Młodość

Youth-La-giovinezza-3

Spotkanie z kinem Paolo Sorrentino jest dla mnie zawsze wielkim świętem. Aranżowane wyłącznie w jednym kinie, w bardzo świadomie dobranej porze i z pełną ufnością, że to, co zobaczę, zaspokoi mój apetyt na dobre kino i sprawi, że tuż po zakończeniu seansu będę chciała wrócić na miejsce i obejrzeć film jeszcze raz. Młodość – choć nie jest arcydziełem rangi Wielkiego piękna i od początku nie pretendowała do tego – dostarcza tego wszystkiego ze wspaniałą, włoską otwartością i hojnością.

 

Gdybym miała wymienić trzy rzeczy, które w filmach włoskiego reżysera szczególnie lubię, byłaby to harmonia, subtelna wytworność i oszczędny, osobliwy typ humoru bazujący na tragikomicznej rezygnacji i bezsilności. Pierwsza widoczna jest nie tylko w sposobie prezentowania miejsca i czasu akcji, ale także kreśleniu historii i konstrukcji postaci. Bohaterów filmów Sorrentino cechuje zawsze ten sam spokój, nabyta w procesie powtórnego dojrzewania harmonia, objawiająca się w pogodzeniu się (lub w walce o tę akceptację) z życiem, które toczą. Jest to, naturalnie, pewna forma ustąpienia upływającemu czasowi, pojednania się z samym sobą, uznania, że walka nie zawsze jest zasadna, bo z finałowego starcia można wyjść przegranym (świetnie widać to w procesie decyzyjnym Chayenne’a z This Must Be The Place). Taki jest też Fred Ballinger (przepysznie zagrany przez dystyngowanego, idealnie dobranego do tej roli Micheala Caine’a), wytworny, genialny kompozytor, który w nowym filmie reżysera odpoczywa w alpejskim luksusowym kurorcie, łudząc się, że w tym nudnym miejscu zaczerpnie trochę świętego spokoju, którego nie zmącą nieprzepracowane emocje i przeszłe decyzje.

 

Ta dystynkcja owiewa delikatną mgiełką cały filmowy świat przedstawiony przez Sorrentino. Nie jest bowiem prawdą, że taki efekt uzyskać można wyłącznie posługując się stworzonym już pięknem – jak w La grande belezza, gdzie niezwykłego szyku historii Jepa Gambardellego dodawał już sam Rzym. Dla Włocha nie ma znaczenia, czy wypuszcza swojego bohatera w międzykontynentalną podróż w poszukiwaniu własnej tożsamości, spaceruje z nim po wiekowych, urokliwych uliczkach Wiecznego Miasta, czy zamyka (ale tylko pozornie, bo w Młodości scen plenerowych jest zaskakująco dużo) w hotelu pod Alpami – zawsze tworzy w miejscu opowiadania swojej historii atmosferę wyjątkowości, dostojności. Te obrazy zachwycają nie swoją dosłownością, ale jakimś eterycznym powabem, który po prostu otula całą okołofabularną przestrzeń, z bohaterami – często do bólu ludzkimi – na czele. I wznoszą się – stylem kadrowania (przepiękna jest scena otwierająca film), prowadzeniem brzmień, zmianami tempa, nieprzewidywalnością akcji – wciąż ku górze, po więcej.

 

Nienachalny jest też humor Sorrentino. W Wielkim pięknie ginący często w intelektualnych dysputach wielkomiejskiej inteligencji, tu, w Młodości, dźwięczy całą mocą tragikomedii. To sztuka znaleźć w sytuacjach przykrych, nieśmiesznych odrobinę ciepła, przełamać ich gorycz słodkim grymasem porozumienia, stonować to, co trudne, zdystansować się do generowanej przez dane sytuacje powagi. Wyborne są tu dialogi głównego bohatera z młodym aktorem, uczącym się w kurorcie roli do nowego filmu (gra go wyśmienity, chyba najlepszy w swojej karierze Paul Dano) i poranne wymiany zdań z przyjacielem, Mickiem (poruszający szczególnie w ostatnim akcie Harvey Keitel) na temat, ogólnie mówiąc, sytuacji fizjologicznej kuracjuszy.

 

Jest tu też jedna scena, która wygląda na absurdalnie zabawną. Ale nie jest. To jedna z najsmutniejszych i najbardziej przejmujących scen, jakie widziałam w kinie i jakie generowała osobowość, a przede wszystkim tęsknoty jednostki. To scena na pastwisku, w której Fred Ballinger wciela się w rolę, którą, jak twierdzi, na zawsze już porzucił. Ponadprzeciętnie napisany, zagrany i ukazany obraz nostalgii.

 

Każdy z nas szuka w kinie swojego punctum, czegoś, co w szczególny sposób dotknie jego najczulszej struny, potrzeby, pragnienia. Może to być konkretna historia, ale też szeroka tematyka filmów, konkretny bohater lub tylko jego typ, nastrój, atmosferę, duch, który unosi się nad danym obrazem. Coś, co rani lub pieści, a nierzadko robi jedno i drugie jednocześnie. Czasem w jednym filmie, u jednego reżysera, aktora, kompozytora, czasem u kilku, często zupełnie od siebie różnych, proponujących całkowicie inne wizje świata i człowieka, mówiących o kinie, w kinie i kinem w odmienny sposób. Ja swoje punctum znalazłam między innymi właśnie u Sorrentino.

 

Czy polecam? Zawsze.

 

Źródło zdj.: cineclandestino.it

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.