Nieracjonalny mężczyzna

16

Jeszcze kilka lat temu mój brak sympatii do kina Woody’ego Allena spotykał się z mieszanymi reakcjami. Fani reżysera, słysząc o mojej niskiej ocenie, potrafili wręcz się obrażać, z wyższością stwierdzając, że nie jestem wystarczająco dojrzała, by zrozumieć takie kino (serio). Dziś w dyskusjach o nowych filmach Allena nawet oni są bardziej powściągliwi, dostrzegając coraz mocniej brak pokory i silne parcie na szkło wytwórni filmowych współpracujących z reżyserem i jego samego twórcze lenistwo, każące mu co roku opowiadać widzowi tę samą historię, coraz częściej z tymi samymi bohaterami (i nawet aktorami). Nieracjonalny mężczyzna nie jest tu żadnym wyjątkiem.

 

Mamy tu więc znów opowieść lekką, łatwo przyswajalną i zabawną, podszytą ironią i dwuznacznym dowcipem, która trafia celnie zarówno w potrzeby widza mało wymagającego, nastawionego na niedzielną rozrywkę, jak i odbiorcę, szukającego w kinie tematów uniwersalnych, odwiecznych pytań o sens istnienia, podejmujących kwestie złożoności relacji międzyludzkich i prób odnalezienia się w nich. Główny bohater to kolejna odsłona dojrzałego człowieka z problemami, zmagającego się ze skrywaną lub całkiem jawną depresję, który wikła się w związki niedające (niemogące mu właściwie dać) satysfakcji, szukający sensu życia i odnajdujący go – może tylko pozornie – w zdarzeniu kuriozalnym. Ta nić fabularna rozwija się w pełen absurdu ścieg, którego kolejne supły i zapętlenia generują mnóstwo tragikomicznych scen. Dla jednych – przezabawnych (para obok mnie bawiła się przednio, założę się, że szaleją za Allenem), u innych – takich jak ja – wywołujących ziewnięcie i znużenie. Specyficzny humor, mówią. Trochę tak, ale trochę też nie.

 

Bo i daleko mi do wylewania na Woody’ego Allena żółci z własnego, repertuarowego niespełnienia. Oglądając i nadrabiając od dawna jego filmy wiem, czego mogę się po nich spodziewać i że nigdy nikogo nie powinno się skreślać. Dawne filmy Allena, jakkolwiek niewychodzące na wprost moich oczekiwań, były filmami oryginalnymi, stylowymi, bardzo charakterystycznymi, które nawet jeśli rozczarowywały, to robiły to na zupełnie innym poziomie niż te aktualne i wypływały raczej z subiektywnych oczekiwań niż ogólnych potrzeb. Ale i wśród nowych filmów reżysera wcale przecież nie ma opowieści wyłącznie nieudanych lub udanych tylko w połowie. Blue Jasmine to jeden z lepszych filmów z kobiecą rolą główną ostatnich lat, a O północy w Paryżu jest przeuroczą laurką wypisaną Paryżowi lat 20., światowi sztuki i kultury. To i fakt, że do swoich filmów Woody Allen (a właściwie zajmująca się castingiem u Allena od długich już lat Juliet Taylor) zaprasza fantastycznych, topowych aktorów (sama na Nieracjonalnego mężczyznę poszłam niemal wyłącznie dla Joaquina Phoenixa, którego grę ogląda się tu jak zwykle świetnie, choć rola do najwybitniejszych na pewno nie należy) sprawia, że większość z nas nie będzie się specjalnie opierać i kolejny film reżysera obejrzy. Już w przyszłym roku, jak sądzę.

 

Mimo smutnego wydźwięku problematyki poruszanej przez Allena w Nieracjonalnym mężczyźnie, fabuła filmu jest bardzo naiwna, momentami nawet zbyt lekkostrawna. Niewiele tu sensownych, dłuższych dialogów (najciekawsze sceny urywają się w momencie gdy rozmowa ma szansę wkroczyć na wyższy poziom), zwariowanych dyskusji z udziałem kilkorga bohaterów (jedno z niewielu fabularnych narzędzi allenowskich, które bardzo u reżysera doceniam i lubię), scen faktycznie śmiesznych, pozwalającym się odprężyć i jednocześnie pokiwać z uznaniem głową, wreszcie – nie ma tu za grosz autentyczności. Bohaterowie są śliczni (Emma Stone wygląda przepięknie nawet w babcinym golfie), ślicznie razem wyglądają, ślicznie się kłócą, złoszczą, bawią, pocieszają. W tle ich bycia przewijają się ładne krajobrazy, obowiązkowe wybrzeże, park, klasyczny, amerykański kampus z trawnikami, o których polscy studenci mogą tylko pomarzyć. Allen, nawet gdy nie urządza pokazu widokówkowych miejsc must visit w europejskiej stolicy, dopieszcza stronę wizualną w takim stopniu, że miejsce akcji jest w równym stopniu piękne, co nierealne.

 

Sporo jest tu też rozwiązań, które – chyba niecelowo – spowalniają akcję. Narracja z offu nie wnosi do fabuły zbyt wiele, postaci powtarzają to, co już pokazano lub czego widz dawno się domyślił, punkt zwrotny przyspiesza chwilowo akcję, ale nie dynamizuje jej na stałe, a finał – finał jest przewrotny, całkiem sympatyczny, ale czy oryginalny? Chyba nie. Wszystko to sprawia, że Nieracjonalny mężczyzna dłuży się mimo całkiem znośnej długości, a po seansie wylatuje z głowy szybciej niż do niej wleciał.

 

Czy polecam? Nie, choć fani Allena nie będą z pewnością tak rozczarowani jak ja – w końcu dostaną prawie to samo, co zwykle i co zawsze im się w filmach reżysera podobało. Pozostałym raczej odradzam; wakacje się kończą, w kinach coraz więcej ciekawych tytułów; jest gdzie szukać alternatywy.

 

Za seans i gościnność dziękuję Cinema City.

 

Źródło zdj.: woodyallenpages.com

 

4 myśli nt. „Nieracjonalny mężczyzna

  1. Czytajac Twoje recenzje, przemyslenia….nie napotkalem recenzji o filmie Grand Budapest Hotel.Jesli nie ogladalas, bardzo polecam…czysta rozkosz ogladania.p

  2. Tak to już chyba jest z największymi reżyserami – często mówi się, że każdy ich film jest o tym samym. Allen, Malick, czy na przykład (trochę naciągając) Nolan.

    • Jest w tym trochę racji, co samo w sobie nie jest niczym złym. Każdy z nas opowiada jakąś historię, dla każdego ważne są określone kwestie, tematy. Leitmotivem wszystkich filmów Nolana jest m.in. czas, ludzka pamięć, problem nieskończoności, przekraczania granic. I pod tym względem zdecydowanie jest to jedna wielka opowieść. Trudność leży w tym, by tę opowieść pokazywać wciąż z różnych perspektyw, przekazywać ją za pośrednictwem różnych bohaterów i ich indywidualnych historii. Nie sposób powiedzieć, że „Interstellar” jest bardzo podobny do „Incepcji”, tak jak „Drzewo życia” nie jest drugą „Cienką czerwoną linią”. W przypadku ostatnich filmów Allena nie jest to już takie oczywiste.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.