Najlepszy [recenzja]

najlepszy-film

Najlepszy nie bez powodu był na tegorocznym festiwalu w Gdyni jedną z najbardziej oczekiwanych premier. To film Łukasza Palkowskiego, autora wielkiego hitu frekwencyjnego sprzed trzech lat – Bogów. Filmu, który wielu widzom przywrócił wiarę w polską kinematografię, bo okazało się, że można ciekawie, z humorem, bez żenady i jeszcze po polsku. Najlepszy ma duże szanse podtrzymać tę wiarę, bo choć nie jest to film bez wad, ma trzy cechy, które gwarantują nie tylko oglądalność, ale i sympatię widzów: pełnokrwistego bohatera, którego da się lubić i któremu się kibicuje, historię pełną wzlotów i upadków, którą się śledzi z wypiekami na twarzy, i humor, który burzy mury największego zniechęcenia.
 
Także tego, które powstaje po obejrzeniu pierwszej połowy filmu. Bo – trzeba o tym od razu powiedzieć – Najlepszy to film piekielnie nierówny. Co jednak ciekawe, nierówności te nie są, jak to zwykle bywa, rozłożone na całej długości filmu, a kumulują się niemal wyłącznie w pierwszej jego części. To tzw. ciemny okres w życiu bohatera, Jerzego Górskiego (bardzo udany występ Jakuba Gierszała), znanego sportowca, który do swojego życiowego powołania docierał wyboistą drogą nałogu. To właśnie jego uzależnienie od narkotyków i związany z tym upadek portretuje na początku filmu Palkowski. Moim zdaniem – bardzo nieudanie. Sposób prowadzenia tego wątku jest do bólu stereotypowy, przypomina teatr, nie rzeczywistość, a nadekspresyjność aktorów jest wprost nieznośna. W połączeniu z fatalną charakteryzacją „na zombie” (o wiele lepsze są tu kostiumy i scenografia), oglądając to, ma się ochotę wręcz parsknąć śmiechem (nie robi się tego, bo sceny te ilustrują poważne i tragiczne wydarzenia). Być może była to świadoma karykatura, ale nawet tak daleko idąca stylizacja powinna do siebie przekonywać. Ja kiwałam z niedowierzaniem głową, zastanawiając się, czy naprawdę nie pomyliłam sal i oglądam film Palkowskiego, a nie jakiegoś przypadkowego reżysera. Zresztą, nadal wolę wierzyć, że tę połowę reżyserował ktoś inny, a Palkowski wpadł na plan spóźniony i zaczął kręcić dopiero od połowy.

 

Bo też wszystko by na to wskazywało. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki film zyskuje na jakości dokładnie w swoim centrum, w momencie przemiany głównego bohatera, którego czekają bolesna terapia w Monarze i mordercze treningi. Co ważne, nie jest tak, że pierwsza połowa jest zła, bo obrazuje porażki, a druga super, bo pojawiają się jakieś sukcesy i z obrzydliwego narkomana wychodzi fajny, energiczny facet. Tu też pojawia się sporo mroku, bohater walczy z własnymi demonami (świetnie zilustrowanymi w scenie maratonu) i nie zawsze jest kolorowo. Ale dopiero tu ujawnia się wszchstronność twórców filmu – reżysera, nadającego filmowi rytm, scenarzysty, który ma wreszcie możliwość pobawić się językiem, zróżncować tonację, wprowadzić do fabuły nieco humoru, autorowi zdjęć, który uplastycznia świat postaci, wreszcie aktorów, reprezentujących postaci z różnych środowisk i tworzących wielobarwną mieszankę postaw, motywacji i emocji. Ogląda się to jednym tchem, a poszczególnym scenom towarzyszą i łzy wzruszenia, i salwy śmiechu, i zadowolenie, że wreszcie jest co oglądać.

 

W filmie pojawia się wątek romantyczny. O ile zwykle nie mam do tego zastrzeżeń – rozumiem, że nadaje to fabule jakiegoś wyrazu i jest rzeczą przez widzów mile widzianą, jeśli nie pożądaną – o tyle tutaj zastanawiam się, czy faktycznie jest on niezbędny. Może w scenariuszu zabrakło miejsca na umotywowanie relacji bohatera z śliczną Ewą (w tej roli nagrodzona za debiut aktorski – niekoniecznie słusznie – Kamila Kamińska), może ta intencja jest gdzieś w domyśle, ale gdyby wyciąć bohaterkę z filmu, mam wrażenie, że bohater spokojnie by się bez niej obszedł, a i nikt tak naprawdę jej nieobecności by nie zauważył. Podobnie jest zresztą z rodzicami Jerzego, którzy są gdzieś obok, może trochę tłumaczą młodzieńcze wybory chłopaka (a może zupełnie nie?), ale potraktowani są znów tak stereotypowo, że nawet grający ich aktorzy, Magdalena Cielecka (kolejny raz apeluję, by nie obsadzać tej świetnej aktorki w rolach sztucznie postarzonych mam głównych bohaterów!) i Artur Żmijewski (to zdecydowanie nie jest aktor, który powinien grać negatywne postaci) nie wysilają się za bardzo, by zaznaczyć tam swoją obecność.

 

Wielu krytyków określa Najlepszego najbardziej hollywoodzkim filmem ostatnich lat. Mają na na myśli, jak podejrzewam, fakt, iż historia Jerzego Górskiego to typowy biopic o charakterze rozrywkowym, który trafi do mas, bo porusza uniwersalny temat walki z własnymi słabościami i spełnienia marzeń ciężką, pełną pokory pracą, a przy tym jest zabawny, zagrany lubianymi twarzami (oprócz Gierszała pojawiają się tu m.in. Gajos, Woronowicz, Kot i Jakubik, który jak zwykle kradnie cały drugi plan). Nie jest to z pewnością obraz, którego analiza będzie wypełniała podręczniki filmoznawstwa i zajmowała krytyków przez lata, ale naprawdę trudno tej historii nie polubići nie ucieszyć się, że została zekranizowana, i to w tak inspirujący sposób. Można mieć zastrzeżenia, ale koniec końców takżę satysfakcję, że znów jest co polecić znajomym, pytającym o dobry, polski film.

 

Czy polecam? Tak.

 

Źródło zdj.: aktivist.pl

 

2 myśli nt. „Najlepszy [recenzja]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.