Szpieg

tinker-tailor-soldier-spy-12092011

Dwugodzinny orgazm – brzmi zachęcająco, prawda? Tak też się z mężem nastawiliśmy po przeczytaniu filmwebowskich komentarzy, gdy wybieraliśmy się do kina z biletami jako mężowym prezent mikołajkowym w ręce. Odkładam te bazgroły już ze dwa tygodnie, czy więc orgazm był tak nieziemski, że do dziś nie mogę się pozbierać? Hm. Not realy.Tutaj zwykle pojawia się krótki opis fabuły, mający choćby w minimalnym stopniu przybliżyć, o czym film właściwie jest. I, wierzcie mi, pojawiłby się, gdyby nie to, że jak ostatni imbecyl niewiele z tej historii zrozumiałam. Raz, że gdzieś tam się kilka razy powyłączałam, dwa, że dziewczyna przede mną rozpraszała mnie świecącym ekranem telefonu, trzy, że nie starałam się jakoś mocno w rzecz wciągać, skoro sama nie wyciągnęła po mnie łapsk wystarczająco skutecznie, by mnie zaintrygować. Kiedy więc po wyjściu z sali zaczęliśmy z mężem rozmawiać o Szpiegu, okazało się, że nie dość, że źle zinterpretowałam połowę scen, to jeszcze, koniec końców, pomieszałam bohaterów. Trochę wstyd, ale chyba większym byłoby pisanie o czymś, o czym nie ma się dużo mądrego do powiedzenia i zachwycanie nad arcydzielnością czegoś, co arcydziełem, w moim mniemaniu, wcale nie jest.

 

Cała historia pochodzi, jak wyczytałam, z powieści Johna Le Carrégo. I, niech będzie, pokrótce: George Smiley (Gary Oldman), jako doświadczony agent brytyjskiej służby wywiadowczej, otrzymuje zadanie rozszyfrowania kreta – podwójnego agenta, członka tego samego wywiadu, sprzedającego najtajniejsze o nim informacje zainteresowanym (i dobrze za to płacącym). Żeby nie spalić, zakończę na lakonicznym stwierdzeniu, że odpowiedź na pytanie, kto jest be, zaskakuje nie tylko Smileya…

Moje pierwsze i niemalże jedyne wrażenie, przewijające się przez całe dwie godziny: jakie to wszystko brzydkie. Brzydkie miasta, brzydcy ludzie, brzydkie interesy,  uczynki, intrygi. Celowo, z pewnością, to wszystko odpycha, odciąga od wszystkiego, co nie jest celem akcji i misji Smileya. Nawet kobiety, które zliczyć się da na palcach jednej ręki (nie biorąc pod uwagę tła), nie grzeszą urodą, a jeśli nawet, to jakoś brakuje im czaru. Tak to wszystko wyszło Alfredsonowi: szare, powolne i dalekie od podniet. Ale może o to chodziło?

Aktorzy? No są. Nawet dość znani – choćby Oldman, Jones, Hurt i Firth. Wszyscy wcielający się w role poważnych mężczyzn, poważnie zajmujących się poważnymi sprawami i zupełnie niepoważnie dających się wplątać w coś, do czego nie do końca są przekonani. Wyszło przekonująco. Chociaż tyle.

Czy polecam? Mój mąż twierdzi, że faceci powinni być zainteresowani. Czuj(e)cie się zachęceni?

 

Źródło zdj.: ifc.com

 

7 myśli nt. „Szpieg

  1. Obejrzałem, ale nie zachęcony fabułą, bo jej nawet nie czytałem, a tym, że to rzekomo jeden z najlepszych filmów ubiegłego roku. Obsada, mimo, że nie składająca się z gwiazdek jak choćby w „Contagion” również genialna i na pewno rozpoznawalna. Nie spodobał mi się film, ale nie będę ukrywał, że dlatego, że również go nie ogarnąłem swoim małym umysłem. Starałem się coś złapać z akcji, ale oprócz tego, że szukali „kreta” dużo więcej nie byłem w stanie wyłapać. Film miał zadatki na bardzo dobry, ale pewne fakty można było uprościć tak, żeby nie trzeba było czuć się jak ostatni debil na koniec seansu ;]

  2. Ja także. czekam na ten film w wersji dvd, żeby w domu, spokojnie, w razie czego z mozliwością przewinięcia, zobaczyć co zacz. Co prawda, obecnie nie gustuję jakoś nadzwyczajnie w filmach szpiegowskich, ale z uwagi na obsadę zobaczę. :)

  3. Książka Johna Le Carrégo mnie nie wciągnęła, wynudziła mnie i nawet nie chciało mi się jej czytać do końca, więc i na film nie czekałem, i na pewno w kinie go nie obejrzę.

  4. Angielski film do bólu, klimat, styl, aktorzy, historia, no wszystko angielskie. Dla mnie lekko nazbyt, choć nie powiem że się wynudziłem. Dla miłośników takiego stylu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.