Idy marcowe

ides-of-march-628
Bardzo ładny tytuł. Dawno nie słyszałam, żeby ktoś  tak mądrze zajrzał do historii, wyjął wydarzenie, obejrzał z każdej strony i jego nazwę przeszczepił do nowego zjawiska. I ta polska okładka – oklepana jak pieron, ale jednak bardzo estetyczna. Do tego Ryan Gosling i zapowiadało się naprawdę ekscytująco. Szkoda, że na zapowiadaniu się skończyło…
 
Stephen Myers (Ryan Gosling) jest  specjalistą od PR, pracuje przy kampanii prezydenckiej gubernatora Mike’a Morrisa (George Clooney). Jest świetny w te klocki, więc wraz ze swymi dwoma szefami – Morrisem i szefem sztabu Paulem (Philip Seymour Hoffman) mają duże oczekiwania i wierzą w zwycięstwo nad rywalem. Tylko nie wszystko idzie tak, jak iść powinno. Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze albo kobietę. W tym przypadku nieświadomą sprawczynią zamieszania staje się piękna stażystka Molly (Evan Rachel Wood), z którą romansuje Myers. Myers zresztą romansuje także z innymi, niekoniecznie stojącymi po tej samej stronie barykady, graczami. I niekoniecznie wychodzi mu to na dobre. W ostatecznym rozrachunku, gdy gra toczy się o być albo nie być prezydentury, kampanii i pozycji w niej rozedrganego emocjonalnie PR-owca, do głosu dochodzą najdziksze instynkty. Czy w ten sposób można zostać prezydentem?

 

Odpowiadać nie będę, powiem za to krótko o bohaterach i wcielających się w ich role aktorach, bo na nic więcej, właściwie, nie warto tu zwracać szczególnej uwagi – ot, polityczna rozgrywka, jakieś konszachty, jakieś strategie, jakieś intrygi – phi, codzienność, by rzekł. Mamy więc Stephena – młodego, atrakcyjnego, inteligentnego speca od wizerunku, który jest tą rolą tak przejęty, że nie do końca umie ukryć swój niepokój i niezdrowe podekscytowanie. Nie umie panować nad emocjami, zwykle działa pod ich wpływem i później musi się grubo tłumaczyć z tego, co się z tego powodu narobiło. Staje przed trudnymi decyzjami, których się boi, na których rozważenie nie poświęca zbyt wiele czasu, na które w ogóle nie jest gotowy. Dlatego popełnia kardynalne błędy, za które przyjdzie mu ponieść (zbyt) wysoką cenę i dlatego czuje się, mimo całej pompy kampanii, mocno niedopasowany. Tragiczna, iście tragiczna postać. Gosling zagrał ją po prostu normalnie. Pewnie to moja wina, ale naprawdę nie potrafiłam przeskoczyć swoich oczekiwań wobec niego po Drivie i zupełnie nie mogłam się zresztą z Drive’a podczas oglądania Id marcowych otrząsnąć. Wskutek tego na Myersa patrzyłam tymi samymi oczami, które jak magnes przyciągał tajemniczy driver i do tej pory nie rozumiem, czym niby ta idowo-marcowa kreacja była lepsza od tamtej. Clooney, szczęśliwie, zajął się bardziej reżyserką niż aktorstwem, bo Morris, którego gra, pojawia się na ekranie zdecydowanie rzadziej niż Myers-Gosling. I tu także nic specjalnego – Myers to elegancik, godny reprezentant narodu, który ma na swoim koncie grzeszki i brudy, ale to wszystko nieważne, bo jest silny i dobrze przygotowany do politycznej walki. Clooney jak Clooney – przystojny, z klasą, uśmiechem numer 42, którym rzuca sobie pod stopy całe rzesze kobiet – pięknie, ale to już było. Role pozostałych postaci nie są zbyt znaczące, są tylko tłem i niezbyt nawet zajmującym odniesieniem do gier Myersa i Morrisa, tak więc zarówno Wood, jak i Seymour nie mieli szans rozwinąć swoich aktorskich skrzydeł.

Gdzieś czytałam, że scenariusz tego, opartego na sztuce teatralnej, filmu przeleżał w szufladzie Clooneya kilka lat. Najpierw zapożyczył historię od autora dramatu, który sam pono był takim specem od PR jak Myers i opowieść oparł o własne doświadczenia. A potem, gdy zdjęcia miały ruszyć, wygrał Obama – historia w minorowym nastroju nie pasowała do szału zwycięstwa i oczekiwanych rewolucyjnych zmian. Teraz, gdy Obama staje się – jako kolejny prezydent, który narobił więcej bałaganu niż porządku – mniej lubiany i coraz bardziej krytykowany, atmosfera zdawała się być zdecydowanie dla filmu pomyślniejsza. Jest więc historia, ale co z tego właściwie wynika? Nic nowego, nic, czego byśmy już nie widzieli w wielu, często o wiele lepszych odsłonach.

Czy polecam? I tak, i nie. Jeśli się zdecydujecie, zobaczycie to, czego można oczekiwać po dramacie politycznym: gierek, intryg oraz smaku porażki i zwycięstwa jednocześnie, w różnych wymiarach. Jeśli zaś odpuścicie, nie stracicie zbyt wiele. Tym bardziej, że Idy marcowe nominowane są do Oscara tylko w jednej kategorii – za pożyczoną opowieść.
 

Źródło zdj.: thedailyrotation.com

 

6 myśli nt. „Idy marcowe

  1. Na początku miałam pewne opory względem tego filmu. Myślałam polityczny to będzie nudny pokazujący polityków z tej ,,szlachetnej strony” itd. Ku mojemu zdziwieniu okazał się bardzo dobry. Pokazane jest tu jak z pozoru szlachetny ułożony polityk może upaść i zawierać różne układy żeby uratować swój tyłek a swoich wyborców ma gdzieś. Myślę że w obliczu dzisiejszego przekłamania świata ten film pokazuje szczerą prawdę. Oto jak człowiek który wierzy w jakieś ideały i dąży to ich spełnienia pod wpływem swoich złych decyzji traci je i staje się kolejną osobą na której ważne jest tylko własne ja. Zaciekawiło mnie również sam koniec filmu który jest niejednoznaczny i każdy może domyśleć się lub dopowiedzieć co mogło by się stać

  2. Zgoda, film może arcydziełem nie jest, ale przy wyborze takiego tematu arcydziełem być raczej nie może. Nie zachwyca, bo tu nie ma czym się zachwycać. Ale zdecydowanie nie rozczarowuje. Myślę, że dobrze jest raz na jakiś czas obejrzeć film tego typu, przypomnieć sobie gdzie żyjemy, jak inni nami manipulują. Film niby o Ameryce opowiadający, łatwo można przenieść na nasze realia. Każdy świadomy obywatel powinien sobie zdawać sprawę, że kampania wyborcza to tylko narzędzie do osiągnięcia celu, które nie mówi nic o moralności osób w nią zaangażowanych.
    Jeśli chodzi o aktorów, to dla mnie Clooney nie jest tu jakoś mocno zauważalny. Ot, taka sobie rólka, nic specjalnego. Na temat Goslinga natomiast mogę być mało obiektywna, bo gościa uwielbiam ;) i pewnie też niejeden mógłby się przyczepić, że gra wszędzie podobnie, to jednak jego twarz, pozornie nie wyrażająca nic, mnie jednak najbardziej porusza, bo widać w niej wszystkie tkwiące w nim emocje.
    [SPOJLER]
    Tak jak w końcówce filmu, gdy wiemy, że ostatecznie wygrał, ma to, czego chciał, to zbliżenie na jego twarz mówi wszystko. No…mnie przynajmniej powiedziało :)

  3. Anonimowy, może i tak, ale ten uśmiech…:) A poważnie mówiąc, to rzeczywiście szkoda by było, gdyby znów wygrał (choć wielkiej konkurencji, niestety, nie ma), bo jest wielu aktorów, którzy powinni być już docenieni przez Akademię, a nawet nominacji nie dostają (vide Leo czy Will:()

  4. Nie sądzicie że Clooney wszędzie jest taki sam, te same miny, gesty, styl. Jego gra dramatyczna jest podobna do komediowej. I taki ktoś dostał Oskara, a Pitt, DiCaprio czy Smith zostają bez statuetki, notorycznie pomijani. Jak teraz wygra Clooney to nie wiem czym szanowna akademia się kieruje ani co docenia poza ograną polityką.

  5. Byłem wczoraj na tym filmie, i tak jak w recenzji Klapserki niczym szczególnym mnie nie zachwycił. Taki zwykły szczery film o polityce. Szkoda bo nastawiłem się bardzo pozytywnie ze względu na nazwiska, żadne nie okazało się wielkie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.