Siostra twojej siostry

your-sister-s-sister06

Uff. Oscarowy szum powoli ustaje, wreszcie mogę na spokojnie nadrobić zaległości – te w oglądaniu i te w pisaniu recenzji. A nazbierało się ich całkiem sporo. Nie o wszystkich obejrzanych filmach Wam opowiem, z przeróżnych względów. Czasem nie ma zupełnie o czym mówić, czasem to, co chciałabym powiedzieć, ugrzęzło gdzieś między seansem a czasem niecierpliwie wydartym obowiązkom, czasem zwyczajnie brakuje słów, zwykle tych, które mogłyby opisać przeciętność, wrażenia zbyt ulotne, by dało się je złapać. Siostra twojej siostry nie należy jednak do żadnej z tych kategorii. Pamiętacie, gdzieś na wakacjach, może we wrześniu, bawiliśmy się tu w konkurs, w którym do wygrania były bilety na ten właśnie tytuł. Mnie udało się na film Shelton dotrzeć nieco później niż planowałam, ale jak dobrze, że się udało. Bo to świetny, ludzki (sic! krytyku!) film, przesiąknięty skomplikowanymi, ale dziwnie bliskimi emocjami, które pozostają w głowie jeszcze długo po przyjemnym seansie. 
 

On (Mark Duplass) ma się niedobrze, ona (Emily Blunt) – jako jego przyjaciółka – wysyła go do zacisznego domku swego ojca, by tam zebrał myśli i wrócił do normalności. Taki sam plan ma trzeci wierzchołek tego trójkąta, przyrodnia siostra Iris – Hannah (Rosemarie DeWitt), która w chatce na odludziu leczy złamane serce. Osobiste tragedie, pragnienia i oczekiwania tych trojga spotykają się w tym przedziwnym miejscu, serwując wybuch, którego pozazdrościłaby im Etna.

 

Jeśli szukacie spokojnego, stonowanego, skromnego i kameralnego filmu, to dobrze trafiliście. Taka jest opowieść, która powstała w głowie Lynn Shelton. Opowieść nazywana modnie komedią pomyłek, choć w gruncie rzeczy będąca nośnikiem potrójnego dramatu jednostki, który nie wybrzmiewa z całym, właściwym sobie patosem tylko dzięki znakomitemu rysunkowi psychologicznemu bohaterów. A ci są ujmujący w swojej naturalności i nieporadności. Niczego nie udają, nie grają w pozory, a mimo to wpadają w pułapki, które zastawili na siebie, nie werbalizując swoich potrzeb i oczekiwań. Każdy z nich wygląda czegoś innego, ale te pragnienia obracają się wokół tej samej osi, tworząc spójną, choć nie zawsze satysfakcjonującą dla nich treść. Doskonale więc pomyślane postaci, ujęte dodatkowo w ramy wyśmienitej gry aktorskiej całej trójki.
 
Niby nie dzieje się tu wiele, niby dużo tu mówienia, i to mówienia nie zawsze głębokiego, a jednak nie opuszcza wrażenie uczestniczenia w akcji, żywym tempie, działaniu, które nie tylko coś znaczy, ale nawet może zaważyć – i pewnie zaważy – na losach wszystkich bohaterów (i naszym wieczorze troszkę też). A na deser nienachalnie podany morał, morał stary jak świat i oczywisty, a jednak zupełnie w codziennych decyzjach (lub ich braku) nieuwzględniany i zapom(i)nany. Świetne kino.
 
Czy polecam? Tak.
 
Źródło zdj.: trespassmag.com

 

5 myśli nt. „Siostra twojej siostry

  1. Jeżeli nie szukasz głębszych treści i chcesz się zrelaksować po pracy to już lepiej obejrzyj taki film niż „Ted” czy „Kac Vegas”.

  2. Ja byłam tym filmem oczarowana :) bardzo lubię do niego wracać. Emily Blunt również polubiłam w „Diabeł ubiera się u Prady”, a także ostatnio w „Połów szczęścia w Jemenie”. A po „Siostra twojej siostry” polubiłam także Marca Duplassa, który ostatnio zagrał w „Safety not guaranteed” który polecam :) Jest zrobiony w podobnym duchu jak „siostra twojej siostry”.

  3. Po kilku filmach, szczególnie „Diabeł ubiera się u Prady” bardzo lubię Emily Blunt, więc na pewno obejrzę niedługo. Mam podobnie z zaległościami, przez głównie Oscary, ale też ogólnie przyłapałam się na takim filmowym pędzie, który nie wiem sama kiedy się zaczął „o wchodzi to i to do kin, muszę obejrzeć i zrecenzować”, „jeszcze tego nie widziałam, a zaraz Oscary!” i mimo, że widziałam wiele dobrych to zabrakło czasu na starsze filmy, na które mam naprawdę ochotę :) Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.