La La Land

la-la-land_4

La La Land. Jest jakaś słodka przyjemność w wymawianiu tytułu najnowszego filmu Damiena Chazelle. Filmu, który z jednej strony dumnie płynie pod prąd oczekiwaniom współczesnych widzów, mówiąc o jazzie, gatunku muzycznym, który niby wszystkim się podoba, a niewielu zna go i rozumie naprawdę (z filmu ta hipsterska prawda wybrzmiewa zresztą z całą mocą), filmu jednocześnie przyjmującego formę specyficznego i mającego również o wiele węższą w porównaniu do głównego nurtu gatunku filmowego publiczność – musicalu. Z drugiej zaś – wychodzi dokładnie naprzeciw najprostszym potrzebom widzów, pokazując świat, którego nie znają i podejmując próbę udowodnienia im, że nie oznacza to, iż jest on poza ich zasięgiem. Przepis na sukces? Na to wygląda. Choć, jak to w kinie bywa, sukces sukcesem, a gusta… gustami.

 

Film Damiena Chazelle ma dwie niezaprzeczalne zalety. Pierwszą jest bijąca z ekranu pasja reżysera do muzyki, która jest de facto motywem przewodnim jego twórczości. Co ciekawe, nie jest ona jednak bohaterem samym w sobie. To raczej pewien pretekst, punkt wyjścia i jednocześnie medium, za pomocą którego postaci tej historii wyrażają siebie i tworzą swoją opowieść. To ważne, bo gdy przyjrzymy się dążeniom Mii, bohaterki musicalu, muzyka ma w jej historii znaczenie poboczne, o wiele więcej miejsca zajmuje inna dziedzina sztuki i mimo otwarcia się na to, co tak zajmuje Sebastiana, pozostaje swoim potrzebom i celom wierna. Drugą natomiast – podobnie jak w Whiplash – jest będąca osią wydarzeń relacja, intensywna bliskość (choć w obu filmach na innym poziomie) – która z piętra mikroświata staje się nośnikiem prawd i wartości w skali makro. Te dwa aspekty są niewątpliwym atutem filmu i stylu Chazelle, który ma niebywałą zdolność do budowania dynamicznej, uderzającej we wszystkie zmysły akcji, której intensywnością można się wręcz zachłysnąć. Przy czym, co istotne, nie jest to w żadnym wypadku nieznośna kakofonia kolorów i dźwięków, jak choćby u Luhrmana, która zamienia się w artystyczny kicz, dający się lubić tylko przy założeniu, że w tym szaleństwie jest metoda. W kreowaniu świata Chazelle jest subtelny i choć intensywność tego świata uderza do głowy jak wino, spotkanie z nim jest w gruncie rzeczy bardzo przyjemnym doświadczeniem.

 

Wizualnie i muzycznie film wprost zachwyca. Na Hollywood oczami Mii i Sebatiana nie sposób się napatrzeć, wszystko ma prawo się tu podobać: urokliwa sceneria plenerów, romantyczne, kameralne wnętrza mieszkań, pubów i teatrów, do bólu sztuczne, a jednak w tajemniczy sposób romantyczne i urocze scenografie (planetarium!), aranżacje, rekwizyty, kostiumy (Mia!) są jak z bajki. Prowadząca akcję muzyka Justina Hurwitza – mimo iż w dużej mierze opiera się na jednym motywie – jest przepiękna i wręcz nie sposób nie zacząć podczas seansu wybijać rytmu dłońmi lub stopami, a po wyjściu z kina nie zanucić pod nosem City of Stars. Ścieżka dźwiękowa, zarówno ta z oryginalnymi kompozycjami młodego muzyka, jak i stricte musicalowa, ma dodatkowo ten walor, że doskonale radzi sobie bez obrazu – słucha się jej z ogromną przyjemnością. Plus – ma „dar” poprawiania nastroju, dokładnie zresztą jak poprzednia praca Hurwitza – Whiplash. To rzadkość, więc doceniam tym bardziej.

la-la-land-ryan-gosling

Ryan Gosling kolejny raz pokazuje, jak wielki drzemie w nim potencjał do ról komediowych, choć nostalgii w jego spojrzeniu (finał!) przez cały film również nie brakuje.

Bardzo zgrabnie niosą historię na swoich barkach – choć przy tak ogromnym znaczeniu muzyki i scenografii może to zbyt duże słowo – aktorzy. Wiele się dyskutuje na temat chemii między bohaterami – jedni uważają, że jest, inni, że zupełnie nie, ale tym, co właściwie jest o wiele istotniejsze, to fakt, że Gosling i Stone sobie w ekspresji emocji swoich postaci nie przeszkadzają, a czasem ładnie się uzupełniają. Przy czym to on wypada w tym duecie zdecydowanie lepiej. Niektóre sceny, szczególnie z pierwszej części filmu, są w wykonaniu Goslinga wprost wyborne (wykonanie I Ran przy basenie!), on też jest autorem jednego z najbardziej nostalgicznych i znaczących spojrzeń wysłanych w stronę filmowej partnerki w kinie ever. Stone radzi sobie dobrze, jest dokładnie tak urocza i przekonująca, jak zapewne chcieli autorzy, rysując postać Mii, ale w żadnym razie nie dorównuje koledze kroku. Koniec końców, z dwóch wygranych za te role Globów chyba jednak tylko jeden był w pełni zasłużony, ale nie pierwszy i nie ostatni raz przyznaje się nagrody aktorom niekoniecznie za najlepszą rolę w ich karierze. Emmie Stone talentu odmówić nie sposób, tyle że lepszych ról ma w swojej filmografii co najmniej kilka.

 

Tym, co wydaje mi się w La La Land najcenniejsze jest ciekawe i dość dwuznaczne przesłanie historii Mii i Sebastiana. Krótko: to boleśnie prawdziwe, że aby spełnić swoje największe marzenie, trzeba wielokrotnie iść z samym sobą na kompromisy. Robić rzeczy, których robić się nie ma ochoty, ale które pozwalają nam przeżyć, jeść i mieć dach nad głową, a może jeszcze coś odłożyć na „wyższy cel” i przy okazji się czegoś nauczyć, zobaczyć świat z innej perspektywy. Nie raz i nie dwa ukorzyć się, upokorzyć, pozwolić zdegradować i poniżyć. Stracić, by później mieć. I druga rzecz: miłość rewiduje marzenia i nieraz każe wybierać, kto spełni swoje marzenia, a kto bęzie to spełnienie dopingował. By ktoś się spełnił, ktoś musi z siebie zrezygnować. Brzmi okrutnie i generalizująco, ale zdarza się częściej niż nam się wydaje.

31-letni (!) bohater całego zamieszania, Damien Chazelle, ma na swoim koncie więcej nagród niż filmów. Idealne wykorzystanie swoich pięciu minut sławy.

Mimo iż film oglądałam z nieskrywaną przyjemnością i na myśl o nim mam bardzo miłe skojarzenia, mam co do jego sukcesu pewne zastrzeżenia. La La Land jest filmem dobrym, filmem ładnym i filmem wartym uwagi, ale nie jestem pewna, czy zasługującym na miano arcydzieła i wszystkie zachwyty, które na niego spływają. Bardzo często na etapie kampanii promocyjnej filmu przypominał mi się Artysta Michela Hazanaviciusa – wielki hit 2011 roku, który jak walec przejechał cały sezon nagrodowy, zgarniając niemalże wszystkie możliwe wyróżnienia. Wielki film, mówiono, wielki hołd dla kina, wielka forma i wielkie emocje. Kto dziś pamięta o filmie? Czy tak będzie z La La Land, nie wiem, mam nadzieję, że nie, bo jednak w porównaniu do Artysty film Chazelle niesie za sobą jakieś cenne prawdy i przesłanie, ale bycie faworytem w oscarowym wyścigu na wiele miesięcy przed jego faktycznym startem, to prosta droga do tytułu one-season movie, filmu, do którego się po prostu nie wraca.

 

I jeszcze jedna, drobna właściwie, formalna rzecz. Mam wrażenie, że ubranie filmu w formę musicalu niekoniecznie było tu konieczne. La La Land mogło być spokojnie filmem muzycznym i na niczym by wówczas nie straciło. Większość partii śpiewanych przez głównych bohaterów determinowane jest przez naturalny bieg i miejsce akcji, a wszelkie wstawki typowo musicalowe nie posuwają akcji naprzód, nie wnoszą zbyt wiele do samej treści historii i wydłużają sam film. Nie mam wątpliwości, że film nie straciłby bez nich ani grama swojej wartości.

 

Czy polecam? Polecam, oczywiście.

 

Źródło zdj.: ars.pl

 

3 myśli nt. „La La Land

  1. Ja, ja, ja pamiętam o „Artyście” i nie zgadzam się kompletnie z opinią o „one-season movie” – dlaczego? „Artysta”, owszem był niekonwencjonalny, był hołdem dla kina, blablabla, i tak dalej, ale nie porównywałabym tych dwóch filmów. Dużo było tego typu filmów nominowanych do Oscarów, którymi wszyscy się zachwycali i wywyższali je do rangi arcydzieł. No i dobra. W końcu zawsze się wraca do filmów, które dostały Oscara. Zawsze będą to filmy, które po prostu TRZEBA obejrzeć. La La Land, tak jak piszesz, zachwyca w formie wizualnej – zachwyca, po prostu zachwyca, jest plastyczny na maksa, mnóstwo obrazków z niego nadaje się na plakaty, na tapety. Charakterystyczne kolory, zero szarości, zero nudy… To wszystko jest niezwykle plastyczne, charakterystyczne jak puszka coca-coli i rozpoznawalne do takiego stopnia, że może stać się elementem pop-kultury. Zajebiście, że jest to musical, a nie jakiś tam film muzyczny. Ile przeciętna osoba potrafi wymienić naprawdę dobrych musicali ? Mamma Mia, Chicago, Deszczowa Piosenka, hmmm, trochę jest biednie. Kolejny mocny punkt dla La La Landu. Brawa za odwagę! Za muzykę, która jest świeża, nowa, a rozbrzmiewa i tak wpada w ucho, że nie można się od niej uwolnić! W filmie świetny taniec i aktorstwo (widzę, że faceci narzekają na Ryana, a kobiety na Emmę – coś w tym chyba jest :P ) sprawia, że ma się ochotę pójść na to do kina kolejny raz. Ale, ale… tu nie ma ale! :D La La Land jest po prostu rewelacyjny i trzeba zobaczyć. Czas pokaże czy masz rację z tą sezonowością, ja tam to widzę kolorowo. :)
    Pozdrawiam cieplutko!

    • I super:) W gruncie rzeczy z większością się zgadzam, tylko zachwyt mniejszy;) Ostatecznie i Tobie, i mi podobało się, to najważniejsze. Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.