Opowieść o miłości i mroku

film.org.pl_tumblr_n0yavwlizo1rf29u9o1_1280

Debiut reżyserski Natalie Portman jest jednym z tych filmów, których wartość odkrywa się dopiero po seansie. Miejsce lekkiego znużenia brakiem akcji, do której przyzwyczaiło nas kino, zajmuje podziw dla subtelnych kadrów i niedopowiedzeń, a z gąszczu retrospekcji wyłania się coś więcej niż tylko fragment wspomnień głównego bohatera. Te refleksje są cenne, ale druga strona medalu – stos nierówności i osobliwych rozwiązań – każe zastanowić się, jak duży jest nasz kredyt zaufania dla debiutujących po drugiej stronie kamery aktorów.

 

W przypadku Natalie Portman trudno bowiem go nie mieć. To niezwykle zdolna, zadziwiająco skromna i nieobecna w kręgu hollywoodzkich gwiazd aktorka, która ma na koncie wiele wspaniałych ról i równie dużo słów, którymi zyskała sobie szacunek zarówno krytyków, jak i widzów. Bardzo świadoma swojej przynależności narodowej, dumna z żydowskiego pochodzenia od lat powtarzała, że marzy jej się projekt, który pozwoliłby jej sięgnąć do korzeni i zabrać głos w sprawie, która leży jej na sercu. Adaptacja pamiętników jednego z najwybitniejszych pisarzy izraelskich, Amosa Oza, wydawała się być świetną drogą do realizacji tego celu.

 

Opowieść o miłości i mroku

Wybranie na swój debiut reżyserski adaptacji wspomnień znanego pisarza było dość bezpiecznym posunięciem. Mimo to w filmie nie brakuje politycznych nawiązań i wyraźnego głosu ws. kwestii żydowskiej.

Najciekawsze w tej zekranizowanej historii jest to, że w zasadzie opis filmu jest niezwykle mylący. Fabuła bazuje na wspomnieniach dojrzałego już wiekiem pisarza, to prawda, ale to nie on jest tu głównym bohaterem. Opowieść o miłości i mroku to film o jego matce, kobiecie, żonie, która wskutek życiowych doświadczeń, związanych zarówno z rzeczywistością wojenną i powojenną, i osobistych udręk gubi motywację do życia. Fania to inteligentna, ciepła, silna, ale jednocześnie wycofana i krucha kobieta, która żyjąc przez lata wyłącznie dla swojego syna, nagle zatraca się w swoim wewnętrznym cierpieniu, nie znajdując w sobie dostatecznej siły, by pokonać odrętwienie, a wszechobecny smutek zepchnąć w kąt wymagającej codzienności. Ten portret kobiety, która nie przeszła – jak złośliwie, choć słusznie zauważa jedna z bohaterek – więcej niż inne Żydówki i której problemy dla wielu wydają się fanaberią, przejściową melancholią, jest w pewien sposób bliższy współczesności niż można by początkowo sądzić. Fania – mimo iż nie mówi wiele, a swoje udręki przeżywa duchowo – jest zaskakująco przejrzysta, czytelna. Jej depresja nie zdumiewa, nie drażni, raczej zasmuca i każe czekać na bezlitosny rozwój wypadków.

 

Ten przebiega zaś w zajmującym rytmie łagodnych niedopowiedzeń i metafor. Spora część fabuły jest zresztą zbudowana na dialogach, w których więcej górnolotnych myśli niż realnych słów. Fania rozmawia ze swoim synem historiami, ten wypowiada wiele (zbyt) mądrych (jak na swój wiek) fraz, atmosfera wokół tej dwójki iskrzy od przenośni i symboli. To wszystko jest z jednej strony wadą opowieści, bo przenosi ją zbyt szybko i radykalnie w wymiar tropiczny, z drugiej czyni ją niezwykłą, intrygującą. W połączeniu z przepięknymi, zmysłowymi zdjęciami Sławomira Idziaka (z którym Portman przyjaźni się i – jak widać po seansie – doskonale się też rozumie) tworzy to nastrój zmysłowości, tajemnicy, ale też szczerej żałości, że życie toczy się jakby obok nas.

 

Opowieść o miłości i mroku

Owoc współpracy Natalie Portman ze Sławomirem Idziakiem to jeden z największych atutów filmu.

Najlepszą decyzją reżyserką Portman było zdecydowanie obsadzenie samej siebie w głównej roli. Ten film nie byłby tym samym filmem bez aktorki w roli Fani. Jej łagodny, miękki, ale i sugestywny styl gry pozwala odkryć w bohaterce pokłady emocji, często skrajnych, a malujące się w oczach zdecydowanie zobaczyć drzemiącą w niej siłę, której zupełnie machinalnie pozwala z siebie ulecieć. Piękna, wartościowa rola.

 

Film jest, niestety, dość nierówny. W tych zaledwie kilkudziesięciu minutach mieści się sporo scen, które nie były zupełnie konieczne lub którymi można było nie znużyć, ale jest też wiele udanych, nieoczywistych rozwiązań. Perspektywa dziecka – jedyna tu możliwa – z jednej strony przyciąga naiwnym, pełnym niezrozumienia i śladów pierwszej intuicji spojrzeniem na kobiecość i macierzyństwo, z drugiej męczy, szczególnie gdy to Fania staje się prawdziwym centrum wydarzeń i jej punkt widzenia staje się o wiele ciekawszy niż Amosa. To już wybór autorki, dość wiernie i zapewne w ścisłej współpracy z pisarzem, przenoszącej historię na ekran, ale trochę szkoda, że zabrakło tu miejsca na większe domysły i próbę delikatnego rozbudzenia motywów bohaterów.

 

Ale muzyka jest tu przepiękna!

 

Czy polecam? Tak, ale z zastrzeżeniem, że seans nie należy do najłatwiejszych, a przeżywanie filmu odbywa się w zasadzie w całości poza murami kina.

 

Za seans i gościnność dziękuję Cinema City.

 

Źródło zdj.: film.org.pl

 

4 myśli nt. „Opowieść o miłości i mroku

  1. Film wydaje się wyjątkowo intrygujący, a Natalie uwielbiam! Zawsze gra fantastycznie, dopasowuje się do roli idealnie :). Ale ostatnio nie mam czasu chodzić do kina.. Może czas to zmienić? :P Choć bilety na seans w 2D nie są drogie, to szperając po internecie znalazłam kody promocyjne http://alerabat.com/kody-promocyjne/multikino. Korzystał ktoś z tej strony? Czy to w ogóle działa? Kinomaniacy! proszę was o odpowiedź :) Dziękuję !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.