Nie ma tego złego

smukke_men_02
Chodzę z tym duńskim filmem w głowie już jakiś czas. Parę godzin się zastanawiałam, jaką mu wystawić ocenę, potem ze dwa razy ją zmieniałam, aż wreszcie się określiłam i – więcej – stwierdziłam, że warto o nim tu wspomnieć. Dlaczego? Bo to niezwykle czuły głos w temacie samotności – różnych jej wymiarów, twarzy, czasem bardzo smutnych, ale czasem też bardzo przewrotnych.
 
Ingeborg (Bodil Jørgensen), Anna (Mille Lehfeldt), Anders (Henrik Prip) i Jonas (Sebastian Jessen) – czworo ludzi i cztery oblicza samotności oraz pragnienia bycia potrzebnym, kochanym. Ich losy w przedziwny sposób splatają się, ale czy więź, utworzona w tak nienaturalnych, odrażających okolicznościach, może być początkiem prawdziwego uczucia?

 

Nie ma tego złego…, co by na dobre nie wyszło. Nie wiem, co oznacza duński tytuł filmu, ale polski – o dziwo – całkowicie odpowiada treści. Bo to, co spotyka bohaterów, choć dziwi, przeraża i odrzuca, uczy czegoś bardzo ważnego ich i nas, siedzących bezpiecznie w ciepłym kinie/domu, daleko od problemów, z którymi muszą zmagać się filmowe postaci. Uczy, że marzenia nie muszą być wcale spektakularne, a drodze do ich spełnienia daleko do rajskiej autostrady. Że samotność piecze niemiłosiernie, ale też, że jest uszczypliwa i pełna ironii. Że w gruncie rzeczy ciepło jest blisko i że warto docenić to, co daje los, jakkolwiek pokrętnie by to nie czynił. Samotność w filmie Munch-Falsa to nie tylko ten fizyczny brak drugiej osoby; to przede wszystkim poczucie wyobcowania i samodzielne odizolowanie się od społeczeństwa: autodestrukcyjnym postrzeganiem własnej osoby, nieefektywnym zmaganiem się z własną chorobą, złym pojmowaniem własnej atrakcyjności, wreszcie – kulawym, siłowym wpasowywaniem się w środowisko, które nie odpowiada własnej osobowości. I tego konsekwencje: czasem zabawne i żenujące, niekiedy odpychające i obleśne, innym razem niewiarygodne i przerażające, zawsze jednak intrygujące i ujęte w niesamowicie wrażliwy, szczery sposób.

 

I pomyśleć, że Nie ma tego złego to debiut Mikkela Munch-Falsa… Aż ślinka cieknie po więcej.

 

Czy polecam? Tu nie trzeba wiele mówić. Nie ma tego złego to film niewygodny, odpychający i brzydki, ale ostatecznie zostający w głowie jako rzecz warta uwagi. Bardzo warta. Polecam.

 

Źródło zdj.: xplay.dk

 

8 myśli nt. „Nie ma tego złego

  1. Podejrzewam, że w moim kinie tego filmu nie puszczą, więc będę musiał poczekać na DVD. Twoja recenzja, a szczególnie trzeci akapit zaważył na tym, czy obejrzę tą produkcję. Spotykam się z tym tytułem po raz pierwszy i jestem pewien, że w najbliższym czasie go obejrzę :)) Pozdrawiam i zapraszam do siebie :)

  2. Klapserko chciałem Cię poinformować, że APETYT NA FILM WYGRAŁ KONKURS NA NAJLEPSZY BLOG na Filmowym Abecadle. Chciałbym Cię poprosić o wysłanie na mojego e-maila filmowe.abecadlo@onet.pl reklamy twojego bloga, abym mógł zrealizować nagrodę (miesięczna reklama na moim blogu). Gratuluje ! :)

  3. Właśnie dlatego, że jest jak to napisałaś „niewygodny, odpychający i brzydki”, to chętnie go obejrzę, gdyż czasem trzeba spojrzeć prawdzie w oczy.
    Te filmy w których aktorzy są wymuskani, wypięknieni i taka C. Diaz ma wydłużone nogi są już dla mnie męczące.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.