza zbyt ciekawski jak na niemieckiego oficera policji bohater, który – bądźmy poważni – zamiast zapytać Banasia, co robił na trybunach z nożem w ręku, woli słuchać o jego śląskim dzieciństwie, kompleksie ojca i miłosnych przejściach. Nawet w nielicznych scenach piłkarskich nie ma niczego, co podniosłoby ociężałe powieki. Użycie archiwalnych nagrań – imitujące zabawę konwencją – to wynik ograniczonego budżetu produkcyjnego, a zastosowanie ogranego slow motion w jedynej naprawdę zagranej scenie meczu trąci kiczem i efekciarstwem tak mocno, że ostatecznie może i dobrze, że tych pieniędzy zabrakło. Skoro nie ma o czym mówić, to może lepiej nie mówić, a tym bardziej – pokazywać.

 

A największą wadą Gwiazd jest fakt, że ani w potencjał i legendarność Banasia, ani jego przyjaźń z Ginterem, ani miłość (nie mylić z pożądaniem) do Marleny, ani tym bardziej pasję do piłki nie sposób uwierzyć.

 

Czy polecam? Nie.

 

Źródło zdj.: interia.pl

 

2 myśli nt. „Gwiazdy [recenzja]

  1. Marlena denerwuje, główny bohater… W sumie też denerwuje. Podobnie jak Ty odnoszę wrażenie, że ta historia to materiał na naprawdę dobry film, ale jej potencjał został zupełnie nie wykorzystany. Zwróciłabym uwagę na jeszcze jeden element – gwara. Kościukiewicz wyraźnie stara się mówić jak typowy Ślązak, ale trochę mu nie wychodzi i… No cóż, efekt opłakany. Nie wiem, czy też zwróciłaś na to uwagę, czy tylko się czepiam.

    • Tak, zdecydowanie. Nie chcę się czepiać, bo doceniam starania, ale widocznie nie da się w tak krótkim czasie przyswoić tak charakterystycznej gwary. W efekcie raz udaje się znakomicie, a raz – czasem w tym samym zdanie – leci wzorcowa polszczyzna. Widać to szczególnie w scenach z ojczymem – Lubos świetnie opanował język.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.