Narcos – czy warto oglądać?

narcos

7. pozycja w rankingu seriali naszego macierzystego serwisu filmowego była zdecydowanie wystarczającą zachętą do sięgnięcia po hit platformy Netflix – Narcos. Pytanie było następujące: czy popularność serialowej biografii jednego z największych narkobossów w historii, Pablo Escobara, to wynik doskonałej pracy twórców i obsady produkcji, czy raczej renomy samego Netflixa, którego kolejne premiery rozgrzewają do czerwoności i krytyków, i widzów, a przy tym sprawiają wrażenie z góry „skazanych” na sukces. Jedno i drugie? A może ani jedno, ani drugie?

 

Na pewno trzeba serialowi oddać to, że miał na siebie pomysł. Seriali biograficznych wbrew pozorom wcale nie mieliśmy okazji oglądać wiele. Jeśli traktować dramaty historyczne w kategorii biografii, to oprócz kultowej Rodziny BorgiówWspaniałego stulecia Dynastii Tudorów, niewiele produkcji małego ekranu zaskarbiło sobie w ostatnim czasie sympatię szerszej publiczności, a i są to przecież portrety postaci sprzed wieków. Skąd ta rezerwa w czasach, gdy filmowcy wręcz biją się o prawa do ekranizacji losów wybitnych i ciekawych postaci i na potęgę mnożą produkcje nawet o tych samych osobach? Z pewnością problematyczny jest już sam scenariusz – nie każda postać, nawet jeśli stwarza wrażenie absorbującej i atrakcyjnej dla widza, „wypełni” kilkanaście, a często i kilkadziesiąt odcinków serialu. Fabuła większości filmów biograficznych skupia się na najważniejszych wydarzeniach z życia bohatera i choć często czujemy po seansie niedosyt – chciałoby się spojrzeć na postać szerzej i głębiej – nietrudno przyznać, że o ile film 3-godzinny miałby rację bytu, o tyle produkcja 10-godzinna mogłaby już zbytnio rozwlekać historię. A na to żaden producent – czy to filmu, czy serialu – pozwolić sobie nie może.

 

narcos-moura

Wagner Moura jako Pablo Escobar poraża bezwzględnością. Nie chcielibyście mieć z nim do czynienia.

Podejrzewam, że twórcy Narcosa stanęli przed podobnym pytaniem. Cała zabawa polegała jednak na tym, że zamiast na nie odpowiadać, po prostu je zignorowali i zrobili to, co powinno zrobić wielu twórców przed nimi – uwierzyli w swoją wizję i przekonali wpływowe osoby, że to się sprzeda. I, jak pokazują wyniki oglądalności serialu na samej platformie Netflix, zwyczajnie mieli rację.

 

Trudno jednoznacznie stwierdzić, na czym polega fenomen Narcosa. Nie jest to serial, który wciąga od pierwszej minuty i który pochłania się niemalże jednej nocy, jednak nie sposób odmówić mu wartkiej akcji i twistów (choć nie wiem, czy w przypadku produkcji biograficznej można tu w ogóle mówić o jakichkolwiek zaskoczeniach). Tak jak nakręcał się narkobiznes Escobara, tak nakręca się spirala uwagi widza, pochłoniętego nie tyle samymi wydarzeniami, co często ich absurdem, brutalnością i bezprawiem. Śledzenie losów, a właściwie taktycznych kroków bohatera, jest z jednej strony odkrywaniem nieznanego lądu, charakteryzującym się rosnącym zdumieniem i mającym czystą wartość poznawczą, z drugiej – pokusą zakazanej wiedzy, możliwością podglądnięcia świata, do którego większość z nas nigdy nie będzie miała dostępu (choć ręka w górę, kto nie pozazdrościł Pablowi dochodów;)). I jako taki serial sprawdza się znakomicie.

 

real-pablo-escobar

Zwykły facet z lekką nadwagą. Lubił pokopać w piłkę i wychodzić do ludzi. Tylko przy okazji miał na koncie ok. 30 mld dolarów i zlecił tysiące zabójstw, w których ucierpieli niewinni Kolumbijczycy.

Oczywiście, jak zwykle bywa to w przypadku produkcji, w których historia spoczywa na barkach jednej, głównej postaci, ogromna w tym zasługa odtwórcy roli Pablo Escobara, Wagnera Moury. Brazylijski aktor zmienia się tu nie do poznania. Jego pomysł na bohatera skupia się właściwie na grze twarzą – serialowy Pablo Escobar to facet, z którym nigdy nie chcielibyśmy skrzyżować spojrzenia. Jego stalowy wzrok nie tylko zabija od pierwszego wejrzenia, ale wcześniej ćwiartuje i pali na kawałki. To fenomen nie tylko tej roli i jej interpretacji, ale też rzeczywistego Escobara, który jako korpulentny pan nie miał w teorii prawa wzbudzać takiej estymy wśród współpracowników i partnerów biznesowych, a terroru u władz. Jego bronią była więc zimna krew, stalowe nerwy i okrutna bezkompromisowość, która nie pozwalała dać nikomu drugiej szansy. I Moura doskonale te cechy Escobara uwypukla.

 

Warte docenienia jest też mocno lokalne osadzenie serialu. Choć produkcja jest amerykańska, dominującym językiem dialogów nie jest angielski (amerykański), a gros obsady to aktorzy południowoamerykańscy (brazylijscy, chilijscy, meksykańscy). Świetnie podkreślony jest też naturalny koloryt Kolumbii i czasów, w których rozgrywały się wydarzenia. Mimo jednak ogromnego szacunku do kreacji serialu, w swojej ocenie Narcosa jestem daleka od przypisywania mu arcydzielności. Coś sprawiło, że serial nie rzucił mnie na kolana i nie wpisał się automatycznie na listę absolutnych liderów mojego osobistego rankingu seriali. Ciężar winy zrzucam po części na szalenie irytującą narrację w wykonaniu amerykańskiego agenta, którego postać jest napisana i zagrana wprost koszmarnie. Trudno znaleźć usprawiedliwienie tej niedbałości, bo już na przykład partner Murphy’ego – Peña (w tej roli Oberyn z Gry o tron!) – jest przedstawiony o wiele sensowniej. Ale to też cała seria drobnych rozwiązań fabularnych, których skrótowość, płytkość jest wprawdzie rekompensowana przez tempo akcji głównej, ale trudno ich jednak nie dostrzec. A wszystko to zawsze wpływa na ostateczne wrażenia.

 

Nie mniej jednak pierwszy sezon Narcosa to kawał dobrej produkcji, który warto obejrzeć choćby przez wzgląd na fabułę (tym bardziej, jeśli postać i losy Pablo Escobara nie są nam znane) i fantastyczny występ Wagnera Moury.

 

Czy polecam? Tak.

 

Źródło zdj.: film.onet.pl

 

Jedna myśl nt. „Narcos – czy warto oglądać?

  1. No i kolejny serial do którego „czaję się” od dawna i jakoś, sama nie wiem dlaczego, oglądam rozmaite bzdety zamiast właśnie „Narcos” czy „Gomorra”. Nie wiem na co czekam, bo obejrzeć CHCĘ :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.