Steve Jobs

63949

Biografia to niezwykle wdzięczny gatunek filmowy. Nie dość, że pozwala garściami czerpać z wyjątkowej tkanki, jaką było czyjeś nadzwyczajne życie, to jeszcze daje twórcom i aktorom szansę skorzystać z czyjejś sławy, a nade wszystko obrosłych wokół danej postaci emocji. Taki punkt wyjścia, jak się jednak okazuje, nie zawsze wystarczy, by stworzyć interesujący i atrakcyjny dla widza dramat. Jak bowiem opowiedzieć historię, by nie tylko ująć jej sedno, pokazać najważniejsze jej etapy, ale też w sposób pełny zaprezentować jej bohatera, sprawić, że odbiorca naprawdę przejmie się – w pozytywnym czy negatywnym znaczeniu – jego losem? Zapytajcie Danny’go Boyle’a i Aarona Sorkina. Oni wiedzą, jak to robić dobrze.

 

Pamiętam, jak dziś, gdy do mediów przeciekły pierwsze informacje o nowej, filmowej biografii Jobsa. To było moment po ogłoszeniu wielkiej klapy Jobsa z Ashtonem Kutcherem w tytułowej roli, gdy widzowie już wiedzieli, że sam życiorys współzałożyciela Apple nie wystarczy, by film ilustrujący go odniósł sukces. Nawet kolejne informacje – o tym, kto pisze scenariusz, kto stanie za kamerą, wreszcie kto zagra główną rolę – nie podkręcały atmosfery oczekiwań, co musiało twórców mocno konsternować, jako że takie nazwiska jak Boyle, Sorkin czy Fassbender do tej pory zawsze gwarantowały filmowi zyski. Ta ciężka próba, jaką postawiono przed „nowym Jobsem” znalazła swój finał na pierwszych pokazach prasowych, gdzie film Boyle’a okrzyknięto zgodnie absolutnie udanym, potrzebnym i – co zaskakiwało – świeżym projektem.

 

I właśnie ten ostatni przymiotnik najlepiej oddaje to, czym jest nowa filmowa biografia Steve’a Jobsa. Sposób, w jaki Sorkin i Boyle opowiadają jego historię to nie tylko odmienna perspektywa i rygorystyczna selekcja materiału, którym dysponowali; to milowy, choć nie pierwszy krok w kierunku nowocześnie pojmowanej biografii jako opowieści o tym, co stanowiło esencję, klucz do interpretacji danej postaci. W świat Jobsa zostajemy tu bowiem wrzuceni jak w oko cyklonu – zupełnie niespodziewanie, niegotowi na tak intensywne doświadczenie. Nikt tu się nie rodzi, nikt tu nie dojrzewa i nie dociera do ważnego momentu w swoim życiu, by przeżyć załamanie, trudne chwile i inne tragedie, po to, by znów wejść na szczyt. Jobs, którego poznajemy, to nadal ten sam kawał drania, którego znamy z mediów i książek, ale to przede wszystkim człowiek, który się nie zatrzymuje w drodze do celu. Tę wyjątkową „przypadłość” swojego bohatera twórcy uchwycili w najlepszy z możliwych sposób, budując narrację tak dynamiczną, że nie pozostawia czasu na wzięcie oddechu, zastanowienie się nad tym, co się dzieje.

 

A nie dzieje się, wbrew pozorom, dużo. Fabuła opiera się na dialogach Jobsa ze współpracownikami, prócz nich nie dzieje się tu wiele, akcja nie obfituje w wielkie zwroty, a gdy dochodzi do punktu kulminacyjnego zupełnie się urywa, sprowadzając to, do czego dążyli bohaterowie, do strzępków doniesień medialnych. Można się tym złościć, można takie zabiegi uwielbiać (jak ja), nie da się pozostać obojętnym. Narracja Steve’a Jobsa pochłania w takim stopniu, że gdy wyjdzie się z tego hermetycznego dyskursu choćby na moment, trudno przedostać się do niego z powrotem. W konsekwencji seans filmowy przebiega w taki sposób, że ma się wrażenie, iż wstaje się jakąś minutę po tym, gdy się do filmu usiadło. Tak intensywnie czas w kinie przeżyłam ostatnio dokładnie rok temu na przedpremierze Whiplash. I bardzo chciałabym przeżywać to częściej.

 

Choć to faktycznie sposób prowadzenia historii jest w tym projekcie największym zwycięzcą, nie można w peanach na część filmowego Jobsa pominąć jego odtwórcę i towarzyszących mu kolegów i koleżanki z planu. Michael Fassbender, jakkolwiek zdecydowanie fizycznie po metamorfozie mniej podobny do Jobsa niż Kutcher nadrobił swoje anatomiczne braki charyzmą. Fascynujący teatr jednego aktora, zdecydowanie godny każdych nominacji i udowadniający przy okazji, że aktor najlepiej czuje się właśnie w takich rolach – silnych, osamotnionych w tym, co robią czy czują jednostkach. Ale, mimo iż Fassbender zawłaszcza sobie niemal całą scenę wydarzeń, dzielnie partneruje mu Kate Winslet w roli prawej ręki Jobsa Joanny Hoffman (świetna rola). Tu znów wielkie brawa należą się Boyle’owi i Sorkinowi, że w całym swoim świeżym spojrzeniu na biografię Jobsa postanowili postawić w niej akcent na zupełnie inne osoby niż zwykle. Oczywiście, nadal nie mogło zabraknąć tu Steve’a Wozniaka (fantastyczny w dramatycznej roli Seth Rogen) czy Johna Sculleya, ale skupienie się na specyficznej relacji Jobsa z Hoffman, notabene Polką, córką reżysera Jerzego Hoffmana, było czymś, co z pewnością dodało filmowi energii.

 

Bardzo dobry film, pozostawiający po seansie sporo gotowych do wypełnienia własną interpretacją lub doczytanymi faktami luk, któremu mocno kibicuję w wyścigu po nagrody za kapitalny scenariusz i świetną reżyserię.

 

Czy polecam? Bardzo.

 

Źródło zdj.: christianitytoday.com

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.