Jak polskie kino wywinęło Orła, czyli gala PNF 2014

orły 2013

Miało mnie tu nie być. Miało mnie tu nie być z tą rzeczą właśnie, bo polskie nagrody filmowe ani mnie przejmują, ani interesują, a kontakt z Orłami ogranicza się zwykle do rzutu okiem na występ Maćka Stuhra i pobieżne przejrzenie jasnych jak słońce od miesięcy wyników. Ale jestem. Jestem, bo to, co zobaczyłam, świadomie włączając retransmisję gali rozdania nagród, przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. W życiu nie widziałam tak żenującego przedstawienia, a powstała w ten sposób gorycz musiała być wylana. Na was, na co – jak wiem – czekacie z niecierpliwością. No to macie. Orły 2013 – relacja nie z tej ziemi.
 
Pamiętacie jak zaczęłam relację z tegorocznej gali Oscarów? Kto nie pamięta, niech sobie zajrzy. Już? Ok. Więc chciałabym rozpocząć tu w ten sam sposób, bo to właśnie nazwisko prowadzącego od lat elektryzowało mnie w Orłach najbardziej. Maciek Stuhr to szalenie błyskotliwy facet, którego można śmiało posądzać o posiadanie w głębokim poważaniu wszelkich ram i scenariuszy, w jakie należy wejść przy tego typu wydarzeniach. Jego otwarcia oficjalnych części gali przez lata były majstersztykiem – Stuhr z kabaretowym zacięciem, ale i olbrzymim taktem sarkastycznie odnosił się do aktualnych wydarzeń kulturalnych i towarzyskich, bawiąc zawsze do łez. Tamtego Stuhra już nie ma. Nowym Stuhrem nigdy nie zacznę żadnej relacji.

 

roz6361044

zdj. film.interia.pl

Prowadzących było dwoje. Scenarzyści imprezy wpadli na pomysł, by obok Stuhra postawić kogoś, kto będzie nie tylko dobrze wyglądał, ale i reprezentował sobą coś więcej niż celebryckość. Padło na Joannę Kulig, co samo w sobie głupie być nie mogło, bo to zdolna dziewczyna. Problem w tym, że na tym dobre pomysły się skończyły. Zbudowanie całej oprawy w oparciu o ideę „Stuhr będzie gadał, a Joasia postoi obok, pouśmiecha się i poczaruje swoimi obfitymi wdziękami” i zaznaczanie na każdym kroku, że to był świadomy, w dodatku taaaki śmieeeszny zabieg, było naprawdę żenujące. Okrutnie szkoda Kulig, bo jakkolwiek zupełnie nie o to im chodziło, właśnie tak wyszło – bardzo dobra młoda aktorka wypadła przy dwojącym się i trojącym Stuhrze jak hostessa. Nieodzywająca się przez całą galę, przebierająca łaszki i prezentująca na zakończenie śpiewające „dobranoc” (wtf?!) słodka idiotka. I nic tego nie zmieni.

 

Poziom żartów prowadzącego był tak niski, że nawet przy kretyńskich wygłupach Borata uśmiechnęlibyście się częściej i naturalniej niż tu. Palce mi drżą, gdy to piszę, bo serce swoje, a głowa krzyczy, że przecież to Stuhr, że on by nie dał sobie nic wcisnąć, że to nie jest facet, który recytuje głupoty, które ktoś mu napisze, że musiał to zaakceptować, że – o, Boże – możliwe, że to wyszło od niego… Dwie czy trzy klasyczne stuhrowe zagrywki (wyśmienite zresztą) zostały rozerwane na strzępy i zdeptane przez szereg niefortunnych gagów, z żartami z umierania w roli głównej. Kto normalny żartuje ze śmierci?! Fakap jak stąd do morza.

 

Fatalny występ prowadzącego okazał się jednak tylko wstępem do szeregu innych wpadek. Jedną z pierwszych popełnił Prezydent Polskiej Akademii Filmowej, wręczający zasłużonym senatorom Akademii świeżutkie odznaki – szarpał przy tym niemiłosiernie marynarki panów, odwracał się do nich plecami i prawie deptał, a Danucie Szaflarskiej niemalże wydłubał oko, próbując nałożyć na jej głowę koronę. Nie mówiąc już o odjechanym pomyśle odśpiewania świętującej kilka dni temu aktorce urodziny „sto lat”. Szczególnie, że Szaflarska właśnie skończyła 99 wiosnę. Nie mam pytań.

 

1ac05e02382eddc2eb167772551c65fe

Świetnie spisała się też reżyserka, instruująca operatorów, by podczas ogłaszania werdyktów kamera była skierowana od razu na zwycięzcę. Nikt zresztą specjalnie się nie krygował – jasne było, że wszyscy wiedzą, kto co wygra. Raz nawet wyczytano nazwisko zwycięzcy zanim została otwarta koperta. A autor najlepszego filmu (Pawlikowski) nie został nawet wyczytany, tylko przywołany lekceważącym gestem na scenę, mimo totalnie skonsternowanego sytuacją innego nominowanego, Pieprzycę. Kosmos.

 

Dobre wystąpienia można by zliczyć na palcach jednej ręki. Pomijając już techniczną wpadkę z mikrofonem, który ustawiał chyba jakiś knyp – wszyscy niemal musieli zginać się w pół, by coś do niego powiedzieć i przez cały wieczór nikt (nikt!) tego nie poprawił. Nikt też z wręczających nagrody poza wdzięczną jak zawsze Kożuchowską, Preis i Gąsiorowską (dwie ostatnie popisały się, ale średnio mądrymi refleksjami) nie powiedział nic od siebie, od razu zabierając się za łamanie pieczęci na kopertach, ewentualnie chwiejąc się i rzucając ironiczne spojrzenia na boki (Herman). Z drugiej strony zaś jedyny Jakubik (nagroda za drugoplanową rolę w Chce się żyć) pokazał, że można na tej scenie powiedzieć coś sensownego i jeszcze fajnie zażartować. Całkiem nieźle wypadł też Jacek Hamela, odbierający nagrodę za najlepszy dźwięk w imieniu twórców Imagine. Oburzający był natomiast brak najmniejszej wzmianki o Przemku Chrzanowskim, pierwowzorze Mateusza z Chce się żyć. Ani grama podziękowania zarówno ze strony Pieprzycy, jak i Ogrodnika, słusznie zdobywającego Orła za najlepszą pierwszoplanową rolę męską. Wspaniały poziom, niech ich. Ich i całą zresztą publiczność, bo szanowni koledzy i koleżanki z widowni przez całą uroczystość siedzieli obrażeni na cały świat, że nic nie dostali i jeszcze muszą klaskać i udawać radość z czyjegoś sukcesu. Polska.

 

orly_2014_pap_600

zdj. film.onet.pl

Same nagrody okazały się – jak to z tymi nagrodami wszędzie bywa – okrutnie przewidywalne. Największym przegranym został najlepszy film roku – Imagine, którego świeżości i nowatorstwa mądrzy członkowie PAF-u (Polskiej Akademii Filmowej) nie są jeszcze w stanie pojąć; najlepszymi kreacjami aktorskimi zostały, cóż, najlepsze kreacje aktorskie (choć Orzeł dla Nehrebeckiej był jednak nieco niefortunny, nominacja należała się o wiele bardziej mamie filmowego Mateusza, Dorocie Kolak); nagrodę publiczności zgarnął film, który nie mógł nie podbić serc (Chce się żyć); Orzeł za najlepszą muzykę, jasna sprawa, nie powędrował do faceta, który obok Abla Korzeniowskiego jest najbardziej znanym na świecie i utalentowanym współczesnym polskim kompozytorem – Bartosza Chajdeckiego (aha, no tak, przecież on nawet nie dostał nominacji…); Odkryciem Roku został, nie wiedzieć czemu, Bodo Kox, obecny na polskim rynku filmowym już od wielu, wielu lat; a nagrodę główną zdobył film, którego głupio nie nagrodzić, skoro robi to cała zagranica. I tak najfajniejszą była kategoria najlepszy film europejski, gdzie nominacje wybrano na chybił trafił, a zwycięstwo Sugar Mana (film, żeby nie było, fantastyczny), o którym na świecie było głośno milion lat temu, było jednak bardziej zabawne niż zasłużone.

 

Ta gala pokazała, co w polskim kinie kuleje najbardziej. Nie montaż, nie zdjęcia, nawet nie słynny polski dźwięk, bo Jakimowski z ekipą (Imagine) dobitnie pokazał, że jak się chce, to się da, a scenariusz. Dobry scenariusz. A wystarczyło mądrze skorzystać z pomysłów fantastycznie przygotowanych w tym roku PR-owców oscarowych, no choćby ściągnąć ideę selfie, która pewnie w polskiej rzeczywistości wypadłaby dość sztywno, ale przynajmniej na chwilę rozruszałaby towarzystwo i zażenowaną publikę przed telewizorami. Dużo, oj, dużo nauki jeszcze nas w tym temacie czeka.

 

Doprawdy, nie wiedziałam, gdzie się podziać, gdy to oglądałam. Pierwszy raz w życiu byłam wdzięczna Telewizji Polskiej, że oszczędziła transmisji na żywo. Im mniej osób to widziało, tym lepiej.

 

A na deser kreacja wręczającej główną nagrodę (za najlepszy film) Tamary Arciuch. Wyobrażacie sobie, żeby ktoś na Oscarach włożył na siebie coś takiego? Nawet Kelly Osbourne i Lady Gaga byłyby skonsternowane…

 

tamara-arciuch-192243_w654

zdj. ofemin.pl

Źródło zdj.: pwc.pl

 

8 myśli nt. „Jak polskie kino wywinęło Orła, czyli gala PNF 2014

  1. Już myślałam, że tylko ja oglądając to czułam jedno wielkie zażenowanie i niedowierzanie. Wręczanie odznak przez prezesa Polskiej Akademii Filmowej wyglądało jak kiepska, zupełnie nieprzygotowana, improwizowana próba, trudno mi uwierzyć, że oni tak na poważnie?! Pan prezes zupełnie nieprofesjonalny, wręczanie korony p. Szaflarskiej wcale nie odebrałam jako oznakę niebywałego szacunku, czy docenienia, tylko jako coś.. hm.. dziecinnego? A jak zaproponował zaśpiewanie sto lat to myślałam, że się udławię… Już pomijając wiek aktorki to ten pomysł (i wykonanie) było takie.. przaśne, okropne. A „żart” ze śmiercią tego chłopaka? Do tej pory nie wiem o co chodziło, jaki był cel? Naprawdę dużo bardziej wolę nudne, niezaskakujące Orły, niż te tegoroczne.. „Twórcy” Orłów silą się na zabawę, poczucie humoru, a wychodzi żenada. Polscy filmowcy są świetni w dramatach, a okropni w komediach, może tego się trzymajmy… Jasne, bardzo trudno zrobić spontaniczną, śmieszną, luźną galę, bo ile razy na Oscarach to się zdarzało. Więc może odpuśćmy sobie :) ale niestety mam wrażenie, że za rok zamiast wysunąć jakieś wnioski, będzie tylko gorzej…

  2. Samej ceremonii co prawda nie widziałem ale z tego co piszesz to niewiele straciłem. Pozwolę sobie tylko nawiązać do przedmówców, że Torbicka może nie potrafi porwać dobrym żartem ale ile ta kobieta nadaje klasy wszelkim wystąpieniom!!!! Natomiast co do samych nagród, które śledzę zawsze to jednak zgadzam się z Jurorami. Ida czy Chce się żyć były zwyczajnie najlepsze. Jakimowski musi uzbroić się w cierpliwość i jeśli jego kolejny film będzie lepszy od Imagine to na Orła sobie pewnie zasłuży, chyba, że konkurencja będzie silna.

  3. Żartujesz z tą Szaflarską! :O nie no, żenada. I to w Polsce się narzeka na to jakie oscary są nudne, drętwe i w ogóle zuuuue. Jak dobrze, że tę galę też przegapiłem, zaś co do nagród to oczywiście żal , że Imagine dostały sie takie ochłapy jak najlepszy dźwięk. No ale Idzie nikt nie mógł zagrozić, skoro ma za sobą już triumfalny podchód na światowych festiwalach. Anyway, świetny i ważny tekst, dobra robota.

  4. Przyznaję, że poziom tej gali był wyjątkowo żenujący, ale nie do końca zgadzam się z Twoją opinią. Całe szczęście, że nie wykorzystano motywu „selfie” z Oscarów na Orłach, bo nie dość, że wypadłoby to sztucznie (o czym nie omieszkałaś wspomnieć), to na dodatek byłoby odtwórcze (już sam monolog Stuhra na powitanie był kalką słów duetu Poehler&Fey ze Złotych Globów). Jeśli chodzi o Kulig, to moim zdaniem jako jedyna odegrała swą rolę idealnie – ona właśnie miała być „słodką idiotką” i jak widać, udało jej się to. Jeśli chodzi o same nagrody, to, owszem, były przewidywalne, ale trafiły w ręce twórców trzech najlepszych polskich filmów tego roku. „Imagine” było znakomite, ale według mnie „Ida”, „Papusza” i „Chce się żyć” były po prostu lepsze. Jestem bardzo zadowolony z werdyktu. Rzeczywiście, najlepsza przemowa należała do Jakubika, który jest naprawdę spoko gościem.

    Tę galę przegrał przede wszystkim Maciek Stuhr, który zachowywał się jak swój tani i kiczowaty klon. Do teraz nie wierzę w to co widziałem na ekranie i zastanawiam się, dlaczego. Już 100 razy bardziej wolałbym nudną Torbicką, która jako prowadząca nadałaby tej gali chociaż minimum klasy.

    • Zgoda z Torbicką. Ilekroć widziałam ją na widowni, tęskniłam za jej klasą.

      W kwestii filmów to już subiektywna sprawa. Mnie „Papusza” zawiodła, „Ida” nie zachwyciła fabularnie, „Imagine” natomiast do dziś tkwi mi w głowie, a Jakimowski wciąż zdumiewa tym pomysłem. Ale werdykty zrozumiałe. Dobrze, że nie wygrał „Wałęsa”;)

      • Co do werdyktów, to zastanawiam się jak to jest możliwe, że obok takich filmów jak choćby Imagine znalazły o kiepskiej jako takiej wartości nominowane do Orłów Ambassada czy Syberiada Polska. Kto miał z tymi filmami do czynienia ten z pewnością wie, że ich poziom był dosyć zawstydzający Ja się poczułam obrażona ich nominacją bez względu na jej kategorię.

  5. Ale pocisnęłaś po tych Orłach! To wszystko napisane jest tak świetnie, że mimo ciężkiego dnia, na mojej twarzy pojawił się duuuży uśmiech. I jeszcze ta Arciuch, jeszcze, że w „M jak miłość” chodzi jakaś połamana, to jeszcze odstrasza swoim wyglądem na ważnej ceremonii wręczając najważniejszą nagrodę – no lepiej być nie mogło. Gali nie oglądałem, więc ciężko mi cokolwiek powiedzieć odnośnie samego przebiegu ceremonii. Jednak co do werdyktu Akademii. „Imagine” powinno zgarnąć wszystko – jest to zdecydowanie najlepszy polski film roku, który pokochałem w kinie od pierwszych minut i kocham do teraz. Nagrody dla aktorów rozdałbym podobnie, jedynie nagroda za rolę drugoplanową kobiecą znacznie bardziej należała się Marcie Nieradkiewicz, która w „Płynących wieżowcach” była bezbłędna. Nie mogę przeboleć triumfu „Papuszy” i „Idy”, które choć faktycznie są dobrymi filmami, na zwycięstwo zasługiwało zdecydowanie „Imagine” i jedna statuetka dla obrazu Jakimowskiego jest zdecydowanie największą tegoroczną wtopą tych nagród. Tyle ode mnie. Pozdrawiam serdecznie :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.