Listy do M.

LISTY DO M
Wszyscy o tych Listach… mówili. Wszyscy, wszędzie i na okrągło – że rewelacja, że śmiechu po pachy, że chusteczki się przydają, że to, że tamto. I te niebotyczne kolejki do kin – trzeci tydzień film grają, a tu nadal całe sale wypełnione, ciężko o fajne miejsce. Choć naprawdę chciałam zobaczyć, jakoś powoli przestawałam mieć ochotę brać udział w tej masowej ekscytacji. Ale że małżonek sprezentował mi na imieniny bileciki, cóż było zrobić – ruszyliśmy za tłumem i w otoczeniu gimnazjalistów z popcornem i facetów z megaczuprynami (wy też macie tego pecha, że wasze rezerwacje trafiają tuż za miejsce kogoś z bujnym fryzem?) z zamiarem nie denerwowania się zbytnio na niezbyt kameralne warunki seansu. 
 
Najpierw mamy Mikołaja (Maciej Stuhr) – znaczy nie tego prawdziwego, tylko tak nazwanego. Mikołaj pracuje w radiu, jest samotnym ojcem Kostka (Jakub Jankiewicz), a za szefową ma zimną jak lód Małgorzatę (Agnieszka Wagner), która nieczuła na błagania Mikołaja wpisuje mu nocny dyżur. W Wigilię. No właśnie – jest Wigilia i jest też dużo innych bohaterów. Na przykład Wojciech  (Wojciech Malajkat) – mąż Małgorzaty, który w drodze do domu spotyka małą dziewczynkę – Tosię (Julia Wróblewska), wałęsającą się wzdłuż ulicy. Kiedy zabiera ją do samochodu w celu podwiezienia do domu, jeszcze nie wie, jak wielką rewolucję ta mała dokona w jego życiu. Jest też Szczepan (Piotr Adamczyk) – sfrustrowany ojciec jeszcze bardziej sfrustrowanej Majki (Anna Matysiak) i mąż udającej wszystkomijednyzm Kariny (Agnieszka Dygant). Mamy również Mikołaja (Tomasz Karolak) – tego całkiem już realnego, dla którego bycie Mikołajem jest najgorszym, co go spotyka – czego nie omieszka udowadniać na każdym kroku czyhającym na niego w krzakach bachorom. Jest i Doris (Roma Gąsiorowska) – nieszczęśliwa singielka, która szuka miłości i pod maską obojętności chowa ogromną tęsknotę za miłością i rodziną. No i jej szef – Wladi (Paweł Małaszyński), którego matka Malina (Beata Tyszkiewicz) wciąż umiera z nadmiaru trosk, jakich syn, naturalnie celowo, jej przysparza. A, i jeszcze Betty (Katarzyna Zielińska) – siostra Małgorzaty, która czeka na rozwiązanie wielu swoich życiowych spraw. Dużo bohaterów, dużo historii, które – jasna sprawa – krzyżują się w cudowny sposób i tworzą niepowtarzalną mozaikę emocji i wyborów. 

Najpierw było chyba Love Actually, prawda? Świąteczna atmosfera, plejada gwiazd i noc cudów, w której uczestniczą – do dziś w uszach dźwięczą słowa kultowego „Christmas is all around”: I feel it in my fingers, I feel it in my toes. Christmas is all around me and so the feeling grows… Później na fali popularności tej świątecznej komedii romantycznej zaczęły mnożyć się podobne produkcje, bazujące w dużej mierze na ciepłych, wzruszających historiach i znanych nazwiskach w obsadzie. Z ostatnich – choćby ubiegłoroczne, niezbyt zresztą udane, Walentynki czy właśnie wchodzący do kin ich sequel Sylwester w Nowym Jorku. Także i my doczekaliśmy się więc polskiego Love Actually – choć u nas akurat błyszczenie Karolakami czy innymi Szycami jest już niemalże cechą rozpoznawczą polskiego kina komediowego w ogóle… Okazało się jednak, że z banalnych historii ze światełkami, choinkami i śniegiem w tle i aktorów, którzy są z nami już tak bardzo wszędzie, że prawie wpadają nam w ręce, gdy otwieramy nasze polskie lodówki, da się zrobić coś nie tylko miłego, ładnego i ciepłego, ale i całkiem dobrego. Bo Listy do M. są naprawdę niezłym filmem. To dziwi, bo wśród romantycznych komedii ostatnich lat ze świecą szukać czegoś, co dałoby się obejrzeć na trzeźwo i czego schematyzm wcale nie opiera się jedynie na ckliwej historii z chwilowo nieszczęśliwą miłością w tle (najbliżej znalazłoby się chyba dopiero Nigdy w życiu i może Rozmowy nocą). Są więc Listy… filmem bardzo sensownie pomyślanym: nic nie jest w żadną stronę przesadzone, humor (zarówno sytuacyjny, jak i słowny) jest naprawdę na poziomie, żarty nie są wymuszone, historie nie aż tak bardzo naciągane, żaden z aktorów nie rzuca się przed kamerą na wszystkie strony, żeby pokazać, jakim to on jest super-duper aktorem – no wszystko tak z umiarem, że aż się chce oglądać. Może i historie są banalne, może i wszędzie chodzi właściwie o jedno – o miłość, może i product placement wycieka z  każdego kąta i może na pewno przez sprzedawanie tej ckliwej, słodkiej, warszawskiej miłosnej mozaiki wigilijnych cudów, producenci będą mieli wypchane konta bankowe w ramach bożonarodzeniowych prezentów. Ale, jak mawia klasyk, walczący z wielbicielkami futer – reguły? who cares, throw it out the garbage, I don’t care. Jest ciepło, jest zabawnie, jest wzruszająco, jest rodzinnie, jest fajnie – czegóż chcieć więcej?

 
A gry aktorskiej na przykład. Proszę – jest i gra. Po pierwsze więc, Maciej Stuhr. Kiedy seans się zaczął i próbowałam zwalczyć awersję do Karolaka, a przy tym przemóc się i wgryźć w klimat filmu, modląc się, żeby było w nim coś więcej poza genialnym jak zwykle Stuhrem (choć on sam w zupełności by mi wystarczył), kiedy więc walczyłam tak ze sobą, on był cały czas, nie potrzebując mnie już nawet zdobywać swym czarem. Jest niesamowity, prawda? Do tego Państwo Reżyserstwo i Scenariuszostwo doskonale skonstruowali i dobrali Stuhrowi rolę. Postać Mikołaja i jego relacja z synem jest rewelacyjna – kipi od ogromnych uczuć, życiowych mądrości i dobrego humoru, którego nie brakuje ani ojcu, ani synowi. Majstersztyk. Po drugie, Agnieszka Wagner. Wspaniała w roli królowej śniegu i otaczających ją ludzi, wyniosła kobieta z klasą – jej wdzięk i emocje, widoczne w kamiennej nawet twarzy, skonfrontowane z równie świetnie jak wyżej pomyślanej postaci i historii uwikłanego w tragiczną grę pozorów małżeństwa, daje jednen z najbardziej przejmujących obrazów filmu. Po trzecie, Wojciech Malajkat, którego pamiętam jeszcze z czasów Matek, żon i kochanek, bardzo ładnie z kolei odczarował swoje filmowe „ja”, bo ostatnio to można go było chyba raczej słyszeć (w dubbingach bajek) niż oglądać. Miłym zaskoczeniem był też Piotr Adamczyk, któremu chyba bardzo posłużyła współpraca z szaloną jak zawsze Agnieszką Dygant. W ogóle historia ich rodzinki i ich wzajemne relacje są jednym z najlepszych elementów komicznych (choć okraszonych mocno dramatyzmem, w gruncie rzeczy) Listów… Poza tym krótko: Gąsiorowska, której zbytnio jeszcze nie znam, nie była wcale tak bardzo drażniąca, jak zapowiadał to jej specyficzny styl mówienia, Karolak jest jednak niegłupi w tych swoich wygłupach, a Małaszyński i Zielińska, których niezbyt trawię, szczęśliwie dostali najmniej znaczące i najrzadziej się pojawiające role. Uff więc.
 
Mitja Okorn – kimkolwiek jest i skądkolwiek przybył – niechaj pozostanie i tworzy, bo chyba coś mu w głowie świta, że nie samym kolorowym plakatem na jedno kopyto człowiek polskie kino zdobywa.
 
No popatrzcież, żebym ja aż tak, o polskim filmie, i to romantycznym… Chyba to przez te święta, co?
 
Czy polecam? Pewnie, że polecam – szczególnie w ten przed-, śród- i poświąteczny czas.

 

Źródło zdj.: culture.pl

 

7 myśli nt. „Listy do M.

  1. miło się to czytało, ty tak słodko o naszym kinie… niezapomniane ;P

    tak się tylko obawiam że skoro tobie się podobało to pewnie mi też [chyba że za bardzo będzie mi przypominać kultowe Love Actually] i będę musiała zmienić mu przegródkę z fatalnie na da się znieść ;))

  2. W tym rzecz właśnie, że ten film to nie kolejna polska komedia dla kretynów, że skłania do refleksji, że zwyczajnie odpręża, że nastraja świątecznie i w końcu udowadnia, że da się jeszcze w Polsce zrobić film o prawdziwym życiu, w którym często więcej jest smutku niż radości.

    Niech więc ci producenci mają wypchane portfele na święta, na zdrowie! Who cares? I don’t :)

  3. Pewnie za rok będzie w TVNie, więc poczekam ;) Maciej Stuhr nie jest może tak rozchwytywany jak Adamczyk czy Karolak, ale to świetny aktor komediowy i z jego powodu postaram się obejrzeć ten film. I jeszcze dodam, że wspomniany w recenzji film „Love Actually” to najlepsza komedia romantyczna jaką widziałem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.