Medium

H1
Siadając przed telewizorem wiedziałam o filmie tylko tyle, że gra w nim Matt Damon. Wystarczyło.
 
Film rozpoczynają piękne zdjęcia azjatyckiego, nadmorskiego miasteczka. Francuska dziennikarka Marie LeLay (Cécile De France) przebywa tam wraz ze swoim partnerem i współpracownikiem. Gdy wychodzi na pobliski targ, by zakupić pamiątki, a kamera uparcie pokazuje morskie fale, już wiemy, że za chwilę wydarzy się coś złego. Żywioł tsunami przynosi Marie coś, czego istnienia nigdy nie podejrzewała. Klaps. Przenosimy się do Londynu, gdzie dwóch małych chłopców (bliźniaków) próbuje uporać się z nadużywającą narkotyków i alkoholu matką. Opieka społeczna, której usiłują wymknąć się z rąk, nie daje spokoju, ale – wkrótce – już tylko jednemu z nich. Klaps. San Francisco. Do zwykłego z pozoru robotnika przychodzi brat z kolegą, który bardzo potrzebuje skorzystać z usług Georga (Matt Damon). Usług, których ten już nie świadczy, bo dar, jaki wykorzystywał, stał się dla niego przekleństwem. Zanim wszystkie te trzy historie splotą się ze sobą (bo spleść się muszą, o tym wiemy od samego początku), George próbuje ułożyć sobie życie na nowo – pracuje w fabryce, zaczytuje się w Dickensie, wybiera się nawet na kurs gotowania, gdzie poznaje śliczną Melanie (Bryce Dallas Howard). Tylko czy uda mu się uciec od przeznaczenia?

 

Pytanie, które od tysiącleci zajmuje całą ludzkość: czy śmierć jest kresem wszystkiego, czy może coś po niej następuje? a jeśli tak, to co nas czeka? Choćbyśmy udawali obojętnych, rzecz każdego w jakiś sposób interesuje: czy po to, żeby lepiej żyć, gdy ma się świadomość, że to nie wszystko, czy choćby tylko po to, żeby zaspokoić ciekawość. Twórcy Medium podejmują to zagadnienie bardzo gwałtownie. Wizje Marie i Georga, badania naukowe, w które wczytuje się dziennikarka, „przypadek”, który ratuje życie małemu Marcusowi (Frankie McLaren) – mają być czytelnymi dowodami na to, że coś jednak jest na rzeczy. Problem tylko w tym, że już bardziej powierzchownie tematu tego liznąć się nie da. Nie że banalnie. Nikt nie stara się tu brutalnie oswajać śmierci, sypać frazesami czy głosić prawd wiary. I właśnie może ta powściągliwość odebrała produkcji jakikolwiek głębszy sens. Gdy wreszcie dochodzi do spotkania George’a i Marie, gdy pojawia się ta ulga i poczucie, że od teraz będzie już tylko przyjemne odbieranie wyjaśnień, film… po prostu się kończy. Kiedy zobaczyłam napisy końcowe, oczy mi wyszły z orbit, a z gardła wydobył się pełen zdumienia okrzyk: „Jaja sobie robicie?!”. Przerażenie było tym większe, gdy zobaczyłam coś, co jakimś cudem wcześniej mi umknęło: directed by Clint Eastwood. I tak przyszło mi z poczuciem lekkiego niesmaku i ogromnego niedosytu, zgodzić się z zaleceniami filmoznawców, by wielcy reżyserzy na starość nie przedkładali sił nad zamiary…

 

Czy polecam? I tak, i nie. Jeśli nie oczekujecie głębszych sensów i zadowolicie się płytkim zaserwowaniem wielkich problemów ludzkości, oglądać się będzie przyjemnie. Lub gdy – jak ja – uwielbiacie Damona i chcecie zobaczyć jego absolutnie rozbrajający uśmiech podczas odczytu prozy Dickensa. Pozostałym, niestety, muszę odradzić.
 

Źródło zdj.: cinemaviewfinder.com

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.