Kino końca, czyli filmy o końcu świata

zdj.: johnkennethmuir.wordpress.com
To się będę śmiał, gdy nie zdążą ze zniszczeniem
świata przed jego końcem.
Stanisław Jerzy Lec

 

Tematyka końca świata elektryzuje ludzi od zarania dziejów. Niepokojące interpretacje biblijnych wersetów, zatrważające odkrycia naukowców, szokujące przepowiednie jasnowidzów i wróżbitów, wreszcie zdroworozsądkowe oceny samozagłady ludzkości – wszystko to uderza w jeden z największych lęków człowieka: lęk o koniec, nad którym nie ma kontroli. Koniec, ale nie śmierć, bo apokaliptyczne wizje wielokrotnie częściej niż o śmierci, mówią o życiu. Jest to jednak życie tak jałowe, tak straszne i tak samotne, że jego perspektywa przeraża jeszcze bardziej niż widmo zagłady i śmierci. Czy to oznacza, że przeżyć (doświadczyć i/lub przetrwać) koniec świata to wyzwanie?
 
Kino nie daje na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi, choć padało ono i pada w nim nieustannie. Bo koniec świata to bardzo wdzięczny materiał na fabułę i wielkie widowisko. Filmowcy wielokrotnie stawiali sobie za cel dać obraz ludzkim wyobrażeniom o dniu zagłady. Wyprawy kosmiczne, nowoczesne technologie, brygady naukowców, spotkania z przybyszami z innych planet, śmiertelne wirusy – to tylko niektóre elementy fabularne, mające wstrząsnąć, zachwycić, przerazić, słowem, zrobić wrażenie na przerażonych widzach. Przerażonych, ale i szczęśliwych, że są bezpieczni, że to tylko fikcja, że w rzeczywistości końca świata nie ma i nie będzie. Przynajmniej za ich życia.

 

Filmy o końcu świata układają się w bardzo konkretne grupy, powiązane nie tylko formą prezentowania końca, ale przede wszystkim sposobem ujęcia tematu i – pośrednio – przyczyną zagłady. Najczęstszą propozycją kina końca są filmy katastroficzne – pełne efektów specjalnych, przerażonych tłumów i wielkodusznych jednostek, które ratują świat przed ostatecznym zniszczeniem. Nie są to arcydzieła. Nierealność treści, nastawienie na widowiskowość, płytkość pojedynczych wątków i dialogów, wreszcie  usilna dążność do ocalenia, motywowana strachem przed pokazaniem prawdziwego końca nieraz niszczą przekaz i nie pozostawiają po sobie w pamięci ani śladu.Ta nadzieja przetrwania jest głównym tematem także filmów kwalifikowanych roboczo do kolejnej kategorii. W filmach apokaliptycznych na próżno szukać końca świata. Koniec świata już tu był, zrobił swoje i pozostawił ziemski padół w stanie wyniszczenia. Pojedyncze jednostki, którym udało się przeżyć, wyruszają w wędrówkę po kraju w poszukiwaniu żywności, paliwa, kawałka dachu nad głową, przede wszystkim zaś nadziei na lepsze jutro. Świat po końcu jest tu niezwykle przygnębiający, szary, jałowy, pusty i cichy, przerywany jedynie odgłosami walki – ale częściej na śmierć niż życie. Ludzkość po apokalipsie nie prezentuje się bowiem najlepiej – podział na lepszych i gorszych, bogatszych i biedniejszych zastąpiony został przez siłę i słabość. Reprezentanci pierwszej cnoty grabią, gwałcą i zabijają, przedstawiciele drugiej – umierają z ręki tych pierwszych lub ostatkiem sił uciekają, z przerażeniem odkrywając, że aby pokonać silnych, trzeba się nimi stać.

 

Końca świata – paradoksalnie – nie ma też w filmach epidemiologicznych. Jest tu raczej jego widmo i to widmo wzięte w duży cudzysłów. Bo kto powiedział, że gdy zginie ludzkość, zginie też świat? Te i wiele innych filmów końca udowadniają przecież, że człowiek – w obliczu natury, kosmosu, losu, Boga – jest tylko małym, bezbronnym atomem, pionkiem, poruszanym przez wielkie, nieobliczalne siły. Epidemia, jako główny bohater filmów tej kategorii, nie wybiera – atakuje wszystkich, którzy wpadną jej w ręce, czyniąc o wiele większe szkody niż… śmierć. Śmiertelne wirusy, a właściwie obawa przed nimi, cierpieniem i długą, bolesną śmiercią, wyciągają z ludzi ich najgorsze, zwierzęce cechy. W takim stopniu, że niejednokrotnie zabijają siebie nawzajem szybciej niż zrobi to choroba.
 
Kino końca prezentuje też – rzadko i ostrożnie, ale niezwykle celnie – filmy, w których koniec świata nie jest ani katastrofą, ani apokalipsą, ani okrutną śmiercią spowodowaną zakażeniem. To koniec sensu stricto, ukazany w skali mikro, jednostkowo i bardzo indywidualnie. Czasem to prywatna (samo)zagłada, czasem koniec pewnej drogi, marzeń, celów, przypieczętowanych – niby przy okazji – zniszczeniem całego świata. Tak jakby nasz koniec był końcem wszystkiego. Umieramy my, więc umiera też świat. Jakie to proste.
 
Podobnie jak w przypadku filmów o nauczycielach, poniższe zestawienie nie jest żadnym rankingiem ani pełną listą filmów o końcu świata. Sama tematyka może być przecież postrzegana w rozmaity sposób, oglądana z różnych perspektyw i rozumiana bardzo wieloznacznie. Nie tłumaczę się więc z braków, choć nieobecność takich filmów jak Wojna światów, Mgła, I stanie się koniec czy 28 dni później może zdumiewać. Zachowana została chronologia, ale pod względem jakości poniższe filmy  różnią się diametralnie. Jedne są bardzo kiepskie, inne znośne, zaledwie kilka całkiem do rzeczy – i to te właśnie są moją propozycją na ten dzisiejszy, majowy koniec świata:) Jeśli nie zdążycie po nie sięgnąć przed końcem świata, nie martwcie się – na pewno będą następne…

 

FILMY KATASTROFICZNE

 

Armageddon (1998)

 

zdj.: lylesmoviefiles.com

zdj.: lylesmoviefiles.com

Klasyka gatunku. Ekipa specjalistów od odwiertów, niemających większego pojęcia o kosmosie, wyrusza w wyprawę, która ma na celu uchronienie świata przed zagładą. Z Brucem Willisem na czele. Świetnie napisana, trzymająca w napięciu, oferująca widzowi wielkie emocje, fikcyjna historia o tym, ile warte jest dla świata poświęcenie jednostki. Must see.

 

Dzień zagłady (1998)

 

zdj.: kickass.to

zdj.: kickass.to

Dziwny to film. Dobry i zły jednocześnie, mający potencjał i zarazem kiepsko zrealizowany, nie poprowadzony tymi drogami, które były dla niego najlepsze. Jest tu wszystko właściwie, co spotykamy w kolejnych filmach katastroficznych: jakaś asteroida, wyprawa w celu jej zniszczenia (która – w odróżnieniu od Armageddonu choćby odbywa się jednak trochę w tle innych wydarzeń), polityczne decyzje, panika ludzkości, organizacja schronów, zaproszenia dla wybranych, przypadkowa sprawa dziennikarska i całkiem zwyczajne, ludzkie dramaty (matka) i uczucia (młodzi). W przerażającej większości źle zagrany, chcący pokazać zbyt wiele jednocześnie, rozmieniający się na drobne film, z którego przy odrobinie strategii można było stworzyć coś lepszego.

 

Jądro Ziemi (2003)

 

zdj.: vodlymovies.com

zdj.: vodlymovies.com

Fabularnie Jądro Ziemi niewiele różni się od Armageddonu. I tu jest wyprawa (tym razem dół, nie zaś górę); i tu mamy grupę specjalistów (trochę jednak bardziej doświadczonych w kosmicznych sprawach niż ekipa Bruce’a), którzy muszą zmierzyć się z ogromnym niebezpieczeństwem i depczącym im po piętach czasie, pozostałym do zagłady;  i tu wreszcie udowadnia się, że człowiek nie do końca jest tylko owym atomem, którego działanie w gruncie rzeczy nic nie znaczy. Wtórnie i – mimo dobrej obsady (Swank, Eckhart, Tucci) – dość płasko i bezpłciowo.

 

Pojutrze (2004)

 

zdj.: thehyperioneffect.com

zdj.: thehyperioneffect.com

To pierwszy z serii spektakularnych widowisk o końcu świata. Film zrobiony z rozmachem, szafujący na prawo i lewo efektami, a przy tym zachowujący resztki przyzwoitości i serwujący przy okazji fantastycznych zdjęć jeszcze kawałek interesującej fabuły. Może i naciąganej, może i nieprawdopodobnej, ale wciągającej i dobrze podanej. Must see.

 

Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia (2008)

 

zdj.: aceshowbiz.com

zdj.: aceshowbiz.com

A gdyby się okazało, że o naszym być albo nie być decydują mieszkańcy innej… planety? W dodatku mocno trącnięci na punkcie ochrony środowiska, gotowi ocalić jedynie członków grinpisa? Właśnie o tym traktuje ten kiepski, nieprawdopodobny i niczym do siebie niezachęcający film. Keanu-kamienna-twarz-Reaves chce zgładzić ludzkość, bo ta nie dba o dobro, które zostało jej powierzone. Oczywiście, bardzo się myli (ooo-czy-wiście), o czym usilnie i jakże mało przekonująco próbuje go przekonać Jennifer Connelly. Nic, o czym chcielibyśmy wiedzieć.

 

Trzy dni (2008)

 

zdj.: cultreviews.com

zdj.: cultreviews.com

Tytułowe trzy dni to czas, jaki pozostał mieszkańcom Ziemi do końca świata. Naturalne – i niezwykle ciekawe do podglądania – reakcje ludzi zostają jednak przysłonięte irracjonalną historią patologicznej rodziny, która spotyka na swojej drodze ku końcu jeszcze większą patologię w ludzkiej postaci. Ludzie ludziom zgotowali ten los? Glosa do apokalipsy?

 

Zapowiedź (2009)

 

zdj.: johnkennethmuir.wordpress.com

zdj.: johnkennethmuir.wordpress.com

To naprawdę dobry film… byłby. Sam pomysł wprowadzenia nawiedzonego dziecka, spisującego zaszyfrowaną wiadomość dla przyszłych pokoleń, cyfry zwiastujące katastrofy i śmierć, kapsuła czasu, ogarnięty naukowiec (mimo że o twarzy Cage’a), połapanie się w całym tym bałaganie, próba ucieczki przed zagładą – wszystko to było naprawdę niezłym pomysłem na film. Zwieńczone faktycznym finałem prezentowałoby rasowy film o końcu świata i pierwszorzędną propozycję w tym temacie. Gdyby nie szepty, ludzie z mroku i metafora raju. Za dużo i za bardzo. Tak się kończy silenie się na przesłanie, które nikomu nie jest już dziś potrzebne. Szkoda.

 

2012 (2009)

 

zdj.: fanpop.com

zdj.: fanpop.com

Najświeższy twór katastroficzny katastrofą nie jest tylko z uwagi na wspaniałe efekty specjalne, a konkretnie: talent ekipy technicznej pracującej nad filmem, która potrafiła ustawić odpowiednio makiety, a później pobawić się nimi w komputerze. Mimo wielkich zapowiedzi, film nie reprezentuje sobą zupełnie nic. Historia spod znaku „omc” (o mało co) prowadzi do trywialnego zakończenia, a poniesione straty nie martwią zupełnie nikogo. Banał.

 

FILMY APOKALIPTYCZNE

 

Jestem legendą (2007)

 

zdj.: deviantart.com

zdj.: deviantart.com

Porzucone samochody, powybijane szyby, ograbione sklepy, zniszczone budynki, niknąca zieleń. Pustka. I cisza, jak makiem zasiał. A to przecież metropolia. I to taka, w której żyje legenda – mężczyzna, który w niewyjaśniony sposób został ocalony, którego nie dosięgnął śmiertelny wirus i który nie stał się – jak inni – żywym trupem. Więcej nawet: żyje i chce dać żyć innym – opracowując szczepionkę przeciwko złośliwemu wirusowi wierzy, że są inni ocaleni i że apokalipsa, która wyziera zza okien nie jest jedynym jutrem, na jakie stać świat. Cudowny Will Smith i poruszająca historia (dla fanów polecam alternatywne zakończenie w wydaniu dvd). Must must must see.

 

Droga (2009)

 

zdj.: warrelics.eu

zdj.: warrelics.eu

Droga to nie tylko wędrówka za życiem. To przede wszystkim wyprawa ojca, której treścią jest jego syn, a największym wyzwaniem nie walka o przetrwanie czy próba ocalenia w ogniu grabieży i mordów, a własne ojcostwo. To redefiniowanie siebie jako człowieka i weryfikowanie dotychczasowych przekonań w konfrontacji z młodym, chłonnym, ciekawym świata i bardzo jeszcze naiwnym umysłem. Droga, którą przechodzi fantastycznie zagrany przez Viggo Mortensena ojciec wraz z synem pełna jest zasadzek. I choć to, co ich spotyka intryguje, zdumiewa, przeraża, (tylko) czasem cieszy, to prawdziwą treścią filmu są dialogi między bohaterami, dialogi mówiące o człowieku i jego największej potrzebie. Must see.

 

Księga ocalenia (2010)

 

zdj.: abortionsforall.wordpress.com

zdj.: abortionsforall.wordpress.com

Ten film może wydać się odrealniony, zbyt dogmatyczny, nudny, pozbawiony większej treści. I choć rzeczywiście forma Księgi ocalenia może nieco drażnić, a historia dłużyć się, metaforyka filmu rekompensuje te niedogodności. Finalne przesłanie jest nie tylko spójne, ale – wreszcie – przekonujące i… pokrzepiające. W zdrowy, nienachalny sposób. Warte uwagi.

 

The Divide (2011)

 

zdj.: sadistic.pl

zdj.: sadistic.pl

Zamknięta w piwnicznym schronie grupa ludzi płci obojga – czy to może dobrze się skończyć? Okrutnie męczący, duszny (akcja dzieje się w tej samej przestrzeni przez bite dwie godziny), niespójny (pozaczynane i niezakończone wątki), brutalny i obrzydliwy film, ale mówi o człowieku i jego człowieczeństwie więcej niż niejedna apokalipsa. Homo homini lupus est? Coś jakby. I ten finał. No właśnie. Warto?

 

Hell (2011)

 

zdj.: snoutypig.com

zdj.: snoutypig.com

Droga po niemiecku. Nieudana Droga po niemiecku. Znów nieważne jest to, dlaczego zdarzyła się apokalipsa, znów na pierwszy plan wysuwają się ocalałe jednostki, które wyruszają przed siebie, by narażać się na jeszcze większe niebezpieczeństwo i poddawać samych siebie próbie. Nic nowego, nic dobrego. [Więcej o filmie tutaj].

 

FILMY EPIDEMIOLOGICZNE

 

Zdarzenie (2004)

 

zdj.: daleelak.tv

zdj.: daleelak.tv

Epidemia samobójstw – to rzeczywiście brzmi przerażająco. Nie dziwi wcale, że główni bohaterowie filmu wieją, gdzie pieprz rośnie, by ta plaga nie spadła także na nich. Sam pomysł na fabułę godny uwagi i niosący wiele możliwości, jego realizacja jednak pozostawia wiele do życzenia. Ckliwie, pobieżnie i sztampowo. Szkoda.

 

Miasto ślepców (2008)

 

zdj.: mubi.com

zdj.: mubi.com

To – zdaje się – najlepszy film epidemiologiczny pod względem wyboru tematu (czyt. przyczyny) epidemii. Zarazić się ślepotą? Niemożliwe. Tak niemożliwe, że aż… intrygujące. Później jest już trochę bardziej typowo: są silni i słabi, jest walka o władzę i przetrwanie, znów ludzie ludziom i te zgrozy. Świetnie zarysowane sylwetki bohaterów, z ocaloną (rewelacyjna Julianne Moore) na czele, garść trafnych spostrzeżeń na temat kondycji współczesnego człowieka i wskazanie na podstawowe mechanizmy obronne wynagradza każdą niesnaskę. Must see.

 

Zabójczy wirus (2009)

 

zdj.: mubi.com

zdj.: aceshowbiz.com

Jedyny film w tym zestawieniu wyprodukowany na potrzeby małego ekranu. Paradoksalnie, bo w porównaniu do innych produkcji telewizyjnych (jak choćby kiepściuni Dzień apokalipsy sprzed dwóch lat), reprezentuje niemalże kinowy poziom. Co nie znaczy wcale, że to film dobry. Nie. Zabójczy wirus to nieskomplikowana, przeciętna historia o czwórce przyjaciół, którzy przemierzają puste amerykańskie drogi, by dotrzeć do bezpiecznego w ich mniemaniu celu – tam, gdzie okropny wirus, serwujący powolną śmierć w ogromnych boleściach, nie sięga. A nie sięga, bo tak chcą bohaterowie. I gdy tak wierzą w tę swoją siłę sprawczą, napotykają trudności. Bo wirus nie wybiera.

 

Contagion – Epidemia strachu (2011)

 

zdj.: aceshowbiz.com

zdj.: nytimes.com

Klasyczny film epidemiologiczny: jest przypadek „0, jest mutujący się wirus, są naukowcy usilnie próbujący odkryć antidotum, są też kwarantanny i całe masy bohaterów, próbujących ochronić przed zakażeniem siebie i swoich bliskich. Dużo wszystkiego, dużo za dużo. Kilka dramatów, które próbowano tu przemycić, wypadło nieprzekonująco i zagubiło się w zastraszonym tłumie, pozostawiając po sobie w pamięci widza jedynie trupio bladą twarz Gwyneth Paltrow, psychicznego Jude’a Lawa i Matta Damona z beznadziejną brodą. A, i naukę rodem z Klanu: dzieci, umyjcie rączki. Wiele hałasu o nic. [Więcej o filmie tutaj].

 

O KOŃCU INACZEJ

 

Melancholia (2011)

 

zdj.: nytimes.com

zdj.: chitheatreaddict.com

Moja przygoda z Melancholią nie należała do udanych. Film mnie wynudził, wymęczył i przygnębił – ale nie tyle treścią, co formą i nastrojem. Bez względu jednak na moje negatywne emocje, nie sposób o filmie von Triera nie wspomnieć właśnie w tym miejscu, gdzie koniec świata występuje tu zupełnie mimochodem, choć wszystko do niego zmierza. Chyba nikt nie przeżył końca świata szybciej niż bohaterowie Melancholii. Własnego, prywatnego, indywidualnego, swojego. Pierwszego, największego, najsmutniejszego. [Więcej o filmie tutaj].

 

Ostatnia miłość na Ziemi (2011)

 

zdj.: pwrcords.com

zdj.: pwrcords.com

 

Jeszcze pamiętam to ogromne zaskoczenie, które towarzyszyło mi podczas seansu. Jeszcze trochę nie mogę się nadziwić, że powstał film, który pod pretekstem końca świata mówi o życiu uczuciowym i relacjach damsko-męskich tak wiele, tak trafnie i tak mądrze. I jeszcze ta epidemia utraty zmysłów. Nie powielona, a zintensyfikowana treść, czyli dowód na to, że kino potrafi pięknie czerpać i inspirować się poprzednimi dziełami, niekoniecznie je kopiując. Must see. [Więcej o filmie tutaj].

 

Przyjaciel do końca świata (2012)

 

zdj.: hollywoodreporter.com

zdj.: hollywoodreporter.com

Last but not least. O Przyjacielu do końca świata pisałam całkiem niedawno, więc moje odczucia są jeszcze bardzo świeże. Odczucia niezwykle pozytywne i kojące, bo i film jest ciepły i zabawny (mimo tematyki), a przy tym szczery i mądry. I mimo mało trafnego z punktu widzenia spójności historii zakończenia, mimo sięgnięcia po rozwiązania nierealne i nieprzekonujące, film jest idealną propozycją kina końca – kina, które troszkę przeraża, ale bardziej pomaga, pomaga pogodzić się z tym, co nieuniknione. Gdybym miała wybrać jeden film o końcu świata, który chciałabym obejrzeć w ostatniej dobie istnienia właśnie, to byłby zdecydowanie mój wybór. Must see. [Więcej o filmie tutaj].

 

Tradycyjnie – zapraszam do dyskusji. O tym, co powyżej, o tym, czego tu zabrakło i o tym, na co jeszcze w kinie końca czekamy. Enjoy:)

 

Źródło zdj.: wallsdown.net

 

Zobacz też:

Filmy o dziennikarzach
Filmy o macierzyństwie
Filmy o miłości
Filmy o nauczycielach
Filmy-tsunami
Najlepsze melodramaty
Wzruszające filmy

 

23 myśli nt. „Kino końca, czyli filmy o końcu świata

  1. Niezależnie od gustów, jakości filmów (bo nie było zastrzeżenia, że mówimy tylko o filmach klasy A, czy też z najwyższej półki), czy dosłowności tematu (większość filmów nie dotyczy de facto „końca świata”, tylko końca cywilizacji, jaki znamy, a grupka – czy grupki – ocalałych szukają się nawzajem, bądź próbują odbudować zgliszcza. Tak czy inaczej jest kilka tytułów, których tu zabrakło (i proszę o unikanie komentarzy, że jednym się podoba, a drugim nie, bo nie o to chodzi). Ad rem – The violent kind; The darkest hour, Pulse (2 i 3 część zdaje się), The quiet earth, WarZ, The colony, The stand (miniserial na podstawie Kinga), Vanishing at 7-th street. To tak na szybko, co sobie przypomniałem. I powtarzam – są tu też filmiki nie koniecznie z górnej półki, ale forum nie dotyczy jakości, tylko tematyki – każdy z filmów, które wymieniłem, w tym kanonie się utrzymuje – a czy się spodobają… deliberacje o gustach zostawiam „najlepszym na świecie znawcom i ludziom o nieskazitelnym guście”. Uzdrawiam. Pyther. P.S. Zgadzam się też z jednym z „przedmówców”, że zabrakło najbardziej chyba wyczerpującego temat filmu – Ostatni brzeg – tam faktycznie NIKT nie przeżywa. Choć jakiś czas temu do mojego zwichrowanego łba wpadł pomysł na film „Ostatni brzeg 2”. Zaczyna się od widoku niczym nie zmąconej powierzchni morza. Po chwili wynurza się łódź podwodna, z luku wynurza się kapitan, „uwalnia ptaka” i krzyczy: „Koniec rzygania, wracamy do domu!”. Słychać przy tym czastuszkę. „Da, pust znajet wies narod, Bielorusy nie umriot. Pust znajet wsia nacja, nam na ch.j radiacja”. -)

  2. Fajnie zrobione zestawienie. Większość z tych filmów widziałem, ale niektóre żałuję, że obejrzałem (Księga ocalenia czy Dzień w którym)

    Pozdrawiam

  3. O końcu inaczej – to zdecydowanie moja ulubiona grupa, szczególnie dlatego, bo KOCHAM Melancholię i bardzoe lubię Ostatnią miłość na ziemi. :)

  4. Ogólnie to ciekawy temat, bo jeśli gdzieś unaoczniać lęki ludzkości związane z końcem życia na ziemi, to gdzie lepiej niż w kinie?
    O, nie a ja będę bronił „Melancholii” do końca świata:D To jedyny film w historii kina, którego koniec naprawdę poczułem (2 minuty ciszy na sali w kinie, nie widziałem czegoś takiego po żadnym filmie, na jakim byłem). Prawdziwe arcydzieło kina psychologicznego z wybitną rolą Kirsten Dunst. Podoba mi się, że koniec świata nie bierze się u Triera z nikąd, ale jest wynikiem pogrążania się w swojej chorobie głównej bohaterki. Po „Antychryście” spodziewałem się histerycznego schockera, a dostałem aubtelny film, który konczy sie dokładnie tak, jak ja zakończyłbym swój film o końcu świata :D
    Takie filmy jak „Armegeddon” , „Jestem legendą” czy „2012” to akurat przygodówki, przyjemne w zależności jaką kto ma tolerancję na dziury logiczne czy patos.Na dużym ekranie dają radę:D
    Artykuł świetny ogólnie, zwłaszcza bardzo rzeczowy i przenikliwy wstęp, choć zamiast rimejku „Dnia w którym zatrzymała sie ziemia” chętniej zobaczyłbym oryginał (ale fajnie, że Keanu w koncu dostał role na swoje możliwości: bezemocjonalnego kosmity). Nie zgadzam się też co do „Miasta ślepców”, dla mnie ten film jest strasznie bezsensowny :P (jak kobieta mająca największą broń w świecie ślepych czyli wzrok może jej w ogóle nie używać? Czemu daje się tak pomiatać i regularnie gwałcić?
    Za to dopisałbym do Twojego zestawienia „Apocalypto” Mela Gibsona. Ten film też jest trochę bardziej przygodowym widowiskiem, ale ostatecznie w ciekawy sposób opowiada o zagładzie cywilizacji (właściwie nie pokazując jak ona się skonczy, ale szczegółowo dając do zrozumienia jaki mechanizm społeczny do tego doprowadzi). Dopisałbym też „Wall.ego” Pixara: to jednak bardzo postapokaliptyczny film, jakby się tak zastanowić:)No i znakomite „12 małp” Gilliama z jego totalnie zakręconą narracją.
    Na koniec parę klasyków kina apokaliptycznego: pierwsze 2 „Mad maxy”, „Noc żywych trupów”, „Terminator”, „Planeta małp”, „Seksmisja”, „Metropolis”, „Inwazja porywaczy ciał”. No i oczywiście dwa obowiązkowe klasyki Piotra Szulkina „Ga-ga: chwała bohaterom” i „Obi Oba, koniec cywilizacji”. A i tak sporo jeszcze przede mną zresztą:) Poczułem się też bardzo zachęcony przez Twoją rekomendację do „Przyjeciela na końcu świata” :)
    pozdrawiam!

    • Bezemocjonalny kosmita – o, to to:) Jeśli chodzi o „Miasto ślepców” – rzeczywiście, masz rację, tutaj troszkę polecieli. Ale film i tak nie jest według mnie najgorszy. „Apolacypto” zabrakło właśnie m.in. z tego powodu, o którym piszesz – nie ma tu dosłowności i właściwie można ten koniec różnie interpretować. „Seksmisja” nie przyszłaby mi do głowy!:) A z pozostałych propozycji – wow, czujesz temat:)

    • Z tym apolacypto to trochę nie bardzo, no bo nie chodzi o konie świata, to tak samo można wziąć Misje z De Niro.
      Planeta małp też chybiona, odbiega od tematyki.

      Fajne propozycje to Seksmisja chyba najbardziej znany post-apokaliptyczny polski film, Wall tez bo animka. Mad Maxy też by sie przydały. Jeszcze Wodny Świat bym tu widział.

      Sagę żywych trupów to bym odpuścił, to trochę jak sagę Resident Evil wziąć, ale po co …

      Także zestawienie zacne, bardzo fajnie się czytało, a braki nie wielkie.

      Pozdrawiam Celta.

      PS. Oczywiście Wesołych Świąt !!!

    • No zgadzam się, że nie chodzi w Apocalypto o dosłowny koniec świata, ale też chyba nie zawsze w kinie o to chodzi. U Gibsona mamy pokazany mechanizm wyniszczającej się od środka cywilizacji. Ostatecznie majowie i tak w koncu zniknęli z powierzchni ziemi wiec nastąpił ich koniec. Dla głównego bohatera to zdecydowanie był koniec świata, świata jakiego znał i w którym żył:) I o to wg mnie w kinie postapokaliptycznym chodzi, że oglądamy świat, który już nie jest taki jak znamy. To samo dotyczy sagi o żywych trupach, w jednej z ostatnich części – „Ziemi żywych trupów” – żywi zdrowi ludzie stanowią już tylko garstkę, która musi jakoś przetrwać w świecie zombie:)
      pozdrawiam!
      PS nowa czcionka <3
      PS2 Również Wesołych i Spokojnych!:)

    • Zgadza się, tyle że gdyby rozpatrywać koniec świata tak indywidualnie i jednostkowo, to takie zestawienie zajmowałoby o wiele, wiele miejsca:)

      PS. Tak, nowa, dobrze wygląda? Nic się nie rozstrzela, nie za mała/duża? Pytam, bo w każdej przeglądarce wygląda inaczej i już mnie cholera bierze od edycji:]

  5. Ostatnio przygotowywałam prezentację na ten temat i pogrupowałam filmy identycznie :) Część z wymienionych przez Ciebie widziałam – najlepszy chyba z tych wszystkich był „Ostatnia Miłość na Ziemi” oraz „Droga”, która wgniotła mnie w fotel choć powieść McCarthy’ego nie należała do najłatwiejszych do zekranizowania.

  6. Chyba niczego tu nie brakuje :) Ja niektóre z tych filmów widziałem, ale wielu nie miałem jeszcze okazji obejrzeć. Ogólnie to nie przepadam za takimi apokaliptycznymi filmami, wolę kino katastroficzne bardziej realistyczne czyli bez meteorytów, asteroid itp. „Melancholię” zacząłem oglądać, ale już na początku coś mnie odrzuciło od tego filmu i przerwałem oglądanie. Takie klasyki jak „Armageddon”, „Dzień zagłady”, „Pojutrze” oglądało się dość dobrze, ale powtórny seans był już nieco męczący. „Zapowiedź” obejrzałem ze względu na Rose Byrne i mnie nawet zaciekawił ten film, nie mogę tego powiedzieć niestety o innym filmie z Rose pt. „W stronę słońca”, którego nie dałem rady obejrzeć w całości (choć ten film zebrał sporo pozytywnych opinii). Ten film też chyba można zaliczyć do tego typu kina o zbliżającym się końcu. Dodam jeszcze, że zgadzam się co do tego, że ten film z Keanu-kamienną-twarzą-Reevesem jest beznadziejny, okropnie się na nim nudziłem.

    • Jeszcze a propos tego, czego brakuje, to w poniższym wpisie szymalan zwrócił uwagę, że brakuje starych klasyków, do których ja bym dorzucił jeszcze „Zderzenie światów” (1951, Oscar za efekty specjalne) i „Meteor” (1979) z Seanem Connerym. Tego pierwszego nie widziałem, ten drugi był średnio udany, lecz podobał mi się nieco bardziej niż „Armageddon” :)

    • Mariusz, wiesz, że unikam starego kina:) Z reguły piszę o filmach od lat 90. do czasów współczesnych. Czasem sięgam po filmy starsze, ale to zwykle w przypadku „przerabiania” filmografii lubianych aktorów. Także tego:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.