Polski film

polski film festiwal karlowe wary 2_6451458
„My, Polacy, podziwiamy czeski humor” – te słowa, którymi jeden z bohaterów rozpoczyna swoją paradokumentalną wypowiedź na temat stylu bycia naszych sąsiadów – idealnie podsumowują nie tylko nasz do nich stosunek, ale i całą tę przedziwną polsko-czeską premierę. Bo czeski humor faktycznie podziwiamy, choć ni w ząb go nie rozumiemy i boimy się przed kimkolwiek przyznać, że żarty Czechów są dla nas po prostu nieśmieszne. Dokładnie tak jak Polski film – zrodzona z naciąganej współpracy Polaków i Czechów produkcja o tym, jak Czesi… współpracują z Polakami właśnie. Już tłumaczę.

Pavel, Tomás, Josef i Marek to znani w Czechach (realni) aktorzy. Pewnego dnia wpadają na pomysł, by nakręcić wspólnie film, którego bohaterami będą oni sami. Przecież są popularni, ludzie ich znają, pewnie chcą oglądać, będzie zabawnie. Projekt rozsypuje się z prozaicznego powodu – jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. A wtedy z odsieczą przychodzą… Polacy. Czy mocno zakrapiana a…bsurdem produkcja może zakończyć się pomyślnie?

 

Odpowiedź na to pytanie jest oczywista, a jest nią tenże właśnie projekt. Film, który być może nie powstałby, gdyby nie triumf reżysera, Marka Najbrta na polskiej, więcej – krakowskiej ziemi dwa lata temu. To wtedy właśnie jego film Protektor (który opowiada o współpracy prezentera radiowego z hitlerowcami, mającej na celu ochronę żony, Żydówki) zdobył główną nagrodę podczas festiwalu OFF Plus Camera (kojarzycie, męczyłam Was nim kilka miesięcy temu), w której zawierał się dodatek od Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej w postaci dofinansowania (1 mln złotych), jeżeli reżyser zdecyduje się na kręcenie filmu w Polsce. Kusząca propozycja, żal nie skorzystać – pomyślał Najbrt i wrócił z ekipą już kilka miesięcy później, by w trójkącie Hotel Cracovia – uliczki wokół Rynku Głównego – kino Ars (piękna promocja!), nakręcić kilka scen. Dosłownie kilka, bo epizod polski w całym, 113-minutowym filmie trwa zaledwie 15 minut. I zaprawdę powiadam Wam – nieskromnie i bardzo po polsku mówiąc, jest to najlepszy kwadrans jaki mógł się temu filmowi przytrafić. Ale o tym za moment.

 

Bo najpierw są Czechy. Pociąg rusza z Brna, i to rusza z impetem, niepozwalającym pasażerom (widzom) złapać równowagi, znaleźć bezpieczny wagon i usiąść wygodnie, usiąść w ogóle. Dobre kilkanaście minut Najbrt pozwala sobie na intertekstualne wycieczki z pogranicza dokumentu i fikcji. Pomysł na (meta)film – podwójny, bo i bohaterów, i reżysera – wyłania się dopiero po chwili i pozwala przynajmniej na moment odnaleźć się w sytuacji. Problem w tym, że to mało komfortowa pozycja, bo przez długi, długi czas nie jest ani ciekawie, ani śmiesznie. Widzicie, najgorsze w robieniu filmów (szczególnie komediowych) są sytuacje, gdy ktoś przekonuje sam siebie, że jest zabawny i za grube pieniądze próbuje sprzedać tę prawdę innym. A przecież, żeby przekonać innych do siebie, trzeba być prawdziwym, w tym wypadku po prostu – śmiesznym. Bohaterowie Polskiego filmu nie są śmieszni, oni tylko uważają, że są. Oczywiście, byłabym niesprawiedliwa, mówiąc, że siedziałam z kamienną twarzą przez cały film. W scenariuszu pojawia się kilka naprawdę fajnych dialogów, które wywołują salwy śmiechu, z drobnymi wyjątkami są to jednak zwykle przycinki Czechów do Polaków i odwrotnie. Cała zresztą akcja w Krakowie jest rozegrana bardzo dobrze – klimat ten, humor ten, wreszcie można oglądać. Szkoda straszna, że Najbrt z aktorami tak szybko z z Krakowa wyjeżdża, ale w końcu umów dotrzymał, z kasy skorzystał, po co ma w tej Polsce zamulać?

 

Tym, co ratuje film przed kompletną porażką, jest konwencja absurdu, z której reżyser bardzo sprytnie skorzystał. To, co dzieje się w ostatnich 20-30 minutach Polskiego filmu jest tak odrealnione, że nawet permanentnie ściągnięte brwi i notoryczny facepalm nie oddają zasięgu tej niedorzeczności. Dobre to, bo wyciąga na chwilę film z mielizny, złe, bo puszcza ten fabularny pociąg w samotną, ekstremalnie szybką podróż w nieznane, z której uroków pasażerowie nie korzystają z prostego powodu: już dawno zapadli się w fotelach, czekając z lękiem na finał, który nie wróży niczego dobrego. Co też się dzieje, sprawiając, że film – jak to określiła moja przyjaciółka, z którą na seans się udałam – to taka czeska incepcja. I ten rzeczownik (określający, zdaje się, głębię żenującego absurdu) – wbrew skojarzeniom z filmem Nolana – nie ma tu żadnych pozytywnych konotacji.

 

Koniec końców, cała gala premierowa (czerwony dywan, reflektory, tefałen i aktorzy) i nieudolne żarty prowadzącego okazały się większą atrakcją niż sam film. Szkoda, bo choć szłam do kina nastawiona do czeskiej produkcji sceptycznie (tak, znam Zelenkę, nie, nic to nie zmienia), trochę chyba chciałam niespodzianki. Żeby zobaczyć w Czechach to, co tak fantastycznie próbuje o nich powiedzieć w swoich reportażach Szczygieł, żeby może zrozumieć ten specyficzny czeski humor, żeby – cokolwiek. Niestety, Polski film w niczym nie pomógł, a nawet wręcz przeciwnie – utwierdził mnie tylko w przekonaniu, że z czeskimi komediami mi po prostu nie po drodze.

 

Wiecie co – pomyślała po napisaniu ostatniego zdania – jest gorsze od uważania, że jest się zabawnym, gdy się nie jest? Gdy adresat traktuje to śmiertelnie poważnie. Więc tak: nie, nie uważam, że ten film to kompletne nieporozumienie. Uważam, że jego twórcy i cała ekipa filmowa mieli totalnie odjechaną zabawę podczas pisania i realizowania projektu i efekty tej pracy są na ekranie doskonale widoczne. Przymykając więc oko na kwestie fabularne, traktując Polski film – tak jak chce tego reżyser – jako eksperyment, można dać się w grę wciągnąć i może nawet trochę się nią bawić. Mnie się nie udało, ale pewnie to dlatego, że czeskiego humoru nie rozumiem i w ogóle się na kinie i niczym nie znam.

 

Czy polecam? Nie.

 

Źródło zdj.: culture.pl

 

2 myśli nt. „Polski film

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.