Pani z przedszkola

Przyznam szczerze, że mało który zwiastun w tym roku poderwał mnie z fotela tak jak Pani z przedszkola. Oglądałam go z uśmiechem na twarzy i rosnącą niecierpliwością – chciałam już, natychmiast zobaczyć, czy faktycznie film będzie tak nieszablonowo zabawny, jak wygląda w tych krótkich wycinkach. Pierwszy raz dostałam obuchem w głowę, gdy zobaczyłam plakat filmu (no bo… serio?), drugi – gdy odkryłam, że to film Krzyształowicza, autora świetnie przyjętej chyba przez wszystkich oprócz mnie Obławy. Ale i tak wierzyłam, że będzie fajnie. No bo Kulesza, Woronowicz z fajnymi wąsami, Janda i jej cięte riposty. Nie wystarczyło.

 

Byłabym niepoważna, stawiając filmowi zarzut, że jego zwiastun wprowadza widza w błąd. Bo choć tak jest w istocie – i jest to błąd nie tylko w stosunku do fabuły, ale także gatunku filmu i relacji łączących bohaterów, ich faktycznego udziału w akcji – to nie ma w tym nic złego dopóki jego prawdziwe oblicze zaspokaja apetyt. Pani z przedszkola go nie zaspokaja, rozwadniając humor, bawiąc się w nieuzasadnioną powtarzalność i żonglując wątkami tak długo, że aż nużą.

 

Nawet bohaterowie, tworzący ciekawą i barwną przecież konstelację typów (jest zamykający się w swoim świecie marzyciel, sfrustrowana, niespełniona pani domu, seksowna młódka i babcia z dyktatorskim zacięciem, dojrzały facet z problemami, a nawet ekscentryczny psychoterapeuta, leczący metodą, a jakże, freudowską) gdzieś w toku akcji tracą werwę, a śledzenie ich losów skupia się wokół czekania na „te śmieszne sceny ze zwiastuna”, które – jak sie okazują – są zlepkiem najlepszych kawałków całego filmu.

 

Krzyształowicz – podobnie jak w Obławie – bawi się konwencją, miesza gatunki i sprawia, że nic nie jest oczywiste. O ile jednak w poprzednim filmie było to strzałem w dziesiątkę, o tyle w Pani z przedszkola ten celowy chaos trochę jednak irytuje, a wyłaniający się zeń porządek po prostu nie przekonuje. Reżyser dwoi się i troi, by zaskoczyć, rysuje coraz to bardziej wymyślne sceny, wydziwia z rozwiązaniami, aż zwyczajnie przekracza granice dobrego smaku. W warstwie dramaturgicznej, humorystycznej i trochę także moralnej, choć kontrowersyjność niektórych zestawień to pewnie rzecz dyskusyjna.

 

„Nie umiesz się bawić” – powiedzieliby mi pewnie zadowoleni z seansu widzowie. Może. Tylko kogo i po co mam oszukiwać? Rozczarowała mnie ta Pani z przedszkola, choć na pooglądanie kolejnych popisów Kuleszy i Woronowicza czasu mi nigdy nie szkoda.

 

Czy polecam? Nie.

 

Źródło zdj.: skorpionarte.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.