House of Cards – sezon II

Długo zabierałam się za recenzję II sezonu House of Cards. To dziwne, bo te 13 odcinków wzbudziło we mnie tyle różnych emocji, że z powodzeniem mogłabym o serialu napisać pokaźny esej. Co dobre i miłe, te emocje nadal we mnie tkwią i wciąż chcę o nich rozmawiać, bo historia Franka Underwooda to wciąż najlepsza polityczna rzecz, jaką mały ekran pokazał w ostatnich latach.

 

Każdy, kto widział już II sezon serialu wie, jaką bombę twórcy przygotowali na przystawkę. Rozstrzygnięcie wątku Zoe Barnes było tak niespodziewane i hardkorowe, że trudno było się po nim otrząsnąć. Nikt nie miał jednak zamiaru dawać na to czas – akcja już w pierwszym odcinku nabrała tempa, które nie zwolniło ani na chwilę aż do samego finału. Od początku też twórcy nie pozostawiali złudzeń – to będzie ostra jazda, bez trzymanki. I była.

 

Tym, co nieodmiennie mnie w House of Cards zdumiewa to fakt, że wątki osobiste bohaterów idealnie równoważą się z wątkiem głównym, politycznym. Mimo że każdy jest przez politykę determinowany i występuje jako jego kontekst, nawet najmniejszy epizod jest tu ważny, potrzebny, celowy, nawet gdy początkowo wydaje się, jakby tylko zajmował czas antenowy. Każda postać po coś tu się pojawia i ma swoje pięć minut, każda też jest nakreślona bardzo precyzyjnie. Meechum, Jackie Sharp, Gavin Orsay, Freddy – to bohaterowie tła, bez których ta historia z pewnością nadal byłaby świetna, ale czy wyobrażacie to sobie? No właśnie.

 

Ciekawe jest też to, w jaki sposób twórcy zwodzą naszą uwagę. Finał sezonu jest dla wszystkich jasny – wszyscy wiemy, do czego dojdzie, a właściwie do czego dojść może; i pewnie nie ja jedna łapałam się na tym, że nie wiedziałam, czy bardziej chcę, by do tego doszło, czy nie. Więc jest przewidywalnie? Totalnie nie. Droga, jaką Frank wyznaczył sobie, by osiągnąć cel – wraz z planami B, C, a nawet D – jest tak kręta, że nie sposób odgadnąć, co spotkamy za kolejnym zakrętem. A tych zakrętów jest przecież całe mnóstwo.

 

O fabule II sezonu serialu można pisać i pisać – same decyzje Franka, zagrania Claire, dylematy moralne pozostałych bohaterów posłużyłyby spokojnie za temat niejednej gorącej dyskusji. Bardzo więc hasłowo o wątkach, które podobały mi się najbardziej: konflikt Claire z Adamem Gallowayem (PR-owcy powinni uczyć się od Underwoodów, jak radzić sobie w sytuacjach kryzysowych), tejże sprawa nagłośnienia przypadków gwałtów i molestowania seksualnego przez wojskowych (bardzo aktualny temat, fantastycznie, że go poruszono), manipulacja Tricią i jej małżeństwem z prezydentem USA (co to były za niuanse!). Najmniej wciągnęły mnie chyba polityczne działania USA z Chinami wraz z postacią Raymonda Tuska i osobliwy wątek państwa Underwoodów i Meechuma (serio?).

 

Wyżej wymienione ulubione momenty tej serii serialu nie bez powodu mają wspólny mianownik. Claire Underwood to nadal najciekawsza, choć już mniej enigmatyczna niż w I sezonie postać serialu. Robin Wright sprawia wrażenie, jakby wejście w tę rolę nie przysparzało jej żadnych problemów. Claire tak bardzo do niej przylega, że niekiedy wydaje się, jakby były jedną osobą. Mrs. Underwood może być dumna z Mrs. Wright – obie odwalają kawał świetnej roboty.

 

Doug? Szok.

 

Cały sezon to nadal fantastyczna warsztatowa praca. Poczynając od zdjęć, przez dźwięk, muzykę, aż po montaż to czysta precyzja. Od razu widać, że Fincher nadal trzyma nad tym pieczę. Oby tak dalej. Czekam niecierpliwie na III sezon – w końcu z całą miłością do Francisa, nie może mu to wszystko ujść na sucho!

 

Czy polecam? Bardzo.

 
Recenzja I sezonu: tutaj.
Recenzja III sezonu: tutaj.
 

Źródło zdj.: t3.com

 

5 myśli nt. „House of Cards – sezon II

  1. Ten serial mnie ujmuje przede wszystkim tym, że sama nie wiem, czy kibicuję Państwu Underwood, czy szczerze życzę im klęski. Z jednej strony przyłapuję się na tym, że chcę, żeby w końcu zostali ukarani, ale z drugiej – jakoś tak w duchu życzę im miękkiego lądowania. Rewelacyjny serial i świetna recenzja, z którą się zgadzam w stu procentach:)

  2. No i już wiem co będę robił w wolnym czasie w najbliższym tygodniu. Co jak co, ale scenarzyści amerykańscy to mają głowy na karku i oglądanie ich dzieł to spora przyjemność. Kiedy nasi twórcy się wreszcie obudzą? Te kilka nazwisk na cały kraj to trochę za mało…

  3. To zdecydowanie jeden z najlepszych seriali ostatnich czasów. Drugi sezon moim zdaniem zdecydowanie lepszy niż pierwszy, chociaż pierwszy też był bardzo dobry. Szkoda, że trzeci pojawi się dopiero na początku 2015 roku. Przynajmniej mam nadzieje, że na początku, bo data jeszcze nie znana.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.