Pan Turner

mr-turner-cannes-2014-2

Mike Leigh – jak nie od dziś wiecie – należy do reżyserów, których szczególnie cenię. Jego filmy mnie uspokajają, wyciszają, dystansują do swoich problemów, przypominają, jak piękna może być proza życia, codzienność, linearność ludzkiej egzystencji, zwyczajność człowieka. I choć najnowszy film brytyjskiego reżysera niezupełnie się w ten splot charakterystycznych cech jego stylu wpisuje, bo dotyczy postaci niezwykłej i niecodziennej, wpisanej w niedzisiejsze realia i wytwarzającej wokół siebie bardziej magiczną niż realistyczną atmosferę, to nadal ten sam Leigh. Nienachalny, prostolinijny, skromny, gloryfikujący życie – zarówno od jego tragicznej, jak i komicznej strony. A zazwyczaj – obu jednocześnie.

 

Kiedyś, w jednym z wywiadów, Leigh powiedział, że życie ludzkie bywa śmieszne i potworne, i że zazwyczaj dzieje się to równocześnie. Historia ludzka jest tym samym tyle smutna, co i zabawna i nie sposób pokazywać jej inaczej. Ta tragikomedia codzienności, jak sam nazwał swoją opowieść, przewija się jak leitmotiv w każdym z jego filmów. I o  ile w takich filmach jak Happy-Go-Lucky, czyli co nas uszczęśliwia czy Kolejny rok jest on bardzo wyraźnie zilustrowany osobowością bohaterów, o tyle w przypadku Pana Turnera – biografii słynnego impresjonisty – taki efekt był bardzo trudny do uzyskania. A mimo to Leigh i wcielający się w tytułową postać Timothy Spall dokonali tego w wielkim stylu.

 

A przecież filmowi brakuje większości elementów, których pełne są filmowe biografie wielkich ludzi. Nie ma tu wartkiej akcji, pokazującej w pigułce całe twórcze i osobiste życie bohatera, prezentowania go koniecznie z każdej możliwej perspektywy, rzucania cienia na drugoplanowych, ważnych w życiu danej osoby postaci. Są za to plenery, mnóstwo przepięknych, cichych krajobrazów, cudnych zdjęć i oryginalnych kadrów Dicka Popa, operatora współpracującego z Leighem od kilkunastu już lat. I jest życie, właśnie to zwykłe, (nie)ciekawe życie, które – zdumienie? – wiodą także wielcy. To chyba drugi, największy atut tego filmu – ukazanie słynnego Turnera jako zwykłego, choć przecież tak charakterystycznie wiecznie nadąsanego, zdziwaczałego i introwertycznego człowieka.

 

Drugim, bo pierwszym (atutem) jest on sam, filmowy pan Turner, wyśmienicie odtworzony przez jednego z ulubionych aktorów Brytyjczyka – Timothy’ego Spalla. Aktora spychanego często niesłusznie do ról epizodycznych, potrafiącego – jak udowodnił to w filmach Leigha, nie tylko Panu Turnerze – udźwignąć ciężar roli pierwszoplanowej. Jego Turner to postać niezwykle w swojej dzikości, wycofaniu ekspresyjna, charyzmatyczna, której nie sposób nie polubić. Żal, och, jaki wielki żal, że pojemność oscarowej kategorii męskiej jest tak niewielka, że nie obejmuje takich fantastycznych, dalekich od wielkich gaż ról. Wspaniała rola.

 

Czy polecam? Nie każdego kino Mike’a Leigha zachwyci. Dla wielu jest zbyt stonowane, niektórzy uważają jego sposób opowiadania historii za wręcz nużący, akcję – za nudną, bohaterów – zbyt zwyczajnych, by wzbudzili emocje. Jeśli jednak życie, jego zwyczajność, blaski i cienie, a przede wszystkim pogoda ducha z chmurą zmartwienia i smutku w tle jest tym, czego w kinie szukacie – oglądajcie koniecznie. Dla wszystkich zaś – warto choćby dla fantastycznego Timothy’ego Spalla.

 

Źródło zdj. variety.com

 

2 myśli nt. „Pan Turner

  1. Obejrzałem tylko zwiastun i uderzyło mnie to zaskakujące (ale czy tak rzadkie?) połączenie: osoba o chropowatej powierzchowności, raczej odpychająca i twórca obrazów ujmujących delikatnością i emanujących wręcz poezją – tutaj w pewnym sensie zamknięci w jednym ciele.
    Choć w sumie, Toulouse-Lautrec, van Gogh czy nasz rodzimy Nikifor też nie byli wzorcami męskiej urody :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.