Lincoln

Lincoln-Movie-Review
To nie będzie długa recenzja. To nie będzie nawet prawdziwa recenzja. Bo o Lincolnie nie ma potrzeby i ochoty wiele pisać. Będzie więc o kilku sprawach, które mnie w tym roku zdążyły już mocno w światowym kinie wkurzyć. Jeśli nie macie ochoty tego słuchać, przejdźcie od razu do 6. akapitu, rzucając po drodze okiem na 2. i 3. Do rzeczy więc.
 
Film, jak nietrudno się domyślić, opowiada o ulubionym prezydencie Amerykanów – Abrahamie Lincolnie (Daniel Day Lewis). A konkretnie kilku latach z jego życia, a właściwie prezydentury, i to w najważniejszym jej okresie, kiedy to odbyło się głosowanie nad słynną 13. poprawką do konstytucji. Czyli nad zniesieniem niewolnictwa. I tyle, właściwie.
 
Dosada, boredom, enuo, aburrimiento, leiðindi, kjedsomhet, unalom, noia, скука, 退屈, słowem polskim – NUDA. Rany, jaki ten film jest nudny! Różne rzeczy w życiu widziałam, różnie to w kinie bywało, ale żebym się aż tak podczas seansu zmęczyła, nie pamiętam. Są filmy słabe, niewciągające, przynudzające, męczące, przykre – na pewno każdy z nas wymieniłby takich co najmniej kilkanaście – ale żaden, poważnie, żaden nie wynudził mnie do tego stopnia i w takim stylu, jak Lincoln. Uderzenie mocne, bo i mocne było filmu wejście (i takie pewnie będzie i wyjście). W końcu niewiele tak nudnych filmów przedostaje się do szerokiej publiczności i jest obsypywane nagrodami. Czemu mnie to dziwi? To Lincoln, z ojca, dziada i pradziada Spielberg. Nominacja a priori.
 
O ślepocie członków Akademii popieklę się więcej w „Moich przedoscarowych wariacjach”, a tu wspomnę tylko, że tę konserwatywność i przewidywalność „akademików”uważam za jedno z największych okrucieństw kinowego światka. Że psuje całą zabawę, to oczywis te, ale przy okazji wyrządzają jeszcze naprawdę sporo krzywdy ludziom, którzy tworzą arcydzieła, a nie nazywają się Steven Spielberg czy Ang Lee, nie rozbierają się na ekranie, nie ścinają swoich włosów na potrzeby filmu, nie chudną sto kilo dla roli i nie otrzymują 17 nominacji z rzędu. Spielberg stworzył film dokładnie pod gusta jurorów (obrzydliwe to). Nie może im się nie spodobać. Pokochają go i docenią. Zaszczyty, które spotykają Lincolna wynikają z jednej prostej rzeczy: Ameryka znowu hołduje samej sobie. Jest sens z tym dyskutować?
 
Zmęczenie Lincolnem jest tym silniejsze, że film trwa aż dwie i pół godziny. Nie jest to żadna nowość ani w przypadku Spielberga (ubiegłoroczny, również oscarowy, a jakże, Czas wojny – 2:26, Monachium – 2:44 itd.), ani innych twórców. W Hollywod panuje ostatnio silny trend na produkowanie filmów trwających tyle, co niegdyjsiejsze wersje rozszerzone (kolekcjonerskie, fanowskie, reżyserskie), a kolejni twórcy prześcigają się w długości swoich produkcji. Żaden z najważniejszych i obstawiających główne oscarowe kategorie filmów nie trwa krócej niż dwie godziny i we wszystkich przypadkach te dłużyzny są widoczne, odczuwalne i trochę bolesne. Jedyne chyba filmy ubiegłego roku, których obszerność można było z racji ich świetnej jakości pod każdym względem znieść, to Hobbit i Mroczny Rycerz powstaje, a i tu prawdpodobnie każdy dodatkowy kwadrans stawałby się lekko dokuczliwy. Pojęcia nie mam, co się w tej mekce kina się dzieje. Co oni sobie tam myślą? Że w 100 minut nie da się pokazać dobrej rzeczy? Nie wspominając już o zwykłym szacunku dla nas, widzów. O cokolwiek im chodzi, zdecydowanie stąpają po kruchym lodzie, bo cierpliwość ludzka ma granice. I z takim Lincolnem, który – u nas przynajmniej – ułożył się w sezonie premierowym na którejś tam z kolei pozycji i sprawił, że czara goryczy się przechyliła – może sobie w przyszłości nie dać rady. A raczej nie chcieć dać rady. A to już jest mało zyskowne.
 
Nie ma w filmie Spielberga właściwie nic, o czym warto byłoby mówić. Fabuła jest miałka i jednowymiarowa i choć z założenia miała dotyczyć jednego wydarzenia, jego prezentacja jest tak skąpa, nieciekawa i uchylająca się od przyjęcia innej perspektywy, że aż boli. Kreacje aktorskie nie robią większego wrażenia i aż do pierwszej kłótni Lincolna z żoną nie wzbudzają ani jednej emocji (poza tą scenę jakiekolwiek zainteresowanie występuje właściwie tylko raz, w łóżku Stevensa – Tommy’ego Lee Jonesa). Żeby nie było: doceniam grę Day Lewisa i uważam, że ponad roczne przygotowanie do roli zaprocentowało bardzo wiarygodną intepretacją postaci prezydenta; nominacja więc jak najbardziej zasłużona, ale statuetka, którą najpewniej otrzyma, będzie sporym nadużyciem. Sally Field do pięt nie dorasta swoim konkurentkom, a Tommy Lee Jones – który jest bez wątpienia wspaniałym aktorem – ma na swoim koncie o wiele lepsze role (dawniejsze), żeby wspomnieć choćby o ostatnim, śmiesznym przy rzekomej monumentalności Lincolna romansidle Dwoje do poprawki. A na dokładkę Joseph Gordon-Levitt – zaskakująco kiepski i odbierający sobie  sympatię wielu. Przykre to wszystko.
 
Nie będę pisała o zdjęciach, kadrach i innych montażach, bo się na tym zwyczajnie nie znam (o ile nie jest mi to podane na tacy, jak w Życiu Pi na przykład). Podobno to wszystko jest fenomenalne, rzemieślnicze, doskonałe. Ale jakie to ma znaczenie, gdy to, co najistotniejsze, jest nie do zniesienia?
 
Muzyka jak w Czasie wojny – nic specjalnego. Johnie Williamsie, lubiłam cię. What’s wrong with you?
 
Miało być krótko, wyszło jak zawsze. Wybaczcie. Chcę mieć pewność, że zrozumieliście i nie popełnicie tego błędu, co ja i wielu innych, którzy już dali Lincolnowi zarobić. Nie idźcie tą drogą, proszę, nie idźcie.
 
Czy polecam? Nigdy w życiu.

 

Źródło zdj.: amovieaweek.com

 

21 myśli nt. „Lincoln

  1. Mi się podobał mimo wszystko i te dwie i pół godziny minęły mi bezboleśnie. Patos i podniosłość były i owszem, ale jakżeby ich mogło nie być skoro to Spielberg i skoro mówimy o Lincolnie.

    Zadziwił mnie trochę Twój komentarz odnośnie długości filmów. Może to dlatego, że sam mam na odwrót i nie lubię filmów krótkich. Dwie godziny to minimum, wtedy mam poczucie, że oglądałem film, a nie jakąś telewizyjną produkcję czy wydłużony odcinek serialu W związku z tym takie giganty, które trwają po trzy godziny wcale mnie nie przestraszają, odwrotnie, z filmami, które trwają ledwo półtorej godziny mam większy problem.
    I jakoś nie zauważyłem trendu rozciągania produkcji ponad przeciętność, wręcz przeciwnie przecież, studiom zależy na tym by (szczególnie te większe) produkcje trwały jak najkrócej. Dzięki temu w ciągu jednego dnia kina mogą wyświetlać więcej seansów danej produkcji, a co za tym idzie, zarobić więcej na biletach.

  2. Moje wrażenia podobne, długo i ciągle polityka, rozmowy i nic więcej. Gra aktorska też mnie nie powaliła. Jak dla mnie najbardziej wyróżniał się Tommy Lee Jones.

  3. Akurat to jest najlepszy film Spielberga od czasu „Monachium”. Nie jest to rewelka, a zaledwie film dobry, jednak napewno nie zasługuje na takie „zjechanie”. Wybitne aktorstwo (TOMMY LEE JONES!!!!), kapitalna muzyka, porywające zdjęcia, odpowiednia długość – na minus zdecydowanie wykrojenie z życiorysu Lincolna tylko jednego fragmentu i słabe go przedstawienie. Film bije na głowę żałosny „Czas Wojny”, jeden z najsłabszych filmów, jakie widziałem w całym swoim życiu. Dla mnie „Lincoln” to kino typowo oscarowe, obejrzeć-zapomnieć, ale napewno nie kino tak słabe, by go nie polecać. Ot porządna, rzemieślnicza robota.

    quentinho

  4. Jeden z najgorszych filmów nominowanych do Oscara, nudny jak flaki z olejem. Dłużył mi się bardziej niż Aż poleje się krew, KOSZMAR !

  5. Dołączam do pro-lincolnowskiej opozycji. Nie zgadzam się z najważniejszym zarzutem, jaki tu stawiasz – ja tam najnowszym dziełem Spielberga się nie znużyłem (na pewno nie tak, jak „Czasem wojny”). Ja jednak interesuję się ogólnie historią, więc temat na film był przedni. Według mnie wyolbrzymiasz nieco „przeciętne” aktorstwo – Field i Lee Jones byli wyśmienici, tak samo zresztą jak Day-Lewis, choć zgadzam się, że Oscara dostać nie powinien (Phoenix z „Mistrza” bije go na głowę). Największym grzechem tej produkcji jest nadmierny patos i – jak mówiłaś – robienie „pod Akademię”. Zresztą, zapraszam do własnej recenzji ;) http://cinemacabra.pl/lincoln/

    • Czytałam Twoją recenzję zaraz po napisaniu swojej:) Szanuję Twoje zdanie, oczywiście. Nie napisałam, że aktorstwo Lee Jonesa było przeciętne – daleko mi od takiego stwierdzenia. Podtrzymuję jednak, że ma w swoim dorobku lepsze role (choć to takie stawianie w jednym rzędzie ról bardzo dobrych i bardzo bardzo dobrych:)). Natmiast Field nie zrobiła na mnie zupełnie wrażenia.

  6. W końcu ktoś się ze mną zgadza! A już myślałam, że tylko ja nie potrafię docenić „Lincolna”. Powiem tak: oglądałam w piątek i ledwo co dotrwałam do końca. Nie wiem, jak z tak ciekawej historii można zrobić tak nudny film. Do tego gra aktorska też nie rewelacyjna. Jeśli „Lincoln” dostanie Oscary w najważniejszych kategoriach, to się obrażę na Akademię :P

  7. No to znów jestem jedyny w opozycji (jak kiedyś przy Cosmopolis) :-P bo dla mnie Lincoln jest bardzo dobrym filmem, świetnie zagranym i bardzo dobrze napisanym, Tony Kusner napisał świetny scenariusz, w którym bohaterowie stworzeni są słów – ja wiem, że to mało popularny nurt w XXI wieku, gdzie liczy się szybki montaż i wystrzeliwanie słów z prędkością 60 na minutę (świetnym przykładem tego był Social Network), a do tworzenia takiego obrazu ze słów Kushner jest doskonałym kandydatem (na podstawie jego sztuki powstały Anioły w Ameryce, napisał też scenariusz adaptowany do Monachium, więc ze Spielbergiem już współpracował). Podobną rzecz zrobił kiedyś Tom Hooper w mini serialu John Adams – pewnie na Spielberga sypnęło by się mniej gromów, gdyby postawił na telewizyjną formę, ale dokonał moim zdaniem niezwykłej sztuki i udało mu się sprawnie zmieścić historię w formie pełnometrażowego filmu. Warto też pamiętać o jeszcze jednej rzeczy – dla Europy to może być tylko film historyczny, w ameryce dotyczy jej tożsamości i nie bez znaczenia jest tło polityczne, film opowiada się po stronie republikanów, a prezydent Obama wspierany przez Spielberga (kampania uzyskała dotację ze studia Dreamworks) została przeniesiona na termin już po elekcji, mimo to wydaje mi się jest ważnym głosem w prezydencji obecnego Lidera USA (przemowa Lincolna o pokoju ze wszystkimi państwami – wydaje się być trochę pobożnym życzeniem, a mimo to na tym haśle opiera swoją politykę Obama).

    Kurtularny – o tym co wspominasz odnośnie Filmwebu – to smutne, że ludzie tam w większości dyskutują tylko obrażając się wzajemnie (nawet przez wytykanie że trzeba było wybrać film z superbohaterami), m.in dlatego wypisałem się z tego portalu, dla mnie Lincoln nie był nudny, ale rozumiem, że może być tak odbierany – ja zupełnie czasu projekcji nie poczułem jako dotkliwego, bo historia mnie wciągnęła, dla mnie ciekawie ujęto wątki w czasie i film ma dobre proporcje

    Izabela – ja jeszcze się nie wypowiem, czy Day-Lewis powinien / nie powinien dostac Oscara, bo nie widzialem wszystkich nominowanych wystepow. Do tej pory moge porownać tylko z Jackmanem z Nędzników i nad nim odtwórca Lincolna popisał się większym warsztatem niz Jackman.

  8. No właśnie! W swojej recenzji porównałem ten film do podręcznika historii – zbyt długi, nudny, skupiający się na szczegółach, które fascynatów tego okresu w historii zachwycą, innych – śmiertelnie wynudzą. Rzecz jasna, dostało mi się już też od fanów filmu, bo przecież „on nie jest nudny, tylko skoro oczekiwałem strzelaniny i superbohaterów, to nic dziwnego, że mi się nie podobał” (coraz bardziej śmieszą mnie argumenty ludzi na filmwebie i komentujących z oburzeniem niektóre recenzje ;) )

  9. Skasował mi się komentarz – w każdym razie, filmu jeszcze nie widziałam a zamierzam. Trochę razi mnie pojazd po Day-Lewisie, nie otwarty oczywiście. Wszędzie gdzie czytam wychodzi na to, że Oscara nie powinien dostać. Wszystkich kandydatów nie widziałam jeszcze więc trudno mi ocenić, ale „karać” go tylko za to, że jest profesjonalistą? Dziwne.

  10. No trzeba przyznać, że ostro jedziesz i po Lincolnie i po Akademii. Ale masz rację, nie sposób się nie zgodzić. Dla mnie Oscary już od kilku lat nie prezentują żadnej wartości, choć zawsze w jakiś sposób się nimi ekscytuję, ale przecież co roku dostarczają mi więcej zdenerwowania niż emocji. Najlepsze – moim zdaniem – filmy każdego roku są albo pomijane, albo trzymane daleko z tyłu a zwyciężają tytuły prezentujące cokolwiek przeciętny poziom. Górę biorą względy pozafilmowe. I tak jak piszesz – o Lincolnie będzie na Oscarach głośno, swoje zgarnie. Tylko czy słusznie? Nudna, patetyczna laurka, w której najjaśniej świeci Day-Lewis, prezentujący się o kilka poziomów wyżej od samego filmu.

    Pozdrawiam

  11. No ale taka prawda. Filmy nominowane do Oscara to piękne filmy, ale nudne. Dlatego ja oglądam wszystkie filmy nominowane, ale w domu. Wtedy mogę zatrzymać i obejrzeć ponownie jutro. Polecam, bo film tak nie męczy, jak się go by oglądało ciągiem :)

  12. Czyli ten film zabiło to, czego się najbardziej obawiałem: nuda. Pewnie produkcja dostanie co najmniej pięć Oscarów, a Spielberg zarobi pieniądze na następną superprodukcję. ;)

  13. Też mnie ten film zmęczył i znudził…co najmniej jakbym maraton przebiegła,tylko bez adrenaliny i endorfin które sie wtedy wydzielają…tu tylko żółć może sie wydzielić i spowodować wrzody…
    Co do długości filmów…to według mojej teorii po prostu mają pieniądze by kręcić długie obrazy…pamiętasz może parę lat temu strajk scenarzystów? wprawdzie dotyczył scenarzystów serialowych,ale dotknął tez produkcje kinowe i były one zdecydowanie krótsze.
    Co do muzyki filmowej Johna Wiliamsa to mam wrażenie że od lat pisze to samo,każda jego ścieżka brzmi dla mnie podobnie,ale kasę za to i tak bierze co by nie napisał.
    Oskarami z kolei nie warto sie przejmowac,w końcu idzie za tym ogromna machina marketingowa,a może nawet i jakieś lobby za tym stoi,w końcu pełno ich w Stanach….a filmy są i tak oceniane przez znudzonych życiem dziadków :) Szkoda tylko,że to napędza ludzi do kin,a nie to czy film wniesie coś do naszego życia,światopoglądu i czy będzie dla nas formą odpoczynku od dnia codziennego oraz rozrywką…

    Pozdrawiam i czekam na kolejną recenzję :)

    • Wiesz co… no może coś w tym jest, choć nie czuję się przekonana do takiej strategii. Mam wrażenie, że kiedyś kręciło się długie filmy tylko wówczas, gdy twórcy mieli coś mądrego i ważnego do powiedzenia. I to była bardzo uniwersalna rzecz. Dziś też mają dużo do powiedzenia, ale jest to takie bardzo „ich”, że przeciętny widz nie umarłby, gdyby się o tym nie dowiedział, po prostu.

      Co do dziadków z Akademii… Mogłabym godzinami się nad nimi pastwić, więc oszczędzę nam czasu i powiem, że masz po prostu rację:)

  14. Film o koniu, który orał pole był jednak gorszy ;) „Lincolna” obejrzałem niejako też z obowiązku, nawet nie pamiętam czy na nim spałem. Było trochę lżejszego podejścia za sprawą choćby historyjek Abrahama, ale że film jest za długi to nie ulega wątpliwości. Każdy wiedział jak się skończy i że zgarnie nominacji deszcz od dziadków z Akademii, którzy pewnie pamiętają jeszcze Lincolna z podwórka.

    • Niemożliwe… Czy mnie oczy nie mylą? Rodion? No pacz, że trzeba było aż nudnego Lincolna obejrzeć, żebyś wyszedł z mroku:)

      A tak poważnie: będziesz się z tego konia do końca życia nabijał, co? Film był, jaki był, wiadomo, ale i tak podobał mi się bardziej, będę się tego trzymała. Ale ogólnie to przykre jest wszystko strasznie, bo Stiwen ma w końcu na swoim koncie filmy rewelcyjne (Lista, Ryan, Terminal choćby, że już o Jurrasicu nie wspomnę), więc nie wiem, skąd to wszystko. Zdziadział facet chyba, i tyle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.