House of Cards – sezon III

house-of-cards-season-3-poster

Kiedyś, przy okazji recenzji któregoś z seriali, pisałam, że trzeci sezon jest zawsze dla produkcji wielką próbą. Nie da się, jak w pierwszym, wygrać świeżością, nikomu nie ujdzie też na sucho, jak często dzieje się to w drugiej odsłonie, pewna powtarzalność motywów – w końcu pierwszy entuzjazm już minął, widz oczekuje czegoś więcej. W przypadku House of Cards to „więcej” było szalonym wyzwaniem. Pierwsze dwa sezony to przecież jazda bez trzymanki – intensywna, dynamiczna, szokująca i nie tylko niezaspokajająca apetytu, ale i zaostrzająca go. Twórcy serialu po rękawicę się schylili, ale jej… nie podnieśli. Oni rzucili swoją. Z jakim efektem?

 

Czytając pobieżnie pierwsze reakcje na nową odsłonę serialu – kontrowersyjnym. Trzeci sezon House of Cards ma bowiem niewiele wspólnego z tym, do czego przyzwyczaili nas twórcy serialu, i to niemal na każdej płaszczyźnie: od narracji, przez fabularny punkt ciężkości, aż po kreacje głównych bohaterów. Czy to źle? I tak, i nie, choć radykalnie negatywne głosy wydają się tu grubą przesadą. To nadal serial polityczny, w którym czas poświęcony sprawom publicznym równoważy się z tym przeznaczonym dla głównego, a dziś już śmiało można powiedzieć głównych bohaterów. Położenie akcentu na charakterystykę postaci, wbrew obiegowym opiniom, wcale nie spycha wątku politycznego na drugi plan. Przeciwnie, nabiera on nowego znaczenia i zasięgu, bo o ile pierwsze dwa sezony serialu skupiały się głównie wokół wewnętrznych rozgrywek politycznych i walki o najważniejszy fotel w kraju, o tyle trzeci sezon dosłownie przekracza granice. Wątek rosyjski jest tu potraktowany z o wiele większym zacięciem, odwagą i rozmachem niż reprezentant polityki zagranicznej z drugiego sezonu (Chiny). Jednocześnie nie traci na tym akcja wewnątrz kraju, gdzie refleksja „zdobyć władzę, a utrzymać ją to dwie różne sprawy” jest tylko punktem wyjścia do rozgrywek politycznych Underwooda i – nowość – wokół Underwooda.

 

Beau Willmon, jeden z twórców serialu, odnosząc się do zarzutów kierowanych w stronę nietypowo rozpisanego trzeciego sezonu House of Cards, powiedział, że sercem tego serialu zawsze było małżeństwo. Francis i Claire przez całą walkę o władzę kroczą razem, ale jak wszystko w ich życiu, tak i ta relacja ma prawo rozsypać się jak tytułowy domek z kart. Z punktu widzenia psychologii postaci taka idea sezonu jest nie tylko logiczna, ale i doskonale uzupełniająca to, co w produkcji już pokazano. Dodatkowo, pozwala na moment zwolnić, przyjrzeć się podczas tej przerażającej i otwierającej oczy (a nadal przecież szybkiej) przejażdżki innym aspektom, zrozumieć intencje, przekonać się, że wątpliwości są domeną nie tylko słabych.

 

Uczłowieczanie potwora, jak zgrabnie określiła tematykę trzeciej odsłony polityki Underwoodów Halina Jasonek (Onet), może chwilami razić niekonsekwencją: w końcu zaledwie trzy czy cztery sceny prezentujące starego Franka (jako drania nad dranie) to trochę za mało, by przekonać, że twórcy nadal mają pomysł na ukazanie wszystkich jego potworności. Z drugiej strony nowa, ludzka twarz Underwooda intryguje, każe skupić uwagę i zastanowić się, ile jest w niej rzeczywiście człowieka, a ile uśpionego potwora, doskonałego stratega. Rzecz to o tyle trudna, że chwyt bezpośredniego zwracania się do widza (tak charakterystycznego dla serialu) stosują o wiele rzadziej niż dotychczas, co sprawia, że dystans między bohaterem i widzem powiększa się, a postać jest bardziej enigmatyczna, niedostępna niż do tej pory.

 

Skupienie się na wewnętrznej walce (głównie z samymi sobą) bohaterów to spore nadwyrężenie tempa akcji, do którego nas przyzwyczajono. Tym samym fabularne, niewerbalne niuanse, których bogactwo mogliśmy oglądać w poprzednim sezonie, tu giną w natłoku dosłowności. Detale, paradoksalnie bardziej zauważalne w akcji szybkiej, tu umykają lub po prostu tracą walor sugestywności. Jednocześnie punkt ciężkości zostaje postawiony z wielką siłą na słowo. W trzecim sezonie House of Cards mówi się dużo, co jest absolutnie uzasadnione tematyką serii (kampania wyborcza i związane z tym przemówienia, wiece wyborcze i debaty, a szczególnie jedna debata, która jest zdecydowanie jednym z najlepszych epizodów całego sezonu) i niejednokrotnie jest jej zaletą (by wspomnieć tylko o potyczkach słownych Underwoodów z Petrovem). Czasem jednak też uwiera, nuży, generuje sceny, których miejsce w tych i tak już rozszerzonych względem poprzednich sezonów 50 minutach odcinka zaczyna być dyskusyjne.

 

Analogiczne (sprzeczne) odczucia dotycza bohaterów. Nowe oblicze tych starych (prócz głównych bohaterów także Jackie Sharp) w równym stopniu ciekawi, co konsternuje, a nowi bohaterowie dzielą się na dwie frakcje: intrygującą i pochłaniającą uwagę (Heather Dunbar) oraz zanudzającą swoją bezbarwnością i zmarnowanym potencjałem (Tom Yates i Kate Baldwin). Najciekawszą jednak rzeczą okazało się wprowadzenie na scenę Victora Petrova, prezydenta Rosji, do bólu przypominającego (także fizycznie) Putina. Wcielający się w tę rolę Lars Mikkelsen (tak, to brat Madsa Mikkelsena!) jest niesamowicie absorbujący, a jego gra – przepyszna. Trudno oderwać od niego wzrok, a głosy, że sceny, które dzielił z Underwoodem, po prostu Spaceyowi ukradł, nie są wcale przesadzone.

 

Ostatecznie, trzeci sezon House of Cards, choć tak inny od poprzednich odsłon serialu, na swój sposób broni się pomysłem na siebie. Nie wychodzi naprzeciw oczekiwaniom, naigrywa się z dotychczasowej konwencji, przełamuje stereotypy, a najbardziej – nie powtarza tego, co już znane. Czy nie o to właśnie w kolejnych sezonach seriali chodzi?

 

I jeszcze jedno: czy ze mną jest coś nie tak, czy Wy też mimo iż nienawidzicie Francisa i uważacie go za potwora, trochę kibicujecie mu i chcecie, by wygrał i utrzymał się na powierzchni? Jeśli tak, to twórcy serialu są psychopatami, że wywołują takie emocje. I my też – że dajemy się im ponieść. Ale, damn, jakie to dobre!

 

Czy polecam? Tak.

 
Recenzja I sezonu: tutaj.
Recenzja II sezonu: tutaj.
 

Źródło zdj.: thewrap.pl

 

9 myśli nt. „House of Cards – sezon III

  1. House of Cards jest serialem, który nie powiela schematów. Zyskał swoją sławę tym, iż zaskakiwał widza i przyciągał jego uwagę, m.in. doskonałą grą aktorów. Od pewnego czasu mam wrażenie, że z każdym sezonem staje się coraz bardziej przewidywalny i banalny. Może warto byłoby kolejny raz zmienić reżysera?

    • Może, choć tam i tak co kilka odcinków ekipa się zmienia, więc nie wiem, czy to pomoże. Spadek formy jest chyba jednak kwestią zmęczenia materiału, tak to jest, gdy robi się kolejne sezony nie dla historii, a kasy.

  2. Dla mnie ten sezon jest może nie feministyczny, ale bardzo traktuje o kobietach i kobiecej sile. I nie mam tutaj na myśli wyłącznie Claire (moim zdaniem to najlepsza kreacja sezonu, bohaterka pokapokazała zupełnie nowe oblicze, co Robin Wright portretuje niezwykle subtelnie, za pomocą jedynie pół-srodkow, niuansów), ale przede wszystkim Heather, świetnie zagrana postac, cały czas miałam odczucie, że ja głosowałabym na nią

    • Zdecydowanie tak. Mnie również Heather bardzo intrygowała, ale również Jackie – świetnie rozwinęli tę postać. W ogóle te kobiety władzy są o wiele lepiej rozpisane niż pozostałe, choćby dziennikarki, które są wręcz mdłe przy tych energicznych, charyzmatycznych bohaterkach.

  3. Jestem w połowie trzecie sezonu i pierwsze moje wrażenie było takie, ze „HoC” wytracił impet. Drażni mnie brak konsekwencji w tak dobrej produkcji. ale z kolei napięcie między bohaterami jest tym razem mistrzowsko na krawędzi prowadzone.

  4. Ja właśnie sama mam problem z oceną tego trzeciego sezonu. Zaserwowanie nam znowu intrygi zrobiłoby się przewidywalne, ale nie do końca satysfakcjonuje mnie to co się wydarzyło. Mam wrażenie, że nie było to wszystko przemyślane i dopracowane tak jak poprzednie sezony, niektóre rzeczy były jakby dodane na siłę. A końcówka bardzo przewidywalna. Niemniej jednak można powiedzieć, że ‚mocna’ jak zawsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.