Jak polskie kino wywinęło Orła, czyli gala PNF 2016

a04203d3cd23366c5fc74541a20fa004

Polskie kino się zmienia. Rodzima kinematografia dynamicznie się rozwija, proponując nam coraz nowe realizacje, które zachwycają pomysłem na siebie i formą podania, czasem tak bardzo, że doceniają je (nawet bardziej niż my sami) zagraniczne gremia. Polska Akademia Filmowa stara się podążać za tymi zmianami, choć z różnym skutkiem. Tegoroczna gala rozdania Orłów miała być jedną z tych lepszych prób. Wyszło różnie, choć ostatecznie to, co najważniejsze – czyli nagrody – trafiły dokładnie tam, gdzie trafić powinny, co jest zawsze najlepszą i najcenniejszą rzeczą w tego typu imprezach.

 

Ale choć istotnie ważne jest to, co zostaje, podczas samej ceremonii kluczowe okazuje się co innego – jej organizacja. A ta od lat pozostawia wiele do życzenia, sprawiając wrażenie, że reżyseria tego spektaklu jest przypadkowa, a w realizacyjnym chaosie odnajdują się wyłącznie operatorzy kamer i reżyser obrazu, bezbłędnie wyławiający, gdy trzeba, laureatów na sali. Oczywiście, nikt od nikogo nie wymaga organizacji na miarę Oscarów – w końcu budżet na tę imprezę liczy się w dziesiątkach milionów, chodzi raczej o wyciąganie wniosków z poprzednich ceremonii, odrabianie lekcji, wreszcie – naprawianie błędów, które rokrocznie się powtarzają. O ile jeszcze można organizatorom wybaczyć takie drobiazgi jak nieruchome mikrofony na podium, które są poważnym utrudnieniem dla wyższych prezenterów i laureatów (zmuszają ich do bardzo nieestetycznego garbienia się przed kamerą), o tyle brak odpowiedniej liczby statuetek jest już poważnym uchybieniem. Konsternującym nawet samych zwycięzców, co świetnie zilustrowały Kinga Dębska i Maria Konwicka, odbierające Orła za Aktorkę (statuetka była tylko jedna), a znakomicie obśmiał 85-letni Andrzej Szenajch, przyjmujący z Dorotą Roqueplo nagrodę za kostiumy do Hiszpanki, który na stwierdzenie swojej koleżanki, że podzielą się Orłem na pół, zripostował: ‚Nie no, może dadzo drugo” (wymowa zachowana, bo akcentowała tylko absurd sytuacji). Co ciekawe, statuetek za najlepszy film było już dwie – dla reżysera i producenta, a więc da się. Było jeszcze sporo niefortunnych rozwiązań – in memoriam, którego formuła nie miała nic wspólnego ze skupieniem (rozumiem owacje dla zmarłych, „bo ich filmy z nami zostają”, nie rozumiem tonu pełnego egzaltacji i patosu), braku krótkich choćby żartów dla prezentujących wyniki (większość po prostu podchodziła do mikrofonu i otwierała koperty, nie mówiąc od siebie ani słowa poza „dobry wieczór”) czy muzyki z tła, która może i była potrzebna, by ukryć krępującą ciszę w reakcji na żarty prowadzącego, ale która brzmiała co najmniej jak z filmu weselnego.

 

Andrzej Szenajch (85 l.), aktor i Dorota Roqueplo (55 l.), kostiumograf

Andrzej Szenajch zawstydził organizatorów nieprzygotowanych na wręczenie statuetek więcej niż jednemu laureatowi. I dobrze, niech się obudzą.

Nie ma dobrej gali bez dobrego prowadzącego – osoby, która potrafi odnaleźć się w każdej sytuacji, wybrnąć z najbardziej niefortunnej wpadki, zripostować najbardziej chytry komentarz, gdy trzeba – zachować powagę, najczęściej jednak umieć śmiać się z innych, a nade wszystko samego siebie. Ceremonie, które same w sobie są uroczyste, muszą być prowadzone przez kogoś, kto rozluźni atmosferę, skróci dystans między wielkim i szanownym gremium a widownią, słowem – przeniesie publiczność przez sztywne normy i wymogi, by gala oprócz tego, że jest uroczystością, była także imprezą. Polska Akademia Filmowa przez lata eksperymentowała w tym zakresie, stawiając to na elegancję i klasę samą w sobie (Grażyna Torbicka w roku ubiegłym), to na urokliwy, inteligentny luz (wielokrotnie Maciej Stuhr). W tym roku postawiła na nowoczesność, inwestując w młodziutkiego artystę, satyryka i scenarzystę, który miał wnieść w ducha Orłów nieco świeżości. Niestety, Michał Safin okazał się największym problemem gali. Wyuczone gagi, o których był przekonany (co było widać, bo doskonale się sam sobą bawił), że trafią na podatny grunt, nie tylko nie spotykały się z pozytywnym odzewem ze strony widowni, ale wywoływały wręcz pomruki niezadowolenia i gwizdy (serio!). Suche, żenujące żarty, negocjacje z widownią, by dobrze się bawiła, by pomóc konferansjerowi przejść przez jego debiut, nauka klaskania (serio?) i niezręczne żarty o orgazmie, które wywołały na twarzach gości olbrzymi niesmak. No nie, tak się już nie prowadzi imprez. Narzekałam dwa lata temu na Stuhra, którego poczucie humoru wprost uwielbiam, mając bardziej na myśli problem z reżyserowaniem takich ceremonii, brakiem wolności dla prowadzącego w sypaniu swoimi żartami (co aktorowi wychodzi najlepiej), ale oddałabym wszystko, by móc wczoraj słuchać właśnie jego. Zresztą, zapowiadając laureatkę Orła za najlepszą drugoplanową rolę kobiecą Stuhr udowodnił wszystkim doskonale, jak bardzo powinien być na podium obok – z całych Orłów 2016 to jego balansujące na granicy poprawności politycznej gagi przejdą do historii. I niech mu nawet reżyserują wystąpienia, on i tak wygrywa urokiem osobistym.

 

Agata Kulesza i Gabriela Muskała, filmowe córki-krowy, ubrały się na galę w jednakowe kreacje, różniące się jedynie kolorem góry i dodatkiem. Obie prezentowały się znakomicie.

Ok, dość narzekania, teraz przyjemniejsza część – komplementy. A jest ich sporo, bo w Teatrze Polskim w Warszawie padło wczoraj wiele ważnych słów, które w pewnym sensie zbliżyły naszą polską galę do mocno politycznych w tym roku Oscarów. Leitmotivem ceremonii był apel o wolność twórczą – mówił o tym prezydent PAF, Dariusz Jastrzębski, Marion Doering, prezydent Europejskiej Akademii Filmowej, która gościła na gali i wielokrotnie Małgorzata Szumowska, z której ust padły chyba najważniejsze słowa wieczoru: „Kino było zawsze i jest przestrzenią wolności”. To były bardzo silne i szczere słowa, odnoszące się nie tylko do sprawy upolitycznienia audycji Idy, o czym głośno było kilkanaście dni temu (apel o tyle sugestywny, że na widowni był obecny wiceprezes RM i minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński), ale także uwięzienia ukraińskiego reżysera Ołeha Sencowa, o którego uwolnienie apelowano ze sceny i widowni (każdy z gości uniósł w poruszającym geście solidarności kartkę z żądaniem uwolnienia Sencowa). Było w tym wspólnym apelowaniu coś niezwykłego, coś, co sprawiło, że wszyscy nagle poczuliśmy się jedną wielką rodziną, której zależy na tym, by sztuka była sztuką – wolnym, niezależnym aktem twórczym, by czasy cenzury, wydawałoby się bezpowrotne, nigdy już nie wróciły. Czuć było w tym szczerość i też trochę odwagę, bo jednak finansowane przez państwo instytucje wspierające, a nierzadko powołujące w ogóle do życia polskie filmy i polskich twórców a dosadny manifest wolności twórczej niekoniecznie idą w parze.

 

Pogromczynie Orłów: Kinga Dębska, Agnieszka Smoczyńska, Małgorzata Szumowska i – na dokładkę – Maja Ostaszewska z obłędnym dekoltem zachwycającej kreacji i przepiękną fryzurą.

Jeszcze werdykty. Piękne i właściwie jedyne słuszne (ok, może z wyjątkiem wygranej Prokuratora w przedziwnie nazwanej kategorii filmowy serial fabularny), choć zapadły w kategoriach, które w tym roku zasilały prawdziwe talenty i wielkie prace. To zawsze miłe mieć świadomość, że kto by nie wygrał, będzie dobrze i sprawiedliwie i że jednak w tym gronie jest ktoś, kto zwyczajnie wzniósł się na wyżyny swoich możliwości. Tak było na pewno w przypadku Mai Ostaszewskiej i Janusza Gajosa, laureatów nagród aktorskich za role w Body/Ciało, tak było też zapewne w przypadku kolejnego duetu z jednego planu filmowego – Wojciecha Pszoniaka i Anny Dymnej, grających w Excentrykach, czyli po słonecznej stronie ulicy (filmu nie widziałam, ale o rolach powyższych słyszałam same dobre rzeczy). Nie było też wątpliwości, że główne nagrody (za reżyserię i film) zgarnie Małgorzata Szumowska, jej Body/Ciało zrobiło furorę zarówno w polskich, jak i zagranicznych kinach, objeżdżając festiwale i zyskując gros pozytywnych recenzji. Co ciekawe (albo raczej super i fajne, bo to dwa słowa, których reżyserka używa w co drugim zdaniu), reżyserka wydawała się naprawdę podekscytowana i nieco zaskoczona werdyktem, choć przecież nie było innej opcji. Całe Orły to – i to chyba w tym wszystkim najpiękniejsze – wielki triumf kobiecego kina, udowadniający, że polskie reżyserki nie tylko istnieją, tworzą, ale i są w znakomitej formie. Ze statuetkami do domu wróciły Agnieszka Smoczyńska (za Córki dancingu – odkrycie roku), Kinga Dębska (trzy nagrody, dwie za Moje córki krowy – scenariusz i nagroda publiczności, oraz za Aktorkę) i wreszcie Małgorzata Szumowska za Body/Ciało. Pięknie. Jaki kraj, taka różnorodność? Hollywood może nam tylko pozazdrościć.

 

Źródło zdj.: film.onet.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.