Sicario

s_d040_10409

Nowy film Denisa Villeneuve’a, twórcy intrygującego Labiryntu i bardzo niejednoznacznego Wroga, to gęste, ponure i wyraziste kino. Kanadyjski reżyser jest w opowiadaniu historii konsekwentny i precyzyjny – w Sicario można odnaleźć wiele elementów znanych z jego poprzednich projektów i cenionych zarówno przez widzów, jak i krytyków. Największą jednak zaletą jego stylu jest przekuwanie potencjalnych słabych punktów filmu w jego mocne strony. Tak mocne, że po seansie trudno uwolnić się od wrażenia, które po sobie zostawiły.

 

To mógł być kolejny film o cichej i krwawej wojnie między rządem Stanów Zjednoczonych a bossami meksykańskich karteli narkotykowych. Z obowiązkowymi strzelaninami, ślizgającymi się na pograniczu prawa agentami, bezlitosnym dekalogiem handlarzy i dzikimi krajobrazami Teksasu (koniecznie z przynajmniej jednym epizodem w El Paso). Takie filmy, choć zawsze ciekawią, pokazują bowiem świat nieoswojony, nieprzejrzysty, odległy od wizji amerykańskiego snu, zdążyły już przekuć się w naszej pamięci w konkretny, trudny do ominięcia schemat. Tymczasem Villeneuve nie tylko to robi, ale obchodzi ten wzorzec z ogromnym wyczuciem. Jego opowieść o młodej, nieobytej z panującymi na granicy amerykańsko-meksykanskiej niepisanymi zasadami agentce FBI i akcji o niejasnych podstawach, chwyta za gardło od pierwszej sceny i – mimo dyskretnych zmian tonacyjnych – nie puszcza do samego końca.

 

Tym, co najbardziej lubię w kinie Kanadyjczyka jest jego odraza do wszelkiej skrótowości, efekciarstwa i dosłowności. W Sicario na przykład nie ma kombinowania, mydlenia odbiorcy oczu, ryzykownych pod względem wiarygodności przemian bohaterów, spektakularnych (i co za tym często idzie niespójnych fabularnie) zwrotów akcji. Więcej, to, co najważniejsze w fabule jest właściwie ukryte, to, co jest jej tematem, ujęte jest tu a priori. Bohaterka ma wątpliwości? Nie snuje się po mieszkaniu, dotykając czoła i bijąc pięścią w kruchą ścianę – jej niepewność, walka, która się w niej odbywa, wyraża się w jej oczach, grymasach, łamiącej się mowie. Celem akcji jest dorwanie meksykańskich bossów? Ci pojawią się, ale w dwóch, maksymalnie trzech scenach, będąc raczej zwierciadłem pozostałych postaci, ich charakterystyką, ujściem ich decyzji, niż bohaterami sensu stricto. To okrężne kreślenie akcji, podawanie wydarzeń nie wprost i, w konsekwencji, tworzenie wokół fabuły niespokojnej, nieprzeniniknionej i frapującej atmosfery jest ogromnym atutem Villeneuve’a. W Sicario tę niepospolitą aurę tworzą także doskonałe zdjęcia Rogera Deakinsa, uznanego operatora, odpowiedzialnego m.in. za kadry w Skyfall i filmach braci Coen, i niespokojna, fatalistyczna muzyka coraz lepiej radzącego sobie w Hollywood islandzkiego kompozytora Jóhanna Jóhannssona.

 

Znakomicie w swych rolach odnajduje się pierwszoplanowe trio. Emily Blunt w roli odsywającej swoje kobiece atrybuty na bok na rzecz odważnej, bezkompromisowej i także mocno idealistycznej, naiwnej walki z przestępczością agentki jest fantastyczna. Zdecydowanienie najlepsza rola w karierze i tylko życzyć aktorce, by tych dramatycznych kreacji tworzyła o wiele więcej niż tych przyjemnych, ale szybko przemijających niezauważenie komediowych i romantycznych. Josh Brolin, jako świadomie niedookreślony szef grupy wyruszającej na akcję do Meksyku, z wyraźną przyjemnością wchodzi w znajome buty cynika, doskonale zdającego sobie sprawę z charakteru i konsekwencji swojej pracy. Benicio del Toro… Benicio del Toro jest tu wyborny. Narysowany niby pospolitą kreską, przypominający w swej grze momentami Javiera Bardema, potraktowany przez autorów scenariusza o wiele głębiej od bohatera odgrywanego przez Brolina, ma w Sicario swoje pięć minut, które ma szansę przeistoczyć się w trwające o wiele dłużej pasmo nominacji za rolę drugoplanową. I niech mu, bo kreacja zdecydowanie zapamiętywalna.

 

Jestem szczerze tym Sicario zdumiona. Film gryzie mnie intensywnie od seansu, przypomina o sobie, podsuwa przed oczy konkretne, wyśmienicie zrealizowane sceny, dojrzewa i aż prosi się o wysoką ocenę i rekomendację. Nie sposób mu tego odmówić.

 

Czy warto? Tak.

 

Źródło zdj.: businessinsider.com

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.