Liga sprawiedliwości [recenzja]

img01

„Historie nadawały temu wszystkiemu sens” – mówi jedna z bohaterek Ligii sprawiedliwości, odpowiadając na sugestię, by powróciła (w pisaniu) do poważnych tematów. Twórcy najnowszej produkcji DC Comics nawet sobie nie zdają sprawy, ile prawdy o ich filmie kryje się w tej prostej kwestii. Bo w wojnie z Marvelem o rząd dusz wytwórnia czyni ze swoich kolejnych tytułów to, czym bardzo nie chce, by się stały – pakuje w nie wszystko, czym dysponuje, zapominając, że czasem wystarczy mieć po prostu dobrą historię.

 

To właśnie tej spajającej wątki i postaci (których jest tu od groma) opowieści brakuje w Lidze… najbardziej. Cały pierwszy akt, poświęcony ekspozycji kolejnych członków tytułowej grupy, jest właściwie zlepkiem epizodów (trudno je nawet nazwać wątkami), w których dominuje akcja, będąca (wyjątkowo ciężkostrawną) próbą zaprezentowania mocy bohaterów. Twórcy nie zadają sobie trudu, by przedstawić ich samych, wychodząc z założenia, że widz śledzi każdy film uniwersum i z łatwością dopowie sobie to, co niewypowiedziane. Tymczasem nawet znając kontekst, wiele scen z początkowej części filmu wydaje się niepotrzebna, miałka i cierpiąca na olbrzymi przerost formy nad treścią. Brak historii towarzyszy filmowi właściwie do końca. Choć przez moment bohaterowie próbują nadrobić stracony czas, poświęcając kilka scen na rozmowy, które, notabene, w ogóle nie powinny między nimi się toczyć (piękna jest np. scena nad jeziorem, gdy Bruce i Diane rozmawiają o tym, że świat się skończy za jakieś kilka dni, spokojnie sobie przy tym spacerując), bardzo szybko wracają do napisanej z chaotycznym rozmachem akcji. Zrobili swoje, opowiedzieli widzom pokrótce, co tu robią, można kręcić dalej. Z takim kontekstem Batman może godzinami wzdychać nad losem tego świata, a Clark przekonywać, że kocha prawdę – nie ma to większego znaczenia, bo nikt tu nie próbuje nikogo przekonać, że chce serio coś widzowi o kondycji człowieka i świata przekazać.

 

A przecież właśnie taki cel stawia sobie kino superbohaterskie spod znaku DC Comics. Stojące w kontrze do Marvela uniwersum przez długi czas chlubiło się swoją powagą, z dumą podnosiło w swoich filmach ważne kwestie, kipiało od patosu i poetyckich haseł o ratowaniu świata przed złem, podśmiewając się z „niepoważnych”, „dziecinnych” filmów konkurenta. Problem w tym, że skupione na wymyślaniu jeszcze bardziej doniosłych tematów DC nie zauważyło, że świat i potrzeby oraz oczekiwania widzów sporo się zmieniły i ta formuła po prostu się nie sprawdza. Idąc do kina na film o superbohaterach chcemy dziś upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: świetnie się bawić i jednocześnie mieć poczucie uczestnictwa w mądrej rozrywce. To daje Marvel – już nie niepoważny, ale lekki i zabawny, już nie dziecinny, a dziecięcy – świeży i ciekawy. DC to widzi i od jakiegoś czasu próbuje nadrobić stracony czas, trochę próbując przeciwnika naśladować, trochę stawiając między sobą a nim mur, który podkreśli honorowość tej niepoważnej walki i desperacką próbę zachowania własnej tożsamości mimo ewidentnej potrzeby znalezienia sposoby na jej unowocześnienie, ale wychodzi to wciąż niemrawo.

 

Znajdująca się niejako w oku tego cyklonu Liga sprawiedliwości stoi więc siłą rzeczy w rozkroku pomiędzy tym, czym unwersum było a tym, czym chciałoby być. Doskonale widać to na przykładzie Batmana, Wonder Woman i Flasha. Pierwszy tkwi bardzo mocno w historii i z filmu na film wydaje się mieć coraz mniej wiary, że to, co robi, kogokolwiek jeszcze porusza. Na Diane we wspólnych filmach twórcy kompletnie nie mają pomysłu. Niby od Świtu sprawiedliwości jej wątek mocno się rozwinął, ale wiedząc, jak wiele można z tą bohaterką zrobić, gdy spróbuje się choć trochę w nią uwierzyć (jak zrobiła to Patty Jenkins w tegorocznym filmie poświęconym tej postaci), trudno nie mieć do Zacka Snydera żalu, że nie wykorzystuje potencjału Wonder Woman. Wreszcie Flash – bohater, który jest dowodem na to, że cała ekipa DC bardzo skrupulatnie śledzi produkcje konkurencji i odrabia lekcje. Barry w ogóle sprawia wrażenie, jakby był kumplem Avengersów (a przynajmniej nowego Petera Parkera) i akurat przechodził obok, gdy kręcili Ligę, więc wpadł na chwilę pogadać i sypnąć kilkoma żartami. Jego postać jest totalnie odklejona od reszty grupy i jako jedyna jest na tyle wyrazista, że można cokolwiek o niej powiedzieć (przy czym „o niej” oznacza – o obu jego tożsamościach). Ezra Miller gra tu zresztą wyśmienicie i oglądanie jego popisu aktorskiego to najlepsze, co może widza w filmie spotkać i wynagradza wiejącą przez większą jego część (bardzo błyskającą) nudę.

 

Tym, co wyjątkowo mnie w filmie drażniło, była bardzo widoczna próba kręcenia filmu od linijki. Są tu sceny, gdzie wręcz słychać, jak reżyser mówi: „A tu wejdzie głęboki głos z offu i opowie historię”, albo scenarzyści, że o tu, w tym miejscu, damy taki dowcip, że wszyscy się będą pokładać ze śmiechu. Zwykle takie rzeczy, szczególnie przy natłoku akcji, umykają, tu jednak były bardzo wyraźne i rozpraszały. Film powinien dziać się niejako sam, a ekipa być w odbiorze całkowicie niewidoczna. Tutaj wyszło zupełnie na odwrót.

 

Trochę wygląda to tak, jakby twórcy nie mieli okazji obdarować swoich bohaterów osobnymi filmami i chcieli w tym jednym ugrać jak najwięcej. Opowiedzieć w telegraficznym skrócie ich historie, pokazać kulminację mocy, nakreślić jakieś moralne dylematy, a na koniec połączyć ich siły i na moment pozwolić pobić się razem. Nie zastanawiając się, czy to ma jakikolwiek sens.

 

Do tego wszystkiego film jest okropnie krzykliwy – i to zarówno w warstwie dźwiękowej, jak i wizualnej. Sceny akcji są zwyczajnie męczące. CGI wymyka się co rusz spod kontroli, dźwięk jest podkręcony na maksa, z ekranu biją chyba wszystkie lasery świata i gdzie się da wepchany jest slow motion. Ciężko się to ogląda.

 

Ostatecznie nie jest to film tak poważny, spięty i pozbawiony poczucia humoru jak poprzednie tytuły DC. Jest tu parę zgrabnych dialogów, scen, które ogląda się z przyjemnością i nawet kilka nawiązań do aktualnej sytuacji politycznej na świecie. To się ceni. A ziewanie i zmęczenie i tak umila widok Gal Gadot (to nadal dokładnie TA Wonder Woman, która dostaje tu coś do zagrania, a nie ma tylko dywersyfikować ekipę i skupiać wzrok męskiej części publiczności) i niewątpliwy urok osobisty Ezry Millera, który jako jedyny w Lidze Sprawiedliwości ma ludzkie odruchy i w połowie akcji oznajmia z rozbrajającą miną, że jest… głodny. W sumie go rozumiem – gdy ktoś nie potrafi wciągnąć mnie ani w historię (bo jej nie ma), ani w akcję, też myślę o jedzeniu. Swoją drogą, to niezwykłe, jak ten przezdolny młody człowiek przebiera w rolach i potrafi najpierw terroryzować swoją matkę jak rasowy seryjny morderca (Musimy porozmawiać o Kevinie), a później sypać żartami, mylić kierunki i ścigać się z Supermanem do Pacyfiku. Czekam na dedykowany mu film z wielką ekscytacją.

 

Czy polecam? Ostatecznie chyba nie za bardzo.

 

Źródło zdj.: leonardmartin.com

 

3 myśli nt. „Liga sprawiedliwości [recenzja]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.