Papusza

papusza_kadr_fot_krzysztof_ptak_i_wojciech_staron_next_film_3_0

Plan był taki: idę na film, wracam i – wiedząc, że czekacie – ogólnie piszę, czy warto, czy nie warto, a kolejnego dnia piszę recenzję. Wszystko poszło nie tak. Seans był, oczywiście, ale od momentu wyjścia z kina, aż do zawieszenia dłoni nad klawiaturą, nie miałam pojęcia, co właściwie mogę o Papuszy powiedzieć. A właściwie wiem, ale bardzo mi przykro z tego powodu, więc wymyśliłam chytry plan, że nic nie napiszę, prześpię się i gdy wstanę, to na pewno będę już wszystko wiedziała. Oczywiście, nic takiego się nie stało i pisząc te słowa wiem niewiele więcej. O Papuszy nie można powiedzieć prawie nic złego. Ale dobrego prawie też nie.
 

O tym, jak wkurzający jest beznamiętny stosunek do filmu, wiecie pewnie wszyscy. To wtedy, gdy wychodząc z kina, nie wiecie zupełnie, co powiedzieć i jak film ocenić. Kiedy okazuje się, że popularna skala 1-10 jest do bani, a tytuł w ogóle jakoś trudno wpisać w jakiekolwiek ramy. Gdy wiecie, że momentami ziewaliście z nudy i wierciliście się w fotelu, ale też równie często śledziliście z uwagą losy bohaterów i byliście ciekawi, co stanie się dalej. Że historia podana jest zgrabnie, ale jednak coś się w niej nie klei. Dokładnie to działo się ze mną podczas oglądania Papuszy – filmu, na który czekałam od dawna i który obłożyłam oczekiwaniami, jakie dyktowała mi wyobraźnia.
 

A pracowała ona na najwyższych obrotach. Doskonale pamiętam moment, gdy usłyszałam po raz pierwszy o Papuszy. Nie był to ani szczyt krasomówstwa, ani celowy, świadomy wykład o cygańskiej poetce – bardziej dygresja w toku rozmowy, nie mniej jednak pozostała mi w głowie do dnia dzisiejszego. Nie przez wzgląd na poezję Papuszy, nawet nie ze względu na jej wkład w polską literaturę i kulturę, ale na to, że tak naprawdę gdyby nie ona, gdyby nie uparty Ficowski, o Romach wiedzielibyśmy wciąż bardzo niewiele i większość tej wiedzy opierałaby się, niestety, na stereotypach (które zresztą funkcjonują wciąż – i w życiu, i w filmie). Papusza nie otworzyła tylnych drzwi do kultury swojego narodu – on zrobił to, nieopatrznie, sam, a fakt, że to ją obarczono za to winą dowodzi tylko tego, że bycie odklejonym (tu: od społeczności) zawsze ma swoje konsekwencje.
 
I o tym jest ten film. O wolności, inności i wykluczeniu. Ale także o kobiecie – poetce, ale przede wszystkim kobiecie, która odważyła się wyjść poza granice ustalone  przez gromadę, wyprzeć roli, którą jej narzucono, wybrać inną drogę, inną od tej, którą wybierały – a właściwie za które wybierano – Cyganki od wieków. Konsekwencje tych decyzji są dotkliwe, bo Papusza do końca swoich dni czuła się Cyganką i broniła swojej kultury do utraty tchu.Tyle o życiu. W filmie losy Papuszy przedstawione są nielinearnie – i to chyba pierwszy zabieg, który może budzić zastrzeżenia. Moje budził. Zbyt częste przeskoki czasowe, funkcjonując na zasadzie „powiedziano – pokazano”, stały się w toku filmu przewidywalne i nużące. Rozwiązanie może interesujące, ale zdecydowanie nie w przypadku tej historii – silnie naładowanej nowym, bogatej w kulturę i mentalność budzące skrajne emocje i niezrozumienie, złożonej samej w sobie, historii przede wszystkim wciąż słabo znanej. Gdybym nie wiedziała o Papuszy zupełnie nic, nie jestem pewna, czy po filmie zrozumiałabym, w czym leżało jej piękno i nad czym wszyscy się tak zachwycają.
 
Tutaj miały znajdować się zarzuty dotyczące uproszczeń w zakresie fabuły. Znalazły się nawet, ale im dłużej je pisałam i poprawiałam, tym bardziej dochodziło do mnie, że to, co wydawało mi się niespójne, w gruncie rzeczy miało sens. Konsternacja, z którą nosiłam się od wczoraj, wyparowała w momencie, gdy została zwerbalizowana. Bo, w gruncie rzeczy, historia Papuszy jest tu opowiedziana na tyle dokładnie, na ile można było to zrobić w filmie. A to, że brakuje tego czy tamtego wynika chyba tylko wyłącznie z dysonansu powstałego przy zderzeniu oczekiwań i wiedzy własnej z gotowym, nie moim obrazem (wizualnie bardzo zresztą ładnym). Wiedza boli, znów.
 
Trochę rozczarowujące są natomiast dwie główne kreacje filmu – Jowity Budnik i Antoniego Pawlickiego. Ani dobre, ani złe, ani zachwycające, ani odpychające, trochę niepewne, niespokojne, pozbawione wyrazistej interpretacji, podręcznikowo poprawne. Momentami nawet irytujące, ale to już wina fatalnej charakteryzacji, polegającej na doklejeniu pomarszczonej części twarzy i przysiwieniu młodych jeszcze aktorów, których wiek zdradza każdy młodzieńczy błysk w oku i energiczne gesty. Ten zawód rekompensuje za to jednostkowy (Dionizy Wajs, młodziutka Papusza) i grupowy obraz Cyganów – postaci o świeżych, nieopatrzonych i ciekawych twarzach, zagranych bardzo dynamicznie i frapująco.
 
Piękna jest też w Papuszy muzyka. Mocno zakorzeniona w historii i kulturze cygańskiej, bardzo soczysta i intensywna, porywająca i pełna nieopisanej tęsknoty. W filmie – choć spójna z obrazem i dobrze się z nim komponująca – zdaje się żyć własnym życiem. I świetnie jej to wychodzi.
 
Koniec końców jednak powraca do mnie refleksja, która pojawiła się w mojej głowie tuż po seansie: Krauzowie nie dali mi nic ponad to, co wiedziałam i widziałam oczami wyobraźni. Śmiem twierdzić, że sama przepracowałam tę historię równie dobrze, jeśli nie lepiej. A muzyki mogę posłuchać w zaciszu własnego domu. Zamknąć oczy i uciec tam, gdzie wolność nie jest już samotnością.
 
Czy polecam? Papuszę – jej życiorys, twórczość, wspomnienia (o niej i jej) – zawsze. Papuszę – już mniej koniecznie.
 
Źródło zdj.: culture.pl
 
***
 

Za seans dziękuję Kinu Pod Baranami, a ci, którzy mimo wszystko chcą się przekonać na własne oczy, jaki jest film, aktualny repertuar znajdą tutaj

 

8 myśli nt. „Papusza

  1. Mam takie same wrażenia po tym filmie jak Ty. Też czekałam i też się nieco rozczarowałam, Film poprawny, nawet powiedziałabym, że nieco za chłodny. Jest po prostu, beznamiętnym zlepkiem obrazków z życia poetki. Szkoda, że nie pokuszono i nie popracowano nad linearną fabułą, myślę, że taka pozwoliła by bardziej, głebiej wczuć się w to co na ekranie. Takie co rusz zrywanie fabuły, suche sfilmowanie najważniejszych faktów,robiło wrażenie, jakby zabrakło pomysłu na scenariusz. Niestety, aktorzy chyba nie mieli szansy, żeby wykreować prawdziwie krwiste postaci. Tak jak by się bano, żeby czasem nie przekroczyć jakichś granic poprawności. Najlepszy jest Waleryś w roli męża Papuszy. Film ma kilka pięknych scen głównie dzięki operatorowi Ptakowi. I wcale nie przeszkadzają czarno-białe kolory – zdjęcia są tak fenomenalne, pejzaże tak cudowne, że dzięki ograniczeniu kolorów jesteśmy uratowani przed kiczem. Muzyka, pieśni – wiadomo, niesamowite.
    Nie żałuję, że byłam w kinie – wrażenia estetyczne, sentymentalne. Ale żal tematu, który można było lepiej wykorzystać, bo nie przyniósł spodziewanych emocji.

  2. Tak podejrzewałam, że film dupy nie urwie. Od jakiegoś czasu widzę, ze Krauze sięga po sprawdzone formaty, zrobię film o niszowym artyście, nie wysilę się, zrobię super reklamę i tłumy pójdą do kina. Szkoda, że te filmy nie wnoszą nic i ogląda się je jak za karę. Do dzisiaj nie przebrnęłam dalej niż do 20 minuty Nikifora…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.