Pacific Rim

pacific_rim

O, rany, co to było za wyzwanie! Śledząc mojego bloga już jakiś czas, z pewnością zauważyliście, że sci-fi nie pojawia się tu właściwie w ogóle. Nigdy nie ukrywałam, że nie jest to mój ulubiony gatunek, dla dobra własnego (i kina tego typu) unikam z nim spotkań, nawet gdy w grę wchodzą megahity. Raz, raz tylko, złamałam tę zasadę i choć wciąż powtarzacie, że trafiłam po prostu na żywy gniot (Transformers 2, yeah), to i tak utwierdziło mnie to w przekonaniu, że podjęłam dobrą decyzję. Pacific Rim na poziomie zwiastunów nie wróżył niczego lepszego. Roboty? Walka monstrualnych mechów bojowych z przedziwnymi stworami wielkości drapacza chmur? Seriously? A jednak okazało się, że zabezpieczenie w postaci męża, dysponującego ramieniem, na które można w razie czego opuścić głowę w przypływie senności, pozostało właściwie niewykorzystane (w sensie ramię, oczywiście, bo towarzystwo cudowne:)). Film del Toro dało się oglądać. I nie było to wcale takie bardzo nieprzyjemne.
 

Ziemię atakują wykluwające się z podgłębin Pacyfiku monstra o nazwie Kaiju, których pochodzenie i strategia działania wciąż zaprzątają głowy naukowców. Wojskowi nie mają na to czasu – muszą zawrzeć szyki i przygotować się do walki. Konstruowane w tym celu Jaegery – wielkie roboty, a właściwie „mechy bojowe” – mają sterować doświadczeni, połączeni ze sobą piloci. Przed Raleighem Becketem (Charlie Hunnam) i Mako Mori (Rinko Kikuchi) podwójne wyzwanie: pokonać Kaiju i swoje wspomnienia.

 

Spokojnie. Nikt mi nie zrobił wody z mózgu. Sci-fi nadal jest przedziwne i zabawne, seans z nim w roli głównej wciąż jest bardziej lub mniej interesującą wycieczką w samo centrum męskich fantazji o wojowniczej przyszłości Ziemi i wyprodukowanych przez nią technologii, a filmy tego gatunku efekciarskie i kuriozalne pod względem fabularnym. Ciągle niewiele tu rzeczy, które mogłyby kręcić albo choćby zaciekawić pochłaniające zwykle psychologiczne dramaty baby (z drobnymi wyjątkami, pozdro Agniecha). W dalszym też ciągu nie będę oczekiwać z wypiekami na twarzy premier sci-fi, raczej pożałuję tych kilkunastu złotych na bilet, a na film spojrzę jednym okiem, gdy mąż będzie oglądał go w domu. Ale to zupełnie nie zmienia faktu, że na Pacific Rim bawiłam się nieźle, historia (zadziwiająco dużo fabuły jak na „film o robotach”!) mnie wciągnęła, a podczas 2-godzinnego przecież seansu nie spojrzałam na zegarek ani razu.

 

Jako laik w temacie sci-fi nie będę się mądrzyć, co ten Guillermo nawyprawiał. Bo też chyba nie nawyprawiał niczego tak spektakularnego, by zmienić istniejące już kanony tego gatunku. Technologia przyszłości jak ciekawiła i zachwycała, tak robi to nadal, roboty są zgodnie z zasadą imponujące, nieskomplikowana fabuła opiera się standardowo na tajemnicy, lęku i walce (ludzkości o swój byt, przyszłość), jest, naturalnie, trochę wrogości, zazdrości, osobistych tragedii i – a jakże – miłosnych iskier. Wszystko opakowane w spektakularne efekty, świetnie zmontowane i bardzo huczne. Jedyną nowością – dla mnie, oczywiście – był fakt, że Pacific Rim jest w dużej mierze „przegadany”. Fabuła rozkręca się długo, a samych walk Jaegerów i Kaiju jest tyle, co kot napłakał (dla mnie – wspaniale). Oczywiście, ten minializm rekompensuje rozmach, z jakimi są zrealizowane i zaprezentowane, ale rzecz zdumiewająca choćby z uwagi na to, że w niedawnym Człowieku ze stali starć było naprawdę sporo. Z tego pewnie też powodu film oglądało mi się tak dobrze.
 
Szczególnie, że było też i kogo pooglądać, i czego posłuchać. Hunnam – czołowy hooligan i syn anarchii Hollywood – świetnie odnajduje się w pogrążonych w lekkiej nostalgii, ale twardych i pewnych swoich umiejętności bohaterach. A że przy okazji grzeszy urodą, wiecie, miło. Partnerująca mu Kikuchi jest tak śmieszna jak jej nazwisko. Ani w negatywnym, ani w pozytywnym sensie tego słowa. Jest trochę zabawna w tym swoim niemalże naocznym przebieraniu nóżkami, gdy stoi przed Stackerem (stateczny i stanowczy Idris Elba) i jęczy, żeby pozwolił jej już poważnie obsługiwać Jaegery, ale chyba też tak została napisana jej postać – wcale przecież to nie irytuje, a nawet dodaje trochę temu duetowi uroku. Bardzo sympatyczny jest też drugi (z trzech pierwszoplanowych) duet – szaleni naukowcy, dr Newton Geiszler (Charlie Day) i Gottlieb (Burn Gorman), są przejaskrawieni od A do Z, tak niepoważni, jak tylko mogą, bawią i rozrabiają konsekwentnie od początku do końca. Wszyscy oni, poruszający się w rytm oszałamiających dźwięków Ramina Djawadiego (że kogo?), które niosą kolejne akty Pacific Rim i doskonale podkreślają działania, decyzje, kryzysy i zwycięstwa, wypadają po prostu fajnie.

 

Czy polecam? Fani gatunku nie powinni być zawiedzeni, ich dziewczyny – wrrróć – przeciwnicy spokojnie seans przeżyją i nie zanudzą się na śmierć. Umiarkowanych zwolenników i statecznych krytyków pewnie i tak nic nie przekona;)

 

Źródło zdj.: outatime.pl

 

6 myśli nt. „Pacific Rim

  1. Nienawidzę „Transformers” – uważam całą trylogię za szczyt gniotów. „Pacific Rim” to ich totalne przeciwieństwo. Może nie jest to totalny superhit, jednak bawiłem się bardzo dobrze. Ogółem wkurzała mnie Mako, a i zakończnie mogłoby nie być tak idiotycznie holiłódzkie. Reszta mi się już bardzo podobała.

    Pozdrawiam, quentinho

  2. No właśnie, wspomniałas drugą częśc Transformers (tragiczny film), moim zdaniem Pacific Rim udowadnia, że można zrobić takie kino zupełnie inaczej niż podchodzi do tego Michael Bay. Z recka się zgadzam, choć ja jestem jak wiadomo jeszcze bardziej entuzjastyczny :)No i muza- nie spodziewałewm się, że Djawadi, uczen Hansa, napisze cos tak przebojowego jak tutejszy gitarowy temat główny. Nawet teraz tego słucham!
    Ludziska do kin! :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.