Sully

10257307_watch-the-trailer-for-sully-a-movie-about_86396936_m

Nie mogę nazwać się wielką fanką filmów Clinta Eastwooda. Niby nic do reżysera nie mam, szanuję ogromnie jego pracę i niegasnącą energię do tworzenia, kilka jego filmów autentycznie mnie poruszyło (Rzece tajemnic dałam nawet najwyższą punktację, a Co się wydarzyło w Madison County uważam za jeden z najlepszych melodramatów w historii kina), ale ostatnie tytuły – InvictusMediumJ. EdgarSnajper – mimo doborowej obsady i świetnej realizacji zupełnie mnie nie porwały. Mimo to do Sully’ego podeszłam bez uprzedzeń i także bez oczekiwań. Choć i z nimi, myślę, spodobałby mi się tak bardzo jak się spodobał, bo to naprawdę sensownie pomyślany film.

 

Najbardziej – w strukturze. To, w jaki sposób Eastwood rozłożył w filmie akcenty, jest dowodem na to, że nadal można bawić się narracją tak, by nie tylko nie skrzywdzić historii, ale i dać pozostałym twórcom – przede wszystkim montażystom – ogromne pole manewru. Dzięki zgrabnemu rozplanowaniu poszczególnych części opowieści widz w tym kluczowym momencie, decydującym o rozproszeniu bądź utrzymaniu uwagi, otrzymuje zaproszenie do akcji właściwej. Akcji, która trzyma za gardło i wywołuje silne emocje mimo iż jest tylko retrospekcją, w dodatku z doskonale znanym finałem. To też jest pewna sztuka umieć opowiadać historię, której zakończenie jest właściwie punktem wyjścia całego filmu. Łatwo wtedy znużyć, przegadać film, rozwodnić historię. Eastwoodowi udaje się tego uniknąć i nie tylko przełożyć rzeczywistą historię na język filmu, ale i powiedzieć o niej coś więcej. Dzięki temu Sully to nie tylko film o precedensowym, bohaterskim wyczynie pilota samolotu pasażerskiego, ale też głos w dyskusji na temat (niesłusznej) niższości człowieka względem procedur, zaufania nie tyle profesjonalizmowi, co doświadczeniu, intuicji, czynnikowi ludzkiemu.

 

sullyheader1

Tom Hanks i Aaron Eckhart. Bardzo zgrany duet bohaterów i aktorów.

Eastwood nie byłby sobą, gdyby nie wtrącił do historii swoich dwóch groszy. Są takie dwie, bliźniaczo podobne sceny w filmie, w których reżyser dobitnie portretuje kierunek działania współczesnych mediów. To detal, i to detal może w tym filmie w tak małej skali niepotrzebny, jednak niezwykle celnie podkreślający medialną pogoń za sensacją, chorą nadzieję na tragedię, bo ona zawsze sprzedaje się lepiej niż sukces. Zresztą, nie tylko medialną, bo i naszą własną, każącą nam poddawać w wątpliwość czyjeś cnoty, bo to leczy nasze kompleksy. Jak to zgrabnie ujął Marcin Pietrzyk, „jakby cudzy akt heroizmu zagrażał naszej własnej samoocenie”. W konsekwencji bohaterski czyn Sully’ego wywołuje skrajne emocje: z jednej strony zachwyca, każąc nowym fanom pilota gloryfikować jego zasługi i traktować jak świętego, z drugiej jego wartość jest podważana, wypaczana, czytana na opak. Sam bohater zresztą żadnej z tych opcji nie pomaga, będąc raczej przytłoczony niż zaszczycony całym tym zamieszaniem, swoje rzekome bohaterstwo dzieląc na wielu i uważając za pracę, obowiązek. Co też mówi o nim samym chyba najwięcej.

 

Wspaniały jest w filmie Tom Hanks, choć akurat to aktor tej rangi, że jego fantastyczna gra nie powinna już nikogo zdumiewać. To prawdziwa przyjemność móc oglądać jego oszczędną ekspresję, stonowane, przemyślane gesty, emocje ukryte w zmarszczkach, doświadczenie – bohatera i swoje własne – błyskające z oczu. Świetnie wypada też partnerujący mu Aaron Eckhart, który niespecjalnie ma ostatnio szczęście do ambitnych ról. A tu, proszę, ciekawa postać, bardzo ładna gra, mówią o nominacjach, może bez przesady, ale to zawsze dobry pretekst, by odbić się od trampoliny z większą werwą i odwagą.

 

sully-sullenberger-airbus

A to prawdziwy bohater Chesley Burnett „Sully” Sullenberger III.

Minusy? Dialogi. Oj, miałkie to rozmowy, bardzo powtarzalne (i powtarzające się), niewiele do historii wnoszące, wpisane trochę dla zabicia czasu, trochę do popchnięcia akcji do przodu, bo nie wszystko da się wyrazić bez słów. Historia nie opowiada się sama, nawet gdy jej bohaterowie są tak szlachetni jak kapitan Sully, niestety. I jeszcze muzyka. Muzyka, w której reżyser notorycznie macza palce, co nigdy – także tu – nie wychodzi jej na dobre. Jazzowe, fortepianowe brzmienia – choć ładne – pasują raczej do wnętrz romantycznej restauracji niż filmu o lądowaniu samolotu pasażerskiego na miejskiej rzece, więc potencjał (i muzyki, i filmu) zmarnowano tu po całej linii.

 

W każdym razie, pojawią się pewnie głosy, że to w zasadzie zwykły film o niezwykłym człowieku i to historia budzi emocje, nie jej prezentacja, ale mnie Sully się podobał. Wciągnął, poruszył, wzruszył, nauczył i zwyczajnie kupił.

 

Czy polecam? Tak.

 

Źródło zdj.: qz.com

 

Jedna myśl nt. „Sully

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.