Mów mi Vincent

fpo-photo3

Ależ to było zaskoczenie, mówię Wam. Ja, która nie cierpi Billa Murraya, Melissę McCarthy do dziś kojarzy wyłącznie z wiadomą sceną z Druhen, a na widok Naomi Watts na rurze i z rosyjskim akcentem dostaje drgawek, ja – ta sama – uznaję najnowszy film z tym składem za udany. Ba, nawet dobrze się na nim bawiłam, kilka razy się uśmiechnęłam, wzruszyłam. A najlepsze jest to, że mało który ostatnio oglądany przeze mnie film był tak przewidywalny i utkany z tak wielu stereotypów jak ten. Ciekawe?

 

Dla mnie bardzo, bo – serio – nie spodziewałam się po filmie debiutującego w długim metrażu reżysera (niejaki Theodore Malfi) tak umiejętnego połączenia prostych schematów, by dały film spójny, zabawny, wzruszający i ciepły jednocześnie. To prawda, że gdyby się przyjrzeć (nawet niespecjalnie uważnie) tej fabule, to nie jest ona ani oryginalna, ani porywająca, a już tym bardziej intrygująca. Wszystko zmierza ku konkretnemu zakończeniu, a wzloty i upadki bohaterów historii są jak punkty na liście „to do”. To sztuka mówić w sposób oczywisty tak, by nie tylko nie znużyć, ale nawet do siebie przekonać, sprawić, że widz, wyrzucający sobie w pierwszej połowie filmu, jak bardzo traci czas, w drugiej uświadamia sobie, że dał się złapać i co więcej – jest mu z tym dobrze.

 

Oczywiście, ogromna to zasługa charyzmatycznego Billa Murraya, dla którego odgrywanie postaci zrzędliwych, cynicznych mizantropów to bułka z masłem. To role stworzone dla niego i aktor świetnie się w nich odnajduje. Dla jednych rola tytułowego Vincenta będzie tylko odgrzewanym kotletem – smacznym, ale już nie tak świeżym jak wczoraj, dla innych dowodem na to, że taki warsztat aktorski się nie starzeje, a dobre role i wysoki poziom gry można utrzymać nawet po sześćdziesiątce.

 

Wyjątkowo przyjemną tworzą z Murrayem ekipę także McCarthy i Watts. Pierwsza odkrywająca nowe karty, portretująca się w roli dramatycznej i wypadająca w niej – jak wielu wspaniałych komików – zaskakująco dobrze. Watts, której przypadła rola karykaturalna, pełna kiczu i tandety, również świetnie sobie ze swoją postacią poradziła i jej interpretacja nie tylko nie razi, a nawet wzbudza ciepłe uczucia. No i Jaeden Lieberher w roli Olivera, małego mądrali, w którego usta włożono całą masę morałów i sentencji, jakich dziecko w jego wieku nigdy by nie wypowiedziało. I nawet to wypada fajnie.

 

Może dałam sobie zamydlić oczy, może film trafił dokładnie w mój jesienny nastrój, potrzebę filmowego ciepła i ładnej historii o przyjaźni. Ale jeśli tak, to nie tylko mi. Pierwsze dziesięć osób z moich znajomych na Filmwebie, które zobaczyło film i oceniło go, wystawiło mu ocenę 7/10. Niespotykana zgodność i konsekwencja. Dziesięć siódemek. Ja dołożyłam jedenastą.

 

Czy polecam? Tak.

 

Źródło zdj.: stvincentfilm.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.