Piękne istoty (2013)

Beautiful-creatures
Drugi film w tym miesiącu, na który się nie wybierałam. Drugi, który nie był w moim guście, drugi, w którym wyczuwałam mierność, drugi wreszcie, w którym moje oczekiwania znalazły pokrycie. Piękne istoty nie są opowieścią, która by mnie zainteresowała i porwała. Ale to jednak kino i choć ocena filmu jako całości powinna pozostać do dyspozycji fanów melodramatycznej fantastyki, mogę powiedzieć co nieco o realizacji. A ta rozkłada, niestety, z żalu.
 

Fabuła filmu (będącego adaptacją cyklu książek Kroniki Obdarzonych) opiera się w całości na schematach. Jest więc prowincjonalne miasteczko (Gatlin), o którym nikt nie słyszał, z którego wszyscy chcą się wyrwać i w którym wciąż odbywają się jakieś eventy (vide: Pamiętniki wampirów), scalające i tak zintegrowaną społeczność. Jest zbuntowany bohater – tu chłopiec, Ethan (Alden Ehrenreich), zaczytany w zakazanych klasykach literatury, pół-casanova, pół-intelektualista, który zakochuje się w pięknej (nooo, prawie) nieznajomej, przybyłej do miasta i szkoły. Nieznajoma ma na imię Lena (Alice Englert) i jest siostrzenicą miejscowego odludka, Macona Ravenwooda (Jeremy Iron), mieszkającego, oczywiście, w starym, zaniedbanym domostwie w środku lasu. Jest miłość, naturalnie, nieszczęśliwa i otulona klątwą, a wszystko to dzieje się w oczekiwaniu na 16-urodziny Leny, kiedy to rozstrzygnie się jej los…

 

Historia jak historia. Ani to prawdopodobne, ani intrygujące, bardzo w dodatku przewidywalne. Porównania do Zmierzchu i Pamiętników wampirów są tu całkiem na miejscu. Podobne motywy, analogiczne typy, zbliżone rozwiązania. Nic, co by w jakikolwiek sposób fabułę wyróżniało, czyniło na tyle atrakcyjną, by zachęcić do kolejnych seansów. Ot, romantyczna opowieść dla nastolatków podszyta magią (oczywiście głównie tą czarną), jakich wiele było i wiele będzie. Oparta na durnych, ckliwych i sztampowych dialogach, w których tyle dobrego, że bawią (choć, przyznaję, zdarzyło się kilka kwestii podszytych prawdziwym humorem, przypisanych w większości do Ethana). Dobre i to.Nie wybijają się też zupełnie młodzi, niemalże debiutujący aktorzy. Najgorsze wrażenie pozostawia po sobie Ehrenreich. Ewidentnie nie odnajduje się jeszcze na planie, ma zaledwie kilka dobrych momentów, cała reszta zwyczajnie mierzi. Ethan irytuje swoją mimiką, gestykulacją, odruchami, śmiechem, wszystkim właściwie, ale… No właśnie, wzbudza jakieś emocje, a ja zawsze twierdzę, że złe emocje to też emocje i są o wiele lepsze niż znieczulica. Zresztą, gra Ehrenreicha może się niektórym podobać, bo jest jednak bardzo… swojska. Wiecie, co mam na myśli. On zachowuje się jak wielu z nas, tu coś głupiego powie, tam odwróci nieśmiało wzrok, tu parsknie, tam prychnie, a to mu się jakiś żart uda, a to nie wie, co zrobić z rękami, nogami i inne takie. Rozumiecie. W gruncie rzeczy więc ten naturalizm (który uprawia też niekiedy jego partnerka), raczej instynktowny niż wyuczony, bardziej nieświadomy niż celowy, dodaje roli uroku i chyba ostatecznie można się do niego przyzwyczaić. Podobnie jest z Alice Englert, która jako następczyni Belli również nie jest ikoną piękna i – jak Edward (bo i ona jest z tych „innych”) – nosi w sobie tajemnicę, z którą czasem po prostu nie wytrzymuje. Z jej mimiką dzieją się podobne rzeczy, które widzimy na twarzy Ethana i – niech to licho – mimo że podczas seansu było mi z tym niewygodnie, dziś zakwalifikowałabym rzecz do zalet. Zdecydowanie jednak nie są to wielkie talenty, oboje raczej nie dościgną aktorsko swoich poprzedników, ale bardzo prawdopodobne, że staną się celebrytami na miarę Stewart i Pattinsona. Popkultura, po prostu.
 
Całe szczęście, że aktorsko film ratuje stara gwardia. Jeremy Iron świetnie wypada w roli ekstrawaganckiego, bystrego i zdystansowanego do świata wuja, ale to nie on gra to pierwsze skrzypce. Największym (może jedynym takim) pozytywem Pięknych istot jest Emma Thompson. Emmę Thompson znamy i lubimy od dawna, dlatego może tak mile znów ją oglądać i to wciąż w dobrej formie. W podwójnej roli miejskiej dewotki i złej czarownicy Thompson zachwyca ikrą, zabiera całą uwagę i sprawia, że chce się ją chłonąć i chłonąć. Fantastyczna rola. Całkiem niezły występ zanotowała też Emmy Rossum w roli enfant terrible rodziny, zbuntowanej, mrocznej kuzyneczki, w której ciemnej duszy tli się jeszcze pierwiastek dobra.
 
Poza tym niewiele. Technicznie film pozostawia wiele do życzenia. Jest tu sporo nieudolnych efektów specjalnych, które rażą i zamiast podziwu i lęku wywołują śmiech i zażenowanie. Nic wartego uwagi.
 
Czy polecam? Raczej nie. Fani fantastyki dla nastolatków spod znaku wampirów wszelkiej maści mogą ewentualnie być zainteresowani, reszta nie powinna stracić nic, czego mogłaby żałować.
 
Źródło zdj.: pastemagazine.com

 

8 myśli nt. „Piękne istoty (2013)

  1. Przeczytałam książkę i stwierdzam, że było warto. Jest w niej tyle tajemnic a zarazem miłość. Końcówka książki jest troche smutna, ja się poryczłam :( polecam wam ją bardzo serdecznie. Tak jak kolejna część Kroniki Obdarzonych. :)

  2. W sumie to szkoda, że tak mało kręci się filmów dla młodzieży, a jeżeli już są, to takie pokroju „Zmierzchu” czy „Pięknych Istot”… Honoru bronią „Igrzyska Śmierci”, ale poza nimi ciężko dopatrzyć się czegoś wartego uwagi. Nie mówiąc już o polskiej kinematografii, która ewidentnie zapomina o młodych widzach. Jedyny rodzimy film dla młodzieży, jaki wyszedł w ostatnim czasie, to „Felix, Net i Nika”. Niestety ciężko go zaliczyć do udanych…

  3. Obejrzałam zwiastun i pomyśłałam…”o matko połączenie Tima Burtona i Sagi Zmierzch?!?…niemożliwe”,a potem sobie uświadomiłam,ze to na podstawie książki dla nastolatków i dałam sobie spokój z oglądaniem czy nawet wciągnięciem na listę filmów do oglądania.Dlatego podziwiam tych co film widzieli a którzy: A/nie sa nastolatkami B/nie są fanami nastoletnich wampirów.

    Pozdrawiam

  4. Zastanawiam się czy nie wybrać się na ten film do kina. Spodobał mi się zwiastun, a nawet dwa, uwielbiam Emmę Thompson, ale no nie wiem. Opinie ogólnie złe nie są, choć tylko dobrych też nie ma za wiele. Twoja też znajduje się tak gdzieś po środku. Tylko teraz, czy „Pięknym istotom” bliżej do „Zmierzchu” czy np. „Igrzysk śmierci”. Bo jeśli do tego pierwszego to umrę na sali kinowej, a jeśli do drugiego, to już pędzę do kina :D

    • Podobieństw do „Igrzysk…” nie doszukałam się. Gdyby tak było, ocena byłaby pewnie wyższa:) Jak dla mnie to krzyżówka „Zmierzchu” i „Pamiętnikow wampirów” (serial, może widziałeś z raz). Ale dla Emmy warto zawiesić oko, tyle że niekoniecznie za pieniądze (w sensie w kinie):)

    • Serialu nie widziałem, ale o nim słyszałem.
      Hm, hm, no to nie wiem. Jak będę mieć humor to się może skuszę, a jak nie to najwyżej niewiele stracę :]
      Swoją drogą – nie mogę się doczekać drugiej części „Igrzysk”!

  5. Mam podobne odczucia. W ogóle historia przedstawiona na ekranie wydała mi się pospieszna, nieco chaotyczna. W książce jednak jest to nieco zgrabniej przedstawione, ale rozumiem – limit czasowy robi swoje. Główni aktorzy i mnie nie porwali, chociaż Ethan miał parę uroczych momentów. I faktycznie coś jest w tej „swojskości” jego gry, koleżanka z którą byłam na seansie stwierdziła „gdy go oglądałam miałam wrażenie, jakby to się przytrafiło któremuś z moich znajomych, takie swojskie zachowanie”. Bardzo podobał mi się występ Emmy Rossum, swoją postać przedstawiła tak charyzmatycznie, że kibicowałam ciemnej stronie ; ).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.