Bejbi blues

z13135108Q,Bejbi-blues
Nikt nie chciał ze mną na Bejbi blues iść. Nikt. Dobra, nie pytałam wszystkich, ale wiadomo, o co chodzi. Nic nie mam do chodzenia do kina w pojedynkę, ale coś musiało być na rzeczy, że nikt nie miał ochoty na nowy film Rosłaniec pójść, że nikogo nie zachęciły ani zwiastun, ani mocna kampania reklamowa. Każdemu coś by zaświtało, prawda? Ale nie mi, ja pójdę, tak, dowiem się, sprawdzę, ocenię, ogłoszę. Ta. No i wylądowałam w Arsie sama na – uwaga – polskim filmie, czym zgrzeszyłam ostatnio w lutym roku ubiegłego arcydziełem w postaci Big love… Tak to już jakoś się w moim życiu toczy, że polską kinematografię oglądam raczej na dvd niż w kinach, choć zdaję sobie sprawę, że kilka wartościowych tytułów mi tym sposobem umyka (nad czym boleję, ale jeszcze nie tak mocno, by coś z tym zrobić). I gdy już zdecyduję się zrobić wyjątek, to trafiam albo na szit, albo na zwyczajną średniawkę, bazującą na nośnym, kontrowersyjnym temacie, zrealizowanym bez polotu i niewnoszącym niemalże zupełnie nic ani do polskiego kina, ani do świadomości widzów. Jak Bejbi blues właśnie.
 
Czytaj dalej