Sils Maria

b03de062-18e2-4558-960a-4058208277ec

Pooscarowy repertuar kinowy nie pęka w szwach, a przynajmniej – nie od głośnych tytułów, które obejrzeć warto choćby po to, by wiedzieć o czym się w świecie kina mówi i dlaczego. Druga połowa marca i kwiecień to dobry czas dla kina ambitnego. Zmęczony nagradzanymi filmami widz jest gotowy poświęcić swoją uwagę czemuś bardziej wymagającemu, spokojniejszemu, co nie przeminie tak szybko jak okołooscarowy szum. Czy Sils Maria, tytuł, na który większość polskich widzów zwróciła uwagę przede wszystkim z powodu głośnej nagrody za rolę w nim niedarzonej przesadnymi względami kinomanów Kristen Stewart, jest w stanie spełnić takie wymogi?

 

Nie jest, niestety. Mówię to z żalem, bo pierwsza część filmów przykuła moją uwagę o wiele bardziej niż mogła i powinna. Było coś w sposobie prowadzenia narracji, dialogach, grze głównych bohaterek, co wciągało w akcję w bardzo naturalny sposób. Ta płynność przekazu to w dużej mierze zasługa ulokowania akcji wprowadzającej w pociągu. Dynamiczne ujęcia i ruch świetnie akcentowały aktywność postaci, będących wciąż w drodze do, załatwiających miliony spraw jednocześnie (Val), próbujących zatrzymać się, skupić, zebrać myśli pomiędzy jednym a drugim obowiązkiem (Maria). Binoche i Stewart – tak przecież inne, znajdujące się na dwóch biegunach aktorstwa, wieku, fizyczności – w przedziwny sposób wpasowały się w siebie, tworząc nie tylko znośny, ale i całkiem autentyczny duet. Akcja zresztą ładnie się też rozwija – wszystko zapowiada ciekawą konfrontację (Maria – Jo-Ann), której fundamentem jest osobiste rozliczenie się z przeszłością, mitem bohaterki (ten motyw przypomina wyzwanie, z jakim miała zmierzyć się grana przez Julianne Moore Havana z Cronenberowskich Map gwiazd). Problem w tym, że ta zapowiedź pozostaje zapowiedzią – boleśnie niezrealizowanym potencjałem.

 

Teatralna konwencja, w jaką wpisano akcję rozgrywającą się w domku w Sils Maria, nie jest może oryginalnym, ale dość naturalnym tu posunięciem. Gra, która toczy się pomiędzy aktorką i jej asystentką to zacieranie granicy między życiem i sztuką (podparte zresztą narracyjnie), co najlepiej oddaje jedna z ostatnich scen tej części, z widokiem na przełęcz Maloja. Problemem nie jest – zamierzona przecież – sztuczność, ale rozpływająca się po kątach wizja akcji właściwej. Im bliżej rozpoczęcia prób do sztuki, w której grać mają bohaterki, im częściej reżyser raczy nas zdjęciami ukazującymi piękno alpejskich krajobrazów (dość zresztą pretensjonalnymi), tym mniejsza jest nadzieja na ujrzenie faktycznej konfrontacji, bo nazywanie nią dialogu bohaterek nad przełęczą czy nawet krótkiej rozmowy Marii i Jo-Ann (idealnie dobrana do tej roli i bardzo fajnie się w niej odnajdująca Chloë Grace Moretz) w teatrze to duże nieporozumienie. Sils Maria zwalnia tam, gdzie powinna się rozpędzić i zamiast dać moc intelektualnych wrażeń, dusi je w zarodku. Tak się nie robi.

 

Stewart – bo nie sposób o niej nie wspomnieć – faktycznie tworzy swoją postać inaczej niż zwykle. Umówmy się, nie jest to nic zapadającego w pamięć, ale jest dostrzegalne, co w jej dotychczasowym, pozazmierzchowym dorobku zdarzało się stosunkowo rzadko (choć nie w ogóle!). Udało jej się zgubić manieryczność, która raziła zawsze najbardziej, a przy tym nadać swojej bohaterce delikatne rysy prawdziwości. Pewnie nie bez znaczenia dla budowania tej postaci była teatralna konwencja, ale dobierać role właściwe dla swoich umiejętności, to też sztuka. Czy była to rola godna Cezara? Jakkolwiek brzmi odpowiedź na to pytanie, ważne jest to, że statuetka z pewnością doda Stewart odwagi, by kontynuować odwrót od kina młodzieżowego w kierunku tego ambitnego, niezależnego. Pod tym względem takie nagrody są zawsze ważne, potrzebne i zasłużone.

 

Ale jeśli kogoś Stewart nie przekonała i nadal uważa, że jest drewniana i żaden Cezar tego nie zmieni, to powinien jednak film zobaczyć, by przekonać się, że można stracić rolę bardziej, wypaść gorzej, słowem: rozczarować w o wiele większym stopniu. A robi to w Sils Maria Binoche, której gra sprawia czasem wrażenie, jakby przechodziła właśnie obok planu zdjęciowego do filmu i wpadła na chwilę, by zagrać samą siebie. Taka jest jej Maria – tylko pozornie zaangażowana w to, w czym uczestniczy, trochę temu niechętna, trochę ciekawa, jakby nie mogła się zdecydować, czy rzecz ją porywa, czy raczej nudzi. Jest w wielu miejscach sztuczna, w innych zupełnie bez wyrazu (co daje ogromne pole do popisu Stewart i Moretz, które zresztą z okazji skrupulatnie korzystają i dobrze na tym wychodzą), niewnosząca zbyt wiele głębi w graną przez siebie, a przecież kluczową dla fabuły, postać. Trochę o co innego chodziło w Mapach gwiazd, ale proces zachodzący w ich bohaterce był jednak bardzo podobny, a przecież Moore w swoim epizodzie (epizodzie! a Binoche miała do dyspozycji cały pierwszy plan!) zdążyła przekazać więcej emocji niż ktokolwiek w tym i innych filmach.

 

Brak silniejszego rysu w głównej osi fabularnej rekompensuje nieco spojrzenie na środowisko filmowe (znów blisko Map gwiazd). W przeciwieństwie jednak do sarkastycznego Cronenberga, którego ostatni film był wielką satyrą na kulisy świata Hollywood, Assayas pokazuje proste mechanizmy rządzące branżą, procesy, decyzje i leżące u ich podłoża intencje, prowadzące w prostej linii do tego, co my – jako widzowie – oglądamy na ekranie. Wciąż jeszcze, nawiasem mówiąc, brakuje filmu, który obnażałby ten świat brutalnie, szczerze, ale do tego potrzebny byłby reżyser, a nade wszystko producent, którym już nie zależy, którzy mogą sobie na taką zawodową i towarzyską banicję pozwolić. Jakby nie było, te rozmowy prowadzone w kuluarach mają zdecydowanie wartość poznawczą i są tu cenne.

 

Nie da się jednak ukryć, że większość wypowiadanych w filmie kwestii brzmi lepiej, mądrzej niż znaczenia, które niosą. Że mimo pozorów oryginalności postawy bohaterów są jednak do bólu banalne (świetnie obrazuje to rozmowa Marii z młodziutkim reżyserem, który swoje niedopasowanie do współczesnego mu świata tłumaczy w tak sztampowy sposób, że scena ta wypada po prostu komicznie). Że w ogóle ktoś tu miał aspiracje do czegoś wielkiego, a wyszło, no, jak zwykle.

 

Czy polecam? Niekoniecznie. Nie jest to film, którego nieznajomość w jakikolwiek sposób Was zuboży.

 

Źródło zdj. moviemezzanine.com

 

4 myśli nt. „Sils Maria

  1. oglądałam ten film już jakiś czas temu i druga część mnie też rozczarowała [tzn. główna bohaterka]. Binoche wypada średnio, jej postać nie ma duszy, nie zaciekawia, zwłaszcza na tle Chloe, która zaczyna powoli kraść każdy film [świetna ostatnia scena], oraz Stewart, której udało się to ciekawie zagrać. może to zasługa lepszego reżysera, obsady, ale faktem jest, że nareszcie udało się jej pokazać coś nowego. nie wiem, czy od razu dawałabym jej Cezara, ale oby zmobilizowało jej to do dalszych starań, bo w Sils Maria i Still Alice wypada naprawdę dobrze.
    film robi ładną laurkę pięknym widokom, a sam jest taki o. średni. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.