Hell

hell_2011_0
Z kinem regionalnym kłopot jest taki, że nie wiadomo, po co sięgnąć. Nie wiesz o nim kompletnie nic, szukasz więc po omacku i jesteś zdany na opinię polskich dystrybutorów, którzy proponują ci to, co sami uznali za potencjał (dla zysku, naturalnie). O niemieckim kinie też nie wiem zbyt wiele. Pewnie oglądałam kilka filmów kręconych po sąsiedzku i do dziś nie zdaję sobie z tego sprawy. Oczywiście, mam na myśli tu filmy czysto niemieckie, których autorami są Niemcy, nie zaś te produkowane we współpracy z Niemcami bądź na ich terenach (zdziwilibyście się ile głośnych filmów zostało stworzonych wspólnie z niemieckimi twórcami).
 
Jedyny więc film, który pamiętam – i to dość dobrze, bo widziałam go kilka razy – to rewelacyjny jak dla mnie Biegnij Lola, biegnij Toma Tykwera – Niemca w sumie – ale zorientowanego „amerykańsko”, by tak rzec, autora wielu dobrych projektów; w dodatku z główną rolą jednej z tych bardziej znanych niemieckich aktorek – Franki Potente. O Hell usłyszałam dopiero niedawno, przeglądając listę premier w filmwebie. Temat ciekawy, z gatunkiem lubię się mierzyć, producent firmowany na plakacie brzmi znajomo – może coś z tego będzie. Było, niestety, tylko „może”.

 

2016 rok, temperatura na Ziemi wzrosła o 10 stopni, jest potwornie gorąco, w powietrzu unoszą się tumany kurzu i piachu, zaburzające widoczność, opadów brak. Nieliczni, którzy w tych warunkach przetrwali, żyją nocami, gdy wyjście na powierzchnię nie powoduje oparzeń, ci bardziej zdeterminowani (głodem i pragnieniem przede wszystkim) zmierzają w stronę gór, wierząc, że tam drogocennego płynu nie brakuje. Do tej drugiej grupy właśnie należą Marie (Hannah Herzsprung), Phillip (Lars Eidinger) i Leonie (Lisa Vicari). Na drodze do raju czekają ich jednak śmiertelne pułapki, zastawione – naturalnie – przez innych ocalałych. Życie za życie?
 
Mamy tu typowy film katastroficzny z kompletem podstawowych elementów tworzących go: jest katastrofa (w tym wypadku słabo umotywowana mutacja ekologiczna), jest zniszczenie, głód i walka na śmierć i życie, by zdobyć podstawowe środki do wegetowania, są dobrzy i źli bohaterowie, z czego ci pierwsi pragną po prostu przeżyć, a ci drudzy niszczą (choć nie dla samego niszczenia) – wszyscy zaś mają nadzieję, że będzie lepiej. Problem w tym, że elementy te układają się w dwie grupy, z których jedna jest do zaakceptowania, druga zaś nie do przyjęcia. Udało się twórcom świetnie oddać klimat katastrofy – scenografia, charakteryzacja i zdjęcia (sepia) ukazują świat nie utulony, ale wręcz ujarzmiony mgłą powstałą z kurzu,  piasku i ukropu, mgłą, która przeszkadza, zaburza widoczność, zniewala i pośrednio także zabija. Aktorstwo jest na swoim miejscu (bez ekscesów, ale i bez uchybień), ale już postaci są niedopracowane. O ile relacja Marie i Phillipa jest czytelna – opiera się na stosunku nad- i podrzędności, dziwnego lęku z jej strony i jego autorytarnych zapędów, a intencje komuny zamieszkującej pobliskie gospodarstwo jasne i ładnie sprecyzowane, o tyle postać Leonie istnieje w fabule właściwie jedynie w jednym celu, a jej fochy i próby skłócenia pozostałych bohaterów nie są niczym umotywowane – chyba że nudą samej bohaterki. Katastrofa ekologiczna wreszcie została w tym wszystkim zupełnie pominięta – tak jakby nie widziano potrzeby, by oświecić widzów, skąd, jak, dlaczego to wszystko. Siada też realizacja – w komentarzach pod filmem na filmwebie posypały się na scenarzystów gromy – nie tylko za brak logiki, ale za poważne błędy merytoryczne. Ja tam się na fizyce nie znam, pogubiłam się przy czwartym bodaj komentarzu i nie wiem, w której sferze ląduje parująca woda i czy powinna ona, czy nie powinna przy takiej temperaturze opaść, czy też nie. Wiem tylko, że brak informacji o miejscu akcji – w obliczu informacji o wzroście temperatury na Ziemi – wprowadza dysonans: bo skoro to 10 stopni, to naprawdę byłoby aż tak gorąco, żeby chować każdy skrawek ciała przed słońcem? Nie wiem, chodzi o warstwę ozonową, czy coś? Może mnie ktoś oświeci, bom chyba za głupia na te mądrości. Jakby nie było, z braku precyzji zrobił się niezły bigos i to na pewno nie jest wina niedokształconych widzów.
 
Czy polecam? Nie jestem przekonana, żeby zrobić to z czystym sumieniem. Chyba niewiele stracicie, odpuszczając. Mnie Hell nie odrzuciło, ale też nie wywołało żadnych wrażeń, które przykleiłyby się do mnie na dłużej niż 89 minut, które film trwa.
 

Źródło zdj.: brutalashell.com

 

3 myśli nt. „Hell

  1. Mnie też niezbyt zachęca. To kino akcji a z tego lubię naprawdę tylko klasyki. Denzel Washington wszędzie odgrywa tego samego bohatera. Szkoda, że nie gra już tak różnorodnie jak na początku kariery :(

  2. Jakoś do mnie nie przemawia ten film :( Nie wiem dlaczego, może po prostu nie moje klimaty! Ogólnie ten pomysł z sepią mnie odrzuca mimo tego, że może i dobrze podkreśla tematykę :( 3x Nie :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.