Larry Crowne – uśmiech losu

larry-crowne-pic05
Na życzenie czytelnika… Nie, poważnie: sama byłam ciekawa, co to za film, bo słyszałam bardzo dobre opinie o nim. A i Hanksa dawno nie oglądałam, więc tym spieszniej na film wybrać się wypadało.
 
Larry Crowne (Tom Hanks) pracuje w supermarkecie. Jest świetnym pracownikiem, więc gdy zostaje wezwany na dywanik szefa, nie przeczuwa, że za chwilę usłyszy gorzkie słowa o redukcji etatów. Widoków na nową pracę nie ma żadnych,  więc za namową przyjaciół Larry postanawia zdobyć to, co rzekomo powstrzymywało szefów przed zakwalifikowaniem Larry’ego do awansu: dyplomu. College, młodsi o 30 lat koledzy z ławki oraz piękna i sfrustrowana pani od retoryki stają się jego całym życiem.
 

 

Pierwsza rzecz, jaka rzuciła mi się w oczy, jest totalnie głupawa, więc się podzielę: ale ten Hanks jest już stary! Niby frazes: ludzie się starzeją, ale jakoś po niektórych ten upływ czasu widać trochę bardziej niż po innych niektórych. I to wcale nie jest kwestia makijażu i retuszu. I choć młodszy jest Hanks od także lubiącego grywać w swoich filmach Eastwooda, widać na jego twarzy bardzo dużo życia. I to jest naprawdę ładne.

 

Sam film jest bardzo dobrą komedią. Z dobrymi dialogami i świetnym komizmem sytuacyjnym, żadna tam głupkowata szmira. Na początku jest trochę dramatu: utrata pracy, włączenie systemu oszczędnościowego, przykrości związane z rozstaniem się z własnym dobytkiem. A potem  już jazda (może ze zbyt dużą prędkością i płynnością) z górki. Bo czymże jest brak domu czy  dobrej pracy, skoro można pojeździć na motorze z gówniarzami, pośmiać się z profesora od ekonomii (świetny w tej roli  George Takei) i pomarzyć o wypalonej zawodowo, acz ślicznej pani profesor? Spłycam, bo to wszystko prowadzi do zakończenia wiadomego, żywcem wyjętego z komedii romantycznej. Ale Hanks w schemacie tylko moczy nogi, nie interesuje go kąpiel. Robi to po swojemu. Robi to dobrze.

 

Bardzo dobrze pomyślana postać Mercedes Tainot (Julia Roberts) – kompletnie sfrustrowanej swoim życiem i pracą pani profesor, która swój nieudany związek i konieczność użerania się z debilnymi studentami zapija dużą ilością drinków. Roberts dobrze zresztą tę rolą pokierowała, zabarwiając ją swoim czarem. Bo ma Julia Roberts jakiś nieodgadniony wdzięk, który zadziwia mnie w każdym filmie. Niby ani mnie ona ziębi, ani grzeje, ale w każdym filmie (poczynając od kultowego romansidła Pretty woman, przez naprawdę dobry Raport Pelikana, aż po jeden z ostatnich, nieco inny niż dotychczas Jedz, módl się, kochaj) przekonuje mnie do siebie. Właśnie „tym czymś”. Nie, żebym mdlała, zachwycała się, gloryfikowała i od razu z zapałem uzupełniała listę ulubionych aktorów. Ale jednak coś jest. I to jest w niej bardzo fajne.

 

Warto też wspomnieć, że Larry jest dzieckiem (jakby to nie zabrzmiało) Toma Hanksa. To jedna z czterech (czwarty w 2013 roku) produkcji w reżyserii Hanksa. Raczkuje więc dopiero Hanks-reżyser, ale jak przystało na wspaniałego, starzejącego się aktora pewnie wkrótce się rozkręci. Oby tylko dobrze naoliwił maszynę, żeby nie skrzypiała jak u Eastwooda.

 

Czy polecam? Oczywiście. Choć nie jest to arcydzieło, ani nawet film, który będzie rządził w box office’ach, to naprawdę warto zobaczyć, choćby po to, by trochę się pośmiach. W końcu Larry Crownie to uśmiech losu…

 

Źródło zdj.: aceshowbiz.com

 

2 myśli nt. „Larry Crowne – uśmiech losu

  1. No i poszłam przez Ciebie na ten film, ale na szczęście spełnił swoją rolę: rozśmieszył, nastawił pozytywnie, zrelaksował.
    Jak Hanks’a za bardzo nie lubiłam, tak tu wydał mi się taki uroczy :). Nawet Julia była fajna.
    W erze głupkowatych komedii, taki ciepły, pełen humoru film, to perełka.

  2. Dzięki! ;)
    Teraz mam pewność, że obejrzę.
    A starzejący się Hanks jest tak samo uroczy i naturalny jak Banderas. Miło popatrzeć na aktora z porządnym warsztatem i bez botoksu. :)
    Co do Julii Roberts mam dokładnie takie same odczucia. Niby nie lubię, a jednak lubię i z przyjemnością oglądam na ekranie. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.